• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Ulica Śmiertelnego Nokturnu v
1 2 3 4 Dalej »
[06.10.72, Rejwach] Friday I’m in Love

[06.10.72, Rejwach] Friday I’m in Love
sedulous
Ambition tearing out the heart of you
Carving lines into you
Dripping down the sides of you
wiek
28
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
różdżkarz/snycerz/badacz
Smukła, dość wysoka jak na kobietę (172cm), niewyróżniająca się z tłumu. To co zapamiętasz po kilkusekundowej migawce, to jej ciemne włosy. Włosy, naturalnie przypominające puchową szopę, ujarzmia zaklęciami wygładzającymi. Niewielu wie, że jest pół-człowiekiem pół-pudlem, bo ten rytuał pielęgnacyjny odprawia już od 10 roku życia (dziękuję ci, świętej pamięci mamo!!) W półmroku niekoniecznie brzydka, ale dużo traci w starciu z bezlitosnym słońcem. Ujawni sińce pod oczyma i bladą, nawet trochę szarą cerę. Nie potrafi ubrać się stosownie do okazji, więc jeśli zauważysz, że w miejscu publicznym wygląda zaskakująco dobrze, to znaczy, że palce maczały w tym osoby trzecie. Głos ma raczej niższy, niż wysoki, ale wyjątkowo młody, trochę nawet dziecinny. Zawsze pachnie wiśnią. Prawdziwą czy jakimś syntetykiem magicznym, nikt nie jest w stanie stwierdzić.

Septima Ollivander
#1
23.06.2026, 04:23  ✶  
Najwyraźniej istniał w jej życiu taki rodzaj piątkowych wieczorów, który najzwyczajniej w świecie, kończyć się miał spotkaniami z tajemniczymi badaczami w cuchnącymi przepitymi snami i marzeniami knajpach ulokowanymi w sercu Nokturnu.  Septima, jakkolwiek by się tego nie wypierała na ołtarzach publicznych sądów, jakiś czas temu zdążyła pogrzebać podobne sytuacje pod grząskim gruntem normalności. Świat płonął, płonąć mogła i ona. Nikt nie zwróciłby już na to uwagi. Istniała nowa normalność i w ramach tejże nowej normalności, przez Nokturn przemierzała krokiem tylko na wpół pospiesznym, nie truchtowym i paranoicznym jak to miała w zwyczaju.
Odziana w długi, oliwkowy płaszcz, Ollivander zatrzymała się przed wejściem do Rejwachu, odruchowo opierając dłoń o pasek skórzanej torby, jakby sam dotyk miał ochronić jej zawartość przed lokalnymi degeneratami. Na tym kończyła się ta jej nowa normalność. Ale przysięgałaby że nie mówi o zwykłych rzezimieszkach Nokturnu, tylko o absolutnych psycholach, którzy w akcie narkotycznego głodu mogliby połasić się na jej niezwykle cenne zeszyty i grafomańskie notatki (bo przecież poza nimi nie miała przy sobie nic, co sugerowałoby większą wartość.) Nic poza świątobliwą, upłynnioną moralnością bez wyraźnie naszkicowanych granic.

Przez częściowo przeszklone drzwi Rejwach sączyły się świetlne słupy o kolorze starego miodu. Słyszała też muzykę, stonowaną i łagodną, nie chropowatą oraz rażącą ciężko ciosanymi zgrzytami, taką jak Nokturn potrafił serwować po zmroku. Uznała to za dobry znak, acz wchodząc do środka i stykając się z krzykliwymi portretami, zaczęła walczyć z przytłaczającą chęcią obrócenia się na pięcie i powrotu do domu. Jazz co prawda ściekał po ścianach gdzieś bokiem i omijał portretowe krzyki, ale przedzierając się przez zakisłe od rozlanego piwa powietrze, osiadał na blatach i półkach półprzezroczystą warstwą kurzu. Septima lubiła kurz, ale taki książkowy i wiekopomny. Ten lepki i pospolity nie wchodził w grę!

Otrząsnąwszy się z fantastycznego, pierwszego wrażenia, zdjęła płaszcz, skrywający pod sobą koronkową sukienkę i przesunęła niepewnie wzrokiem po wnętrzu.
Tajemniczy badacz nie został opatrzony żadnym użytecznym opisem, ale jednego była przynajmniej pewna — z autopsji mogła zakładać całkiem swobodnie, że mężczyzna raczej już na nią nie czekał, bo oznaczało to, że przybył nie tyle na czas, ale o pół godziny wcześniej. Nikt kto był poukładany, nie wybierał Rejwach jako miejsce podobnego spotkania, ale istniała szansa, że brak życiowego ogarnięcia nadrobi ciekawymi wnioskami badań, które obiecał jej przecież pokazać. Skoro go jeszcze nie było, miejsce musiała wybrać sama, ale na prywatne loże jeszcze się nie zdecydowała.

Ruszyła pomiędzy stolikami, zatrzymując się przy burym kocie, który ukształtował swoje miękkie ciałko w nieruchomy chlebek. Wyczuwając nad sobą cień zainteresowanej jego futerkiem, zachłannej istoty, otworzył leniwie jedno oko, po czym ustosunkował się względem Septimy klarownie — wracając do swojej całodniowej drzemki. Niepocieszona, skinęła mu lekko głową, tak jakby witała się nonszalancko ze starym znajomym, który w ogóle jej nie zauważył, po czym zasiadła przy stoliku, który spośród wszystkich obecnych wyglądał na najmniej skuszonego nagłym przeistoczeniem w stan drewna opałowego. Miejsce to dawało jej względny podgląd na panoramę lokalu — tak strategiczny, mistrzowsko szachowy wybór pomagał zmniejszyć prawdopodobieństwo, że zaskoczy ją umorusany nieszczęściem pijak, który zdecyduje obrać ją sobie za swoją pogaduszkową powierniczkę życiowych grzechów, albo że nieorientująca się w introwertycznych zasadach niemych dziwolągów, osoba, postanowi nagle przysiąść się i to w momencie, w którym Badacz akurat wkroczy do lokalu. Każdy domyśliłby się, co w tragikomediach niedomówień działoby się później.
Śmierć.

