23.06.2026, 04:23 ✶
Najwyraźniej istniał w jej życiu taki rodzaj piątkowych wieczorów, który najzwyczajniej w świecie, kończyć się miał spotkaniami z tajemniczymi badaczami w cuchnącymi przepitymi snami i marzeniami knajpach ulokowanymi w sercu Nokturnu. Septima, jakkolwiek by się tego nie wypierała na ołtarzach publicznych sądów, jakiś czas temu zdążyła pogrzebać podobne sytuacje pod grząskim gruntem normalności. Świat płonął, płonąć mogła i ona. Nikt nie zwróciłby już na to uwagi. Istniała nowa normalność i w ramach tejże nowej normalności, przez Nokturn przemierzała krokiem tylko na wpół pospiesznym, nie truchtowym i paranoicznym jak to miała w zwyczaju.
Odziana w długi, oliwkowy płaszcz, Ollivander zatrzymała się przed wejściem do Rejwachu, odruchowo opierając dłoń o pasek skórzanej torby, jakby sam dotyk miał ochronić jej zawartość przed lokalnymi degeneratami. Na tym kończyła się ta jej nowa normalność. Ale przysięgałaby że nie mówi o zwykłych rzezimieszkach Nokturnu, tylko o absolutnych psycholach, którzy w akcie narkotycznego głodu mogliby połasić się na jej niezwykle cenne zeszyty i grafomańskie notatki (bo przecież poza nimi nie miała przy sobie nic, co sugerowałoby większą wartość.) Nic poza świątobliwą, upłynnioną moralnością bez wyraźnie naszkicowanych granic.
Przez częściowo przeszklone drzwi Rejwach sączyły się świetlne słupy o kolorze starego miodu. Słyszała też muzykę, stonowaną i łagodną, nie chropowatą oraz rażącą ciężko ciosanymi zgrzytami, taką jak Nokturn potrafił serwować po zmroku. Uznała to za dobry znak, acz wchodząc do środka i stykając się z krzykliwymi portretami, zaczęła walczyć z przytłaczającą chęcią obrócenia się na pięcie i powrotu do domu. Jazz co prawda ściekał po ścianach gdzieś bokiem i omijał portretowe krzyki, ale przedzierając się przez zakisłe od rozlanego piwa powietrze, osiadał na blatach i półkach półprzezroczystą warstwą kurzu. Septima lubiła kurz, ale taki książkowy i wiekopomny. Ten lepki i pospolity nie wchodził w grę!
Otrząsnąwszy się z fantastycznego, pierwszego wrażenia, zdjęła płaszcz, skrywający pod sobą koronkową sukienkę i przesunęła niepewnie wzrokiem po wnętrzu.
Tajemniczy badacz nie został opatrzony żadnym użytecznym opisem, ale jednego była przynajmniej pewna — z autopsji mogła zakładać całkiem swobodnie, że mężczyzna raczej już na nią nie czekał, bo oznaczało to, że przybył nie tyle na czas, ale o pół godziny wcześniej. Nikt kto był poukładany, nie wybierał Rejwach jako miejsce podobnego spotkania, ale istniała szansa, że brak życiowego ogarnięcia nadrobi ciekawymi wnioskami badań, które obiecał jej przecież pokazać. Skoro go jeszcze nie było, miejsce musiała wybrać sama, ale na prywatne loże jeszcze się nie zdecydowała.
Ruszyła pomiędzy stolikami, zatrzymując się przy burym kocie, który ukształtował swoje miękkie ciałko w nieruchomy chlebek. Wyczuwając nad sobą cień zainteresowanej jego futerkiem, zachłannej istoty, otworzył leniwie jedno oko, po czym ustosunkował się względem Septimy klarownie — wracając do swojej całodniowej drzemki. Niepocieszona, skinęła mu lekko głową, tak jakby witała się nonszalancko ze starym znajomym, który w ogóle jej nie zauważył, po czym zasiadła przy stoliku, który spośród wszystkich obecnych wyglądał na najmniej skuszonego nagłym przeistoczeniem w stan drewna opałowego. Miejsce to dawało jej względny podgląd na panoramę lokalu — tak strategiczny, mistrzowsko szachowy wybór pomagał zmniejszyć prawdopodobieństwo, że zaskoczy ją umorusany nieszczęściem pijak, który zdecyduje obrać ją sobie za swoją pogaduszkową powierniczkę życiowych grzechów, albo że nieorientująca się w introwertycznych zasadach niemych dziwolągów, osoba, postanowi nagle przysiąść się i to w momencie, w którym Badacz akurat wkroczy do lokalu. Każdy domyśliłby się, co w tragikomediach niedomówień działoby się później.
Śmierć.
Rozsiadła się, wygładzając nieistniejące zagniecenia białej tkaniny (kolor kreacji był wyjątkowo mało przemyślany na tę okazję). Ku jej niewiedzy, na blacie czekała na nią kolorowa zagadka. Niezrażona jej wątpliwą historią, obróciła w palcach tekturową podkładkę — cienki krążek poświęcający całe swoje niewinnie istnienie wyłącznie temu, żeby stare drewno nie poczuło się dotknięte podłą wilgocią. Na ruchomej, wyblakłej rycinie przypominającej markę lokalnego browaru, znalazła wypisany ołówkiem wierszyk:
„WÓDKA KRZEPI
TRAWA ÓCZY
A OD ŻYCIA…
I TAK SIĘ ÓCZYJ!!!”