Rozsiadła się, wygładzając nieistniejące zagniecenia białej tkaniny (kolor kreacji był wyjątkowo mało przemyślany na tę okazję). Ku jej niewiedzy, na blacie czekała na nią kolorowa zagadka. Niezrażona jej wątpliwą historią, obróciła w palcach tekturową podkładkę — cienki krążek poświęcający całe swoje niewinnie istnienie wyłącznie temu, żeby stare drewno nie poczuło się dotknięte podłą wilgocią. Na ruchomej, wyblakłej rycinie przypominającej markę lokalnego browaru, znalazła wypisany ołówkiem wierszyk:
„WÓDKA KRZEPI
TRAWA ÓCZY
A OD ŻYCIA…
I TAK SIĘ ÓCZYJ!!!”

Wysiliła wzrok, starając się odgadnąć do jakich splotów w mózgu musi dojść, aby ręka wpadła na podobną pisownię. Nie odgadła. Zdania były podzielone. I tą górnolotną poezją rozkoszowałaby się zapewne dłużej, gdyby tylko kąt jej czujnego oka nie rozpoznał cienia znajomej sylwetki wyłaniającej się z innego pomieszczenia.


Kocham drewno i duże bicepsy.
wodzirej
Marzenia chyba zawsze mają swój koniec. Nie wznoszą się, lecz opadają.
wiek
30
sława
III
krew
mugolak
genetyka
snowidz
zawód
keyboardzista
Zenek ma 1.84m wzrostu. Jest zbudowany proporcjonalnie do wzrostu i dość atletyczny przez noszenie walizki, ale generalnie jest bardziej szczupły i smukły. Nad instrumentem się garbi, na kanapie rozciąga albo kurczy. Twarz ma jak pies rasy chartowatej, to znaczy pociągłą i szczupłą. Z ciekawszych jej cech wybijają się długi nos i jasne brwi. Włosy ma brązowe, oczy też. Skóra całym rokiem trzyma ciepły koloryt, a jego dłonie są po prostu ładne. Długie palce i szczupłe nadgarstki to atuty klawiszowca. Jeśli o ubiór chodzi, to nosi się po mugolsku, gdzieś pomiędzy zdobyczami z targu a ciuchami z metką. Głos ma ciepły, dość głęboki. Chrypi, gdy się stresuje. Gdyby śpiewał, to basem.

Zenon Kozioł
#2
27.06.2026, 02:30  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.07.2026, 17:57 przez Zenon Kozioł.)  
Zenek siedział na zapleczu i przygotowywał nagrywki. Zapleczem określał taką małą kanciapę pod schodami, do której chowało się mopa, środki czyszczące i smar. No, a Zenek tam lubił walizkę między występami chować. Na scenie się bał ją zostawić. Nie ufał pijakom tak bardzo. Do kanciapy nikt się nie zapuszczał.

Siedział sobie na stołeczku, a przy biurku miał pozytywkę. Tamtego dnia wstał na tyle wcześnie, by udać się do charity shopu czy też second handu. No i taką sobie znalazł. Pozytywka wykonana była z drewna. Lśniła ładnie, jakby ją ktoś nasmarował smarem. Chociaż nie mogła wcale być taka nowa. Ani chciana, bo w takim razie co robiła w tym shopie? A ktoś oddał i tyle. Gdy otwierał pozytywkę, ze środka wysuwała się baletnica. Tańcowała wokół okrągłej sceny. W środku było też lusterko, zapewne dla jakiejś młodej damy. Gdy się tę baletnicę nakręciło, to z pozytywki wydostawał się przepiękny dźwięk.

Właśnie dlatego Zenek siedział teraz w tej kanciapie. W swojej okupacji Rejwachu zdołał już kanciapę wygłuszyć. Ściany wyłożył ponadto wytłaczankami po jajach. Szczuroszczety przepadały za jajecznicą z krewetkami, no więc często ją zamawiał u Lewisa, a potem mu podbierał te kartony po jajach. Wcale tak długo mu to nie zajęło. No ale w każdym razie, te czynności uczyniły z kanciapy idealne studio nagraniowe. Jak siedział nad pozytywką, to trzymał nad nią badyla. Różdżka Memphisów służyła mu dobrze, chociaż była jednym z tańszych modeli. A jednak zupełnie się z nim zżyła. Dobrze pełniła swoją funkcję. Magiczne cacko mu odpalała, dźwięki nagrywała. On te dźwięki potem transferował na syntezator. Ostatnio skupił się na pozytywkach. Marzył o tym, by zapisać na synthku cały dźwięk pozytywki, żeby potem mógł go odgrywać w dowolnej tonacji. I pisać własne kołysanki.

W kanciapie, oprócz pozytywek i synthka trzymał także albumy. Najnowsze pozycje, których jeszcze nie puszczał. Niektóre nadal miały na sobie folijkę, zdradzającą mugolskie pochodzenie. Czarodzieje unikali plastiku. A Woody, mimo że płacił sowicie, to budżetu na płyty mu nie wydzielał. Lokal szczycił się własną, uzbieraną latami płytoteką, którą kompletowali chyba jeszcze pierwotni właściciele. Składała się głównie z bluesa i jazzu. Im to wszystkim chyba najzupełniej w świecie wystarczało, co? Pracownikom. Zenek widział, że Asena czasem przynosi własne krążki. Lubił jej rocka. No, ale jak chciał pijaków ubogacać muzycznie, to się musiał udać do sklepu i szarpnąć z własnej kieszeni. Co mu bynajmniej nie przeszkadzało, bo potem sam dbał o te płyty. Gramofonu to on nie posiadał. Taki symbiotyzm, czy jak to tam.

Też nieprawda, że czarodzieje nie produkowali własnych płyt. Właśnie że produkowali. Prominentne artystki młodego pokolenia czekały na odpalenie, odkąd je kupił w Esach Floresach. Tylko że, kurczę, jakoś w Rejwachu nie było żeńskiej widowni. Może będzie musiał kiedyś wykonać donację muzyczną do Nory Nory.

Płyty czekały w stosiku, te nowe i te stare, Zenek zbierał nagrywki z nowego instrumentu, różdżką kręcił, a wieczór nieubłaganie się zbliżał. Popołudniowi goście mogli jeszcze przełknąć ulubioną składankę bluesa Woody’ego, zwłaszcza gdy im się podało piwo i żarło od Lewisa. Ale był piątek, ludzie się chcieli bawić! Cierpliwość Zenka wobec zawodzenia smutnych panów w kowbojskich kapeluszach właśnie dobiegała końca.

Wstał ze stołeczka i wyszedł z kanciapy. Na świeżym powietrzu wyciągnął się z rękami do tyłu. Przez kilka sekund zrobił się jeszcze dłuższy.
Kanciapa wypuszczała go bocznym torem niemal na środek sceny. Musiał przejść pomiędzy stolikami, zupełnie jakby wprost z niej schodził, żeby dostać się bardziej w głąb lokalu, do kanap i stoliczka z gramofonem. Sprawiało to, że kanciapa zapewniała mu wyjście jak jakiejś wielkiej gwiazdy. Którą zresztą może był. W każdym razie w Rejwachu nie było większej, no chyba że Morpheus ich odwiedzał. A było to rzadko, ale Zenek nie śmiał konkurować z Morpheusem.

No więc kroczył i wymijał tych pijaków, by dostać się do Septimy. A widział ją już z daleka. Nie, żeby brązowy płaszcz (oliwki były do jedzenia) ją jakoś szczególnie wyróżniał. W Rejwachu wszystko było brązowe. Ale ten płaszcz leżał obok, a Septima miała na sobie jeszcze sukienkę. Sukienki w Rejwachu to nosiła chyba tylko jeszcze Salomea, ale nikt na nią nie patrzył. Na młodą kobietę już tak, idąc tym wnioskiem. Już on ich znał i te potworne wizje, co im się w snach często pojawiały. Niestety, takie marzenia, co ci pijacy mieli, to nie w Rejwachu. Nie ten dom uciech.

Septimie za to zaczynał rysować się znajomy człek, który się zbliżał do jej stolika. Im dłuższe kroki stawiał Zenek, tym mu się mogła lepiej przyjrzeć. Fit Zenka prezentował się następująco.
Mężczyzna miał na sobie różową koszulę w esy-floresy. Kółeczka i kwiatki na koszuli obrysowane były brązowymi obwódkami. Bardzo modne… ileś lat temu. Wraz z kupnem pozytywki, Zenek nie omieszkał przejrzeć sterty przekazanych ubrań. Z tej sterty wyciągnął tę oto koszulę. Materiał był śliski i bardzo mu pasował. Przy kołnierzu ktoś się kiedyś opluł kawą, ale mu to nie przeszkadzało. Na koszulę założył kamizelkę z brązowej skóry z frędzlami. Następny dzisiejszy nabytek. Jakoś mu pasowała do tego bluesa. I finalnie dzwony. Te to już posiadał od ‘69 co najmniej, a nadal się dobrze trzymały i opinały co trzeba. Z tyłu przy pasie wystawała naszywka Levis.

Dodatkową ozdobę Zenka stanowił lekki cień wąsa, którego od kilku dni nie zdążył zgolić.
Już był stał przed Septimą, a tu mu kot przebiegł pod kapciami i Zenek się niemal wywalił. Zatrzymał się gwałtownie, omal nie opadając na kanapę. Na szczęście wykonał fizyczny manewr, w wyniku którego pochylił się znacznie do przodu, po czym gładko wyprostował. Było blisko, Zenku.
— Uff. Było blisko. — skierował swą uwagę ku Septimie. Założył ręce na biodra, jakby to on był gospodarzem i doglądał dobrostanu gości. Bo był. Przyjrzał się Septimie nad wyraz badawczo, wysilając przy tym mięśnie czoła. — Dobry stolik wzięłaś. Lubisz jazz?

Septima była z gatunku tych pięknych i wykształconych kobiet, które w Rejwachu zaszywały się chyba tylko przypadkiem. Obkuta locha, tak się na to mówiło. Zenek od minuty poznania odczuwał jakiś respekt do badaczki. W końcu Ollivander. Oni to mieli różdżki, na które Zenka kiedyś nawet nie było stać. Ale ta, co miał, też była git.


I miss the kiss of treachery, the shameless kiss of vanity.
sedulous
Ambition tearing out the heart of you
Carving lines into you
Dripping down the sides of you
wiek
28
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
różdżkarz/snycerz/badacz
Smukła, dość wysoka jak na kobietę (172cm), niewyróżniająca się z tłumu. To co zapamiętasz po kilkusekundowej migawce, to jej ciemne włosy. Włosy, naturalnie przypominające puchową szopę, ujarzmia zaklęciami wygładzającymi. Niewielu wie, że jest pół-człowiekiem pół-pudlem, bo ten rytuał pielęgnacyjny odprawia już od 10 roku życia (dziękuję ci, świętej pamięci mamo!!) W półmroku niekoniecznie brzydka, ale dużo traci w starciu z bezlitosnym słońcem. Ujawni sińce pod oczyma i bladą, nawet trochę szarą cerę. Nie potrafi ubrać się stosownie do okazji, więc jeśli zauważysz, że w miejscu publicznym wygląda zaskakująco dobrze, to znaczy, że palce maczały w tym osoby trzecie. Głos ma raczej niższy, niż wysoki, ale wyjątkowo młody, trochę nawet dziecinny. Zawsze pachnie wiśnią. Prawdziwą czy jakimś syntetykiem magicznym, nikt nie jest w stanie stwierdzić.

Septima Ollivander
#3
08.07.2026, 03:23  ✶  
Kiedy dostrzegła Zenka wyłaniającego się z bocznego przejścia, odłożyła tekturową podkładkę na blat, przez krótką chwilę łudząc się jeszcze, że tajemniczy Badacz postanowił wejść do Rejwachu od mniej oczywistej strony. Myśl rozpłynęła się jednak niemal natychmiast, gdy tylko Zenek omal nie potknął się o burego kota, a Septima poczuła do niego nagły, zupełnie nieproszony przypływ wrażenia duchowego pokrewieństwa. Uśmiech rozchylił jej twarz na moment, po czym zwinął się z powrotem gdzieś w kąciku niespokojnych ust.
Zenek niezmiennie wprawiał ją w lekką konsternację. Nie tyle sposobem bycia, ile samą aparycją. Był mugolakiem i najwyraźniej nigdy nie próbował zatrzeć z siebie śladów świata, z którego pochodził. W samym środku Nokturnu odznaczał się niemal ostentacyjnie; pośród ciężkich szat, wyświechtanych peleryn i czarodziejskiej osobliwości (niektórzy powiedzieli by nawet tandety), wyglądał, jakby przypadkiem wniósł do Rejwachu fragment zupełnie innego Londynu — tego pachnącego mokrym asfaltem, witrynami sklepów i elektrycznymi neonami, choć żaden z nich nie miał prawa świecić po tej stronie miasta.
Nie było w tym jednak nic wymuszonego. Nie sprawiał wrażenia człowieka próbującego zwrócić na siebie uwagę. Przeciwnie. Nosił swoją mugolskość z bezwysiłkową swobodą, o której Ollivander zamknięta w swojej ciasnej zbroi osobiście narzuconych oczekiwań, mogła by tylko pomarzyć.
Kiedy więc zachwiał się gwałtownie, omal nie lądując na kanapie, odruchowo oderwała dłoń od blatu. Palce zacisnęły się na powietrzu, nie znajdując niczego, czego mogłyby się uchwycić, choć nie było to potrzebne. Zenek przetrwał swoje starcie z pędzącą przed siebie, futrzaną przeszkodą.
Skinęła głową z ulgą. Powietrze uszło z jej ramion cicho, niemal słyszalnie. Może nie była żywą istotą, a przedziurawionym pontonem z basenu bogatego mugola?
— To twoja wina. Wystraszyłeś go — zawyrokowała zaczepnie. Ale Zenek od razu zadał jej pytanie i to takie, które wnet przemieniło jej oblicze w obkutą lodem rzeźbę bez żadnego wyrazu. — Hm… ja… —  urwała z cichym zmieszaniem, marszcząc nos. Nigdy nie rozumiała, dlaczego najprostsze pytania potrafiły czasem rozplątać jej myśli skuteczniej niż najbardziej skomplikowane dyskusje o rdzeniach różdżek czy właściwościach drewna. A może rozumiała, tylko nie chciała się do niczego przyznać.
— Chyba… tak? — odpowiedziała w końcu, ale zabrzmiało to bardziej jak pytanie niż odpowiedź. Uciekła spojrzeniem ku blatowi, pozwalając palcom zająć się tekturową podkładką.
Muzyka nigdy nie była w jej domu czymś, o czym się żarliwie dyskutowało. Po prostu… była. Sączyła się z gramofonu podczas długich jesiennych popołudni, kiedy Garrick odkładał kolejne próbki drewna do pudełek podpisanych pismem, którego poza nim nikt nie potrafił odczytać, matka cerowała rozprute mankiety koszul, a Finneas, z nogami podwiniętymi pod siebie, próbował przekonać wszystkich, że dyrygowanie niewidzialną orkiestrą jest zajęciem poważnym i produktywnym. Gdy saksofon rozplatał kurz i roztocza, Septima siedziała wtedy na dywanie z kawałkiem hebanu albo książką otwartą na kolanach i z czasem przestała zauważać, kiedy jedna płyta kończyła się, a druga zaczynała. Tworzyły jedną, spójną narrację, której nigdy nie potrafiła nazwać, ani zdefiniować.
W zamyśleniu podważała paznokciem wyblakłą farbę na tekturowej podkładce. Spojrzenie powoli odwinęło się od blatu i osiadło na Zenku.
— Lubię, kiedy… — zawahała się, szukając właściwych słów. Nie posiadała ich. Za każdym razem, gdy próbowała wypowiadać się o sztuce, miała wrażenie, że zostawia najważniejszą część gdzieś pomiędzy splotem nieuporządkowanych myśli, a językiem. Nie potrafiła mówić o sztuce z elokwencją — w tym tkwiło sedno jej obecnych frustracji. Ale może nie powinna była pozować na żadnego znawcę. Przecież nim nie była.
Kącik jej ust drgnął nieśmiało. Uśmiech wypełzł powoli, jak kot sprawdzający ostrożnie, czy warto wyjść spod ławki.
— Pokaż mi coś, to ci powiem, czy mi się podoba.
Zabawne. W domu muzyka pachniała herbatą i politurą. Tutaj piwem i zaduchem, który spotkać można było wyłącznie w domach rozwodników. Ale może muzyka od Zenka miała zupełnie inny zapach.
Z sąsiedniego stolika oderwał się krótki wybuch śmiechu. Przeleciał ponad ich głowami, zahaczył o portrety i zdechł gdzieś pod sufitem, nie znajdując sobie miejsca pomiędzy muzyką. Ktoś potem przesunął krzesło po drewnianej podłodze, a dźwięk rozorał jazz na krótką chwilę, po czym zniknął pod nim bez żadnego śladu. Muzyk może i by znalazł w tej kakofonii bez harmonii sens i rytm, ale Septima znaleźć go nie potrafiła.


Kocham drewno i duże bicepsy.
wodzirej
Marzenia chyba zawsze mają swój koniec. Nie wznoszą się, lecz opadają.
wiek
30
sława
III
krew
mugolak
genetyka
snowidz
zawód
keyboardzista
Zenek ma 1.84m wzrostu. Jest zbudowany proporcjonalnie do wzrostu i dość atletyczny przez noszenie walizki, ale generalnie jest bardziej szczupły i smukły. Nad instrumentem się garbi, na kanapie rozciąga albo kurczy. Twarz ma jak pies rasy chartowatej, to znaczy pociągłą i szczupłą. Z ciekawszych jej cech wybijają się długi nos i jasne brwi. Włosy ma brązowe, oczy też. Skóra całym rokiem trzyma ciepły koloryt, a jego dłonie są po prostu ładne. Długie palce i szczupłe nadgarstki to atuty klawiszowca. Jeśli o ubiór chodzi, to nosi się po mugolsku, gdzieś pomiędzy zdobyczami z targu a ciuchami z metką. Głos ma ciepły, dość głęboki. Chrypi, gdy się stresuje. Gdyby śpiewał, to basem.

Zenon Kozioł
#4
09.07.2026, 16:47  ✶  
Zenek nie lubił jazzu. Nie jego zajawka. Nie jego gatunek. No, może brazylijska bossa nova. Ale to już było bardziej taneczne. Żeby coś takiego zapuścić, to musiał się między nimi pojawić wytrawny marynarz. Na razie miał przed sobą jedynie dziedziczkę różdżkarskiej fortuny, jak optymistycznie nazywał Ollivanderowski sklepik na Pokątnej.

Wracając do jazzu. To, co Woody czy inni laicy nazywali w Rejwachu jazzem, w rzeczywistości niewiele miało wspólnego z ambitną improwizacją. To to by się odbywało, jakby ktoś tu grał na pianinie. Może z akompaniamentem innych instrumentów. Ewentualnie jakby to Zenek zagrał na synthku, bo synthek wszystko potrafi. Ale nie. Tym, co katowało bębenki słuchaczy w danym momencie, był album easy listening jazz/blues, przez co wnętrze brzmiało jak z jakiegoś westernu. I to nie takiego udźwiękowionego przez Ennio Morricone.

Dźwięki wydobywające się spod igły, wpadające do tuby i transferowane na cały bar miały swoją funkcję. Miały usypiać. Uspokajać. Wprowadzać pijaków w stan lekkiego odprężenia. Tak, by nie rozwalili baru przed końcem zmiany tego, kto to zapuścił. W gruncie rzeczy to była porażka po stronie Zenka, że to "easy listening" jeszcze leciało. Powinien ogarniać zmiany nastroju. No, ogarniał. Właśnie ogarniał. I nie, wbrew obiegowym opiniom Zenek nie wystraszył żadnego kota. To nie jego wina, że kot mu się wepchał pod buty.

— Też nie lubię jazzu. — odparł Septimie, a frędzle zafalowały w zatęchłym od piwa powietrzu. Postał tam jeszcze chwilę, by Septima dokończyła myśl, ale on już usłyszał wystarczająco.
Podrapał się po zaroście. Wzrok wylądował gdzieś w górze. Jazz zalewał jego uszy, a on wyobraził sobie, że na suficie kręcił się wiatrak jak w prawdziwym saloon. Uderzał językiem o zęby. Z jego ust wydostało się zdawkowe: tsk tsk tsk.
— To muszę wrócić na zaplecze. Zaraz wracam.

Odwrócił się na pięcie. W dość dramatycznym podmuchu powietrza frędzle poszybowały do tyłu i w górę, podobnież jak nogawki dzwonów. Zenek oddalił się tam, skąd przybył. Już, już prawie sprawiał wrażenie, jakby miał wejść na scenę, ale gwałtownie skręcił do kanciapy pod schodami. Otworzył drzwi i tyle go widzieli.

Pociągnął za sznurek na wysokości głowy. Pojedyncza żarówka rozświetliła wnętrze kanciapy. Zenek dalej robił krótkie tsk tsk tsk. Rozejrzał się wokół, chociaż był tam zaledwie minutę temu, i odnalazł wzrokiem stertę z albumami. Pochylił się i przejechał po niej palcem. Leżące na stercie wąskie grzbiety okładek oferowały jedynie tytuł. Chwycił zatem za te z samego wierzchu sterty. Były to wydawnictwa z tego roku. Niektórych nawet jeszcze nie otworzył. Przeglądał okładki i prowadził krótkie kalkulacje w głowie, aż nie zdecydował się na cztery. Z albumami w dłoniach wyprostował się. Zerknął jeszcze na odłożone na bok albumy żeńskich wokalistek. Popatrzył na ich dzikie, rude włosy. Dziwne, że każda z nich takie miała. No ale to chyba stereotyp wiedźmy. Albo logotyp. Popatrzył też na ich skąpe odzienie. I stwierdził… nie no, Septimie takiego chłamu nie będzie pokazywał. Może jak jej się jego wybór nie spodoba. Zobaczymy. Pociągnął za sznurek i ponownie wyszedł.

Nie było go mniej więcej tyle, co męskie wyjście do toalety.
Niebawem Zenek ponownie stał przed Septimą. W ramionach ściskał wybrane tytuły. Bury kot obserwował ich z politowaniem. (A dobre sobie, te koty to zawsze jakieś wąty mają, nawet nie wiadomo o co.)
Na stoliku przed Septimą rozłożył zdobycze z kanciapy. Nie mówił o nich zbyt wiele. Palec Septimy miał zadecydować.

Centralną figurą okładki Pink Moon autorstwa Nick Drake wydawał się księżycowy owal. Po chwili obserwator odnajdywał liścia; wtedy owal nabierał wyglądu owocu. A może to był ser? Zenek nie miał pojęcia. Na okładce była także lewitująca filiżanka i dziwnie antropomorficzne białe serce z twarzą. No po prostu wizażowy odlot. Zenek nie miał pojęcia, co tu się działo, ale może przekona to Septimę.

W porównaniu do poprzedniej, kolejna okładka wydała się zadziwiająco prosta. Biały kwadrat, a na nim krzywy napis. Zarówno nazwa albumu, jak i zespołu. Neu! by Neu! należało już gatunkowo do niemieckiej awangardy i wpadało bardziej w gusta Zenka; a te, jak wiadomo, nie wpadały w gusta wszystkich. Ale może Septimę zaintryguje prostota.

Na kolejnej okładce figurowało czarno-białe popiersie faceta w kapeluszu, co to Zenkowi przypominał garnek. Burza włosów wokół niego. Duży, czerwony tytuł: T.REX. Album The Slider już samą okładką zapowiadał niezdrową dawkę dramatyzmu. Aż Zenek nie wiedział, czy Septima by się na to zdecydowała.

Ostatniego albumu Zenek niemal nie chwycił ze sterty. Finalnie jednak go ze sobą zabrał, no bo jakby mógł zostawić Big Stara? Ciemna, jednolita okładka prezentowała neonową gwiazdę, w środku której był neonowy napis: BIG. #1 Record zapowiadał się jako dobra zabawa.

Zenek rzucał cień nad stolikiem i czekał.


I miss the kiss of treachery, the shameless kiss of vanity.
sedulous
Ambition tearing out the heart of you
Carving lines into you
Dripping down the sides of you
wiek
28
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
różdżkarz/snycerz/badacz
Smukła, dość wysoka jak na kobietę (172cm), niewyróżniająca się z tłumu. To co zapamiętasz po kilkusekundowej migawce, to jej ciemne włosy. Włosy, naturalnie przypominające puchową szopę, ujarzmia zaklęciami wygładzającymi. Niewielu wie, że jest pół-człowiekiem pół-pudlem, bo ten rytuał pielęgnacyjny odprawia już od 10 roku życia (dziękuję ci, świętej pamięci mamo!!) W półmroku niekoniecznie brzydka, ale dużo traci w starciu z bezlitosnym słońcem. Ujawni sińce pod oczyma i bladą, nawet trochę szarą cerę. Nie potrafi ubrać się stosownie do okazji, więc jeśli zauważysz, że w miejscu publicznym wygląda zaskakująco dobrze, to znaczy, że palce maczały w tym osoby trzecie. Głos ma raczej niższy, niż wysoki, ale wyjątkowo młody, trochę nawet dziecinny. Zawsze pachnie wiśnią. Prawdziwą czy jakimś syntetykiem magicznym, nikt nie jest w stanie stwierdzić.

Septima Ollivander
#5
14.07.2026, 17:05  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 14.07.2026, 17:05 przez Septima Ollivander.)  
Timmy trochę nie wiedziała jak i w którym momencie zaanonsować Zenkowi, że po pierwsze to przybyła tu w trochę szemranych interesach, a po drugie to nie wiedziała do końca co zrobić z dłońmi, gdy nie mogła ich zająć sięganiem po chociażby kubek z gorącą herbatą.
Cholera, przecież na pewno tu nie mieli herbaty.
Próbowała całą siłą swojego ciała nie zerkać nerwowo ani w stronę drzwi wejściowych, ani ku panu Tarpaulinowi, zajętemu właśnie snuciem nowo przybyłym gościom opowieści o tutejszych kotach, ale… niepewne oczekiwanie nigdy nie należało do jej mocnych stron, a pozbawione nawet naczynia gorącego napoju stawało się osobliwie wręcz niezręczne — choć dla Septimy uczucie to zdawało się być już wszyte w smutny płaszcz codzienności. Nic nowego, a jednak, uwierało zawsze z tą samą mocą.
Więc gdy tylko Zenek zniknął za drzwiami prowadzącymi na zaplecze, porwała się błyskawicznie od stolika i ruszyła do baru po coś ciepłego. W gruncie rzeczy, ciepłe być nie musiało, ale jej kobiece kubki smakowe musiały jakoś oferowany przez tawernę trunek przetrawić, i to bez utraty godności.
Rejwach tymczasem nie odczuł ani na trochę nawet chwilowej nieobecności jednego ze swoich gospodarzy. Igła gramofonu natrętnie prowadziła kolejne takty ospałego jazzu, lecz reszta wnętrza nie dostosowywała się do narzucanego tempa. Kufle wracały na ladę z głuchym stukiem, portrety dawnych właścicieli przekrzykiwały się wesoło co jakiś czas, a rozmowy rozlewały się po sali w dziki ocean kakofonicznej symfonii. Warsztat Ollivanderów również grał swój własny rytm — ale ten ich należał do spokojnych i miarowych, takich jak w dobrze naoliwionej maszynie. Rejwach przypominał za to żywy organizm, który nawet w bezruchu oddychał pełną piersią. Ale może to nie była huczna celebracja życia, może miał on chorobę płuc po wielu dekadach nikotynowego uzależnienia i każdy oddech był walką o przetrwanie? Ciężko stwierdzić.

Przy barze zatrzymała się z pozoru potulnie, czekając aż pan Tarpaulin skończy nalewać piwo dwóm czarodziejom spierającym się o wynik ostatniego meczu Zjednoczonych z Puddlemere. Po trzydziestu sekundach, zatuptała energicznie trzewikiem, tak jakby tuptanie pozwalało piwnej pianie osiadać w kuflach szybciej i sprawniej. Oczywiście nikt takiego tuptania w głośnej knajpie nie słyszał, ale gdy tylko uwaga szefa powędrowała w końcu do Ollivander, skinęła uprzejmie głową zamawiając grzańca i dziękując sobie w myślach za to, że swoim nastawieniem wymęczyła napitek o może minutę szybciej niż inni. Zenkowi nie zamówiła nic, bo był w pracy, kranówy zamawiać nie wypadało, a czerwony sok dolewało się tu tylko do piwa, ale tylko w walentynki.
Obejrzała się przez ramię, wypatrując tym razem samego muzyka. Zniknął przecież na zapleczu z takim ferworem, jakby od powodzenia tej krótkiej przeprawy przez Rejwach i mityczne zaplecze, zależało powodzenie całego wieczora, a ona zamiast roztkliwiać się nad różdżkami i swoimi badaniami, śledziła wzrokiem dziwnie znajome frędzle kołyszące się przy każdym jego kroku. Kapłanki z doliny Kadiszy nosiły podobne ozdoby, choć ich szaty przeplatano jeszcze piórami dudków, wysuszonym sitowiem i drobnymi ptasimi kośćmi. Tutaj nie dostrzegała niczego podobnego, ale być może zwyczajnie nie doceniała pomysłowości Zenka, albo wiedziała o nim po prostu za mało.

Gdy tylko powrócił i  rozłożył przed nią płyty, ścisnęła odruchowo dłoń na grzbiecie notatnika, który przecież wyjątkowo wiernie wciąż czekał na Badacza. Która była godzina?
— Ciekawa okładka. — Odparła, poprzedzając odpowiedź pomrukiem zastanowienia. Musnęła opuszkiem palca ilustrację, jakby obawiała się rozmazać farbę. Oceniała przede wszystkim samo rzemiosło, czyli papier, sposób prowadzenia linii, dobór barw i ciężar kompozycji. Samą sztukę znała niemal wyłącznie z książek, dlatego jedynym skojarzeniem, jakie przyszło jej do głowy, był Salvador Dalí, choć równie dobrze inspiracją mógł być ktoś zupełnie inny. W końcu przeniosła zaciekawione spojrzenie na białą okładkę Neu!, pozornie zupełnie pozbawioną charakteru. — Wiesz co…spróbujmy tego Neu!
Nie próbowała być przewrotna. Uznała po prostu, że skoro Zenek chciał zaprosić ją do swojego świata, najlepiej będzie wejść do niego bez gotowych wyobrażeń, których mogłaby nabrać pod wpływem zbyt sugestywnej okładki. Uśmiechnęła się więc lekko i wskazała palcem prosty biały kwadrat.
Upiła przy tym łyk gorącego grzańca, który zamiast rozlać po jej ciele falę przyjemnego ciepła, paskudnie oparzył ją w język. Grymasu rozczarowania nie była w stanie ukryć.
— Tylko co jeśli gościom się nie spodoba? — odchrząknęła zamaszyście, próbując pozbyć się z gardła przypadkowo połkniętego goździka — czyja to będzie wtedy wina? Moja?
Ponownie zakasłała, tym razem nie będąc w stanie ukryć malutkiej studzienki łez ułożonych na granicach dolnych powiek. Miała tylko nadzieję, że goździk nie przekłuł gładkiej ścianki przełyku. Po Spalonej Nocy miała dość szpitali.


Kocham drewno i duże bicepsy.
wodzirej
Marzenia chyba zawsze mają swój koniec. Nie wznoszą się, lecz opadają.
wiek
30
sława
III
krew
mugolak
genetyka
snowidz
zawód
keyboardzista
Zenek ma 1.84m wzrostu. Jest zbudowany proporcjonalnie do wzrostu i dość atletyczny przez noszenie walizki, ale generalnie jest bardziej szczupły i smukły. Nad instrumentem się garbi, na kanapie rozciąga albo kurczy. Twarz ma jak pies rasy chartowatej, to znaczy pociągłą i szczupłą. Z ciekawszych jej cech wybijają się długi nos i jasne brwi. Włosy ma brązowe, oczy też. Skóra całym rokiem trzyma ciepły koloryt, a jego dłonie są po prostu ładne. Długie palce i szczupłe nadgarstki to atuty klawiszowca. Jeśli o ubiór chodzi, to nosi się po mugolsku, gdzieś pomiędzy zdobyczami z targu a ciuchami z metką. Głos ma ciepły, dość głęboki. Chrypi, gdy się stresuje. Gdyby śpiewał, to basem.

Zenon Kozioł
#6
23.07.2026, 18:34  ✶  
Zenek westchnął głęboko. W płuca wtłoczył kolejną porcję świeżego rejwachowego powietrza. Ciężkiego od cygarety. Zapach osiadał na wszystkim. Śmiejących się pijakach. Nie musiał ich słuchać. Wystarczyło, że ich wąchał.

Szerokim ruchem dłoni zebrał płyty w jeden stosik. Ta wybrana piętrzyła się na samej górze. Zwycięskie Neu! wyglądało skromnie, ale Zenek takie lubił. Płyty.

Każda nowa płyta to było inne doświadczenie. Zaczynając od okładki, którą ujmowało się między palce. Podnosiło się ją, by poczuć ciężar krążka w dłoni. Okładka powstawała z drzewnej papki. Pachniała papierem i drukiem. Atrament wsiąkał we włókna drewniane, z czego powstawały wzory. A… Septima zaczęła kaszleć.

Zasłonił okładkę rękawem koszuli.
— Aleś ty się rozkaszlała. Co ty pijesz? — zmarszczył nos, jakby to na kubek się gniewał. A nie na drobinki śliny czy grzańca. — Goście… Nie muszą lubić tego, co puszczam.
To powiedziawszy, ujął okładkę między dłońmi.
…
A skąd u Septimy ten kubek?

Oddalił się ku stacji kosmicznej. Ludzie w sumie też nie musieli jego muzyki lubić. Jakie to miało znaczenie? Muzyka i tak na nich wpływała, póki docierała do uszu. A pijak to jednym uchem wpuszczał, drugim wypuszczał, okiem szukał barmana, a ustami chłeptał.
Otarł płytę z wierzchu rękawem i pochylił się nad stacją kosmiczną.

Pod tubą gramofonu znajdowała się stateczna konstrukcja. Suwaki, pokrętła, guziki. Laik by się przestraszył. No ale Zenek wiedział, co klikać. On nie musiał patrzeć tylko na trąbę.
W słowiańskim przysiadzie naklikał co trzeba i ten jazz trochę ściszył. Rejwach nadawał jak wcześniej. Płyta kręciła się na metalowym krążku. Żałosne. On to lubił, jak muzyka mówiła: zrób żeś coś! A nie takie. Grzeczne kołysanie, co pijaka nie ruszyło, ani nawet nie uśpiło. Rączka uginała się pod ciężarem odpowiednio wyważonej igły. Igła rysowała płytę. Z tego powstawał dźwięk.

Zenek ujął między palce maciupeńką dźwignię koło rączki. Przesunął w górę. Igła się uniosła. Dźwięk z płyty opadł natychmiast. Cisza. W Rejwachu nie. Barytony z basami, może czasem jakiś cienki tenorowy głosik. Sopranów raczej nie było. Tylko struny stwardniałe paleniem.

Z dostatecznym szacunkiem należącym się płycie (jakiejkolwiek płycie) zdjął krążek z metalowej nasadki. Neu! czekało, wsparte o stację kosmiczną na podłodze. To był najlepiej odkurzony kawałek podłogi w Rejwachu.

Płyta z jazzem przeżyła już swoje. Porysowana, stara, brzydka. Bah, na stolik obok. Poczeka. Neu! to był rytuał. Z namaszczeniem uniósł biały kwadrat. Wyciągnął rękaw z płytą. Wyciągnął płytę z rękawa. Pijaków nie przejęła nieobecność jazzu. No, jak Zenek mówił.

Tu następowała krótka przerwa techniczna na oczyszczenie filcyku na nasadce dla płyt szczotką. Frędzle kamizelki energicznie powiewały.

Wieki całe zajęło, nim płyta dotknęła w końcu filcu. Bezpiecznie przyciśnięta do samego końca metalowej konstrukcji, oczekiwała na igłę. By zagrać. Zenek też czekał.
Uniósł głowę i odszukał wzrokiem jedynego stolika. To Septimę bowiem wybrał tamtego wieczora na kontrolę jakości. Służyła jako ślepa próba. Chyba tak się na to mówiło, chociaż Septima ślepa nie była.
No, a ta znowu kaszlała.

Opuszki palców obejmowały małą dźwignię niczym ostrożny operator. Pora była spuścić. Spuścił. Przechylił głowę. I chwilę tak trwał. Z tuby sączyły się pierwsze dźwięki intro.


I miss the kiss of treachery, the shameless kiss of vanity.
sedulous
Ambition tearing out the heart of you
Carving lines into you
Dripping down the sides of you
wiek
28
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
różdżkarz/snycerz/badacz
Smukła, dość wysoka jak na kobietę (172cm), niewyróżniająca się z tłumu. To co zapamiętasz po kilkusekundowej migawce, to jej ciemne włosy. Włosy, naturalnie przypominające puchową szopę, ujarzmia zaklęciami wygładzającymi. Niewielu wie, że jest pół-człowiekiem pół-pudlem, bo ten rytuał pielęgnacyjny odprawia już od 10 roku życia (dziękuję ci, świętej pamięci mamo!!) W półmroku niekoniecznie brzydka, ale dużo traci w starciu z bezlitosnym słońcem. Ujawni sińce pod oczyma i bladą, nawet trochę szarą cerę. Nie potrafi ubrać się stosownie do okazji, więc jeśli zauważysz, że w miejscu publicznym wygląda zaskakująco dobrze, to znaczy, że palce maczały w tym osoby trzecie. Głos ma raczej niższy, niż wysoki, ale wyjątkowo młody, trochę nawet dziecinny. Zawsze pachnie wiśnią. Prawdziwą czy jakimś syntetykiem magicznym, nikt nie jest w stanie stwierdzić.

Septima Ollivander
#7
15.08.2026, 04:08  ✶  
Kaszel ustąpił dopiero po dwóch kolejnych łykach, co było posunięciem samobójczym, bo napój wciąż miał temperaturę i smak roztopionego ołowiu, ale Septima wolała już poparzyć się po raz drugi niż siedzieć w Rejwachu i charczeć jak wysłużone miechy kowalskie.
— Grzańca — odpowiedziała w końcu, ochrypła, ocierając kciukiem kącik oka. — I nie kaszlę przez niego, tylko przez goździk. Zaatakował mnie znienacka.
Postanowiła nie rozwijać. Zamiast tego odsunęła kubek na bezpieczną odległość i zaczęła go obserwować zaciekawiona. Nie kubek rzecz jasna, a samego Zenka.
Bo działo się przy tym gramofonie coś, na co nie była do końca przygotowana. Człowiek, który przed kwadransem omal nie wywrócił się o kota i który nosił na sobie ubrania niepoważne i przypisywane wyłącznie ekscentrycznym czarodziejom (bądź mugolom), brał teraz płytę w dłonie tak, jak ojciec brał do ręki płytkę hebanu przed pierwszym cięciem — całymi wnętrzami dłoni, za krawędzie, nigdy za powierzchnię. Przetarł. Sprawdził. Zdjął poprzednią i odłożył ją na bok, zamiast rzucić, chociaż mówił o niej „bah" i wyraźnie miał ją za wysłużone paskudztwo. Wyszczotkował filc, którego nikt poza nim w tym lokalu nawet nie zauważał. Wszystko to zajęło mu trzy razy więcej czasu, niż powinno i Septima obserwowała to z rosnącym, niewygodnym uczuciem, że przygląda się komuś w jego własnym warsztacie.

Człowiek nieporządny nie czyścił rzeczy, których nie widać. Uświadomiła sobie, że siedzi z ustami lekko rozchylonymi, i natychmiast zamknęła je z przejęciem.
Igła siadła i przez pierwsze dwie sekundy Septima była przekonana, że coś się zepsuło. Bo nie było wielkiego wstępu, nie było tego cichego trzasku, chrząknięcia płyty, ani tych kilku pierwszych taktów, którymi utwór grzecznie się kłania, zanim wjedzie nutami do pokoju. Siedziała więc wyprostowana, z dłońmi splecionymi na kolanach niczym muzyczna znawczyni pisząca dla Pitchforka Spoona. Czekając, aż się zacznie, i coraz mniej pewna, na co właściwie czekać powinna, bo przecież czekała tutaj pierwotnie na coś zupełnie innego, ale o tym na moment przestała pamiętać.
Z czasem stwierdziła, że spodziewa się głosu, a głos nie przyszedł; minęła minuta, potem druga, potem i piąta,  a nikt nie zaśpiewał ani jednego słowa, żadnej frazy, żadnego jęku, nie było refrenu i nie było nawet szczeliny, w którą dałoby się refren wcisnąć — Septima jeszcze nie wiedziala, że audiofile rzadko gustowali w muzyce kierowanej wokalem. Z instrumentów nie rozpoznała żadnego i to akurat nie było niczym nowym, bo o muzyce wiedziała dokładnie tyle, ile wynosiło się z cudzego gramofonu — czyli nic. Ale nawykiem, którego nigdy się nie pozbyła, było pytanie „z czego to jest", zadawane wszystkiemu, co się tylko nawinęło. Zwykle dostawała odpowiedź. Teraz nie dostała żadnej. Dźwięk nie miał w sobie ani drewna, ani włosia, ani ludzkiego oddechu; ciągnął się gładko i równo, naprężony między dwoma punktami, jak cienka struna, której nikt nie zamierza puścić.

Rozejrzała się po sali, żeby sprawdzić, czy ktokolwiek uważa to za skandal. Nie uważał nikt. Pijacy pili dalej, przy barze ktoś rechotał na coś, co powiedziano pięć minut temu, portrety naparzały się o swoje, a muzyka, która wywróciła jej cały wieczór do góry nogami, przeszła przez tę knajpę nieśmiało, nie zostawiając w niej najmniejszej rysy. A może nie obserwowała dokładnie.
— Tańczy się do tego, Zenku?
Potem wjechał szmer, a raczej chmara szmerów i Septima nie była pewna czy tak być powinno.
Wstała raptownie, zostawiając za sobą wysiedziane krzesło i nieszczęsny kubek. Przez salę przeszła powoli, świadoma tego, jak wygląda w swojej koronkowej bieli stłamszonej przez wyblakłe brązy, ale goździkowy pogromca gardeł dodał jej odwagi, której ewidentnie dziś potrzebowała.
Przy gramofonie zatrzymała się o dwa kroki dalej, niż wypadałoby stanąć byle jakiemu rozmówcy. Ręce założyła do tyłu i splotła rzemieślnicze palce mocno, bo tego nauczyła się od ojca dawno i to jedno przynajmniej weszło jej w krew. W cudzym warsztacie nie dotykało się niczego, dopóki właściciel sam nie pozwolił, a Ollivanderówna w głębi duszy była przecież grzeczną dziewczynką.
— To nie jazz ani blues, ani nawet rock and roll. Jak to coś nazwać?— zapytała, oczyma manewrując między gramofonem a Zenkiem. Widocznie grzaniec wytapiał nie tylko rumieńce na jej policzkach, wytapiał również obkuty lodem język — i po co wyszczotkowałeś ten filc?
W tle dało się słyszeć pogłos nieznajomego, który gębę otwierał zdecydowanie szerzej niż reszta gości knajpy:
Ej nawet fajne to, takie avant-gardowe. Brzmi trochę jak taki jeden band na koncercie którego byłem w Niemczech dwa lata temu. Rozdawali wtedy bratwursty z kapustą, piwo też mieli dobre.


Kocham drewno i duże bicepsy.
wodzirej