Wysiliła wzrok, starając się odgadnąć do jakich splotów w mózgu musi dojść, aby ręka wpadła na podobną pisownię. Nie odgadła. Zdania były podzielone. I tą górnolotną poezją rozkoszowałaby się zapewne dłużej, gdyby tylko kąt jej czujnego oka nie rozpoznał cienia znajomej sylwetki wyłaniającej się z innego pomieszczenia.
Odziana w długi, oliwkowy płaszcz, Ollivander zatrzymała się przed wejściem do Rejwachu, odruchowo opierając dłoń o pasek skórzanej torby, jakby sam dotyk miał ochronić jej zawartość przed lokalnymi degeneratami. Na tym kończyła się ta jej nowa normalność. Ale przysięgałaby że nie mówi o zwykłych rzezimieszkach Nokturnu, tylko o absolutnych psycholach, którzy w akcie narkotycznego głodu mogliby połasić się na jej niezwykle cenne zeszyty i grafomańskie notatki (bo przecież poza nimi nie miała przy sobie nic, co sugerowałoby większą wartość.) Nic poza świątobliwą, upłynnioną moralnością bez wyraźnie naszkicowanych granic.
Przez częściowo przeszklone drzwi Rejwach sączyły się świetlne słupy o kolorze starego miodu. Słyszała też muzykę, stonowaną i łagodną, nie chropowatą oraz rażącą ciężko ciosanymi zgrzytami, taką jak Nokturn potrafił serwować po zmroku. Uznała to za dobry znak, acz wchodząc do środka i stykając się z krzykliwymi portretami, zaczęła walczyć z przytłaczającą chęcią obrócenia się na pięcie i powrotu do domu. Jazz co prawda ściekał po ścianach gdzieś bokiem i omijał portretowe krzyki, ale przedzierając się przez zakisłe od rozlanego piwa powietrze, osiadał na blatach i półkach półprzezroczystą warstwą kurzu. Septima lubiła kurz, ale taki książkowy i wiekopomny. Ten lepki i pospolity nie wchodził w grę!
Otrząsnąwszy się z fantastycznego, pierwszego wrażenia, zdjęła płaszcz, skrywający pod sobą koronkową sukienkę i przesunęła niepewnie wzrokiem po wnętrzu.
Tajemniczy badacz nie został opatrzony żadnym użytecznym opisem, ale jednego była przynajmniej pewna — z autopsji mogła zakładać całkiem swobodnie, że mężczyzna raczej już na nią nie czekał, bo oznaczało to, że przybył nie tyle na czas, ale o pół godziny wcześniej. Nikt kto był poukładany, nie wybierał Rejwach jako miejsce podobnego spotkania, ale istniała szansa, że brak życiowego ogarnięcia nadrobi ciekawymi wnioskami badań, które obiecał jej przecież pokazać. Skoro go jeszcze nie było, miejsce musiała wybrać sama, ale na prywatne loże jeszcze się nie zdecydowała.
Ruszyła pomiędzy stolikami, zatrzymując się przy burym kocie, który ukształtował swoje miękkie ciałko w nieruchomy chlebek. Wyczuwając nad sobą cień zainteresowanej jego futerkiem, zachłannej istoty, otworzył leniwie jedno oko, po czym ustosunkował się względem Septimy klarownie — wracając do swojej całodniowej drzemki. Niepocieszona, skinęła mu lekko głową, tak jakby witała się nonszalancko ze starym znajomym, który w ogóle jej nie zauważył, po czym zasiadła przy stoliku, który spośród wszystkich obecnych wyglądał na najmniej skuszonego nagłym przeistoczeniem w stan drewna opałowego. Miejsce to dawało jej względny podgląd na panoramę lokalu — tak strategiczny, mistrzowsko szachowy wybór pomagał zmniejszyć prawdopodobieństwo, że zaskoczy ją umorusany nieszczęściem pijak, który zdecyduje obrać ją sobie za swoją pogaduszkową powierniczkę życiowych grzechów, albo że nieorientująca się w introwertycznych zasadach niemych dziwolągów, osoba, postanowi nagle przysiąść się i to w momencie, w którym Badacz akurat wkroczy do lokalu. Każdy domyśliłby się, co w tragikomediach niedomówień działoby się później.
Śmierć.
Rozsiadła się, wygładzając nieistniejące zagniecenia białej tkaniny (kolor kreacji był wyjątkowo mało przemyślany na tę okazję). Ku jej niewiedzy, na blacie czekała na nią kolorowa zagadka. Niezrażona jej wątpliwą historią, obróciła w palcach tekturową podkładkę — cienki krążek poświęcający całe swoje niewinnie istnienie wyłącznie temu, żeby stare drewno nie poczuło się dotknięte podłą wilgocią. Na ruchomej, wyblakłej rycinie przypominającej markę lokalnego browaru, znalazła wypisany ołówkiem wierszyk:
„WÓDKA KRZEPI
TRAWA ÓCZY
A OD ŻYCIA…
I TAK SIĘ ÓCZYJ!!!”
Wysiliła wzrok, starając się odgadnąć do jakich splotów w mózgu musi dojść, aby ręka wpadła na podobną pisownię. Nie odgadła. Zdania były podzielone. I tą górnolotną poezją rozkoszowałaby się zapewne dłużej, gdyby tylko kąt jej czujnego oka nie rozpoznał cienia znajomej sylwetki wyłaniającej się z innego pomieszczenia.
Kocham drewno i duże bicepsy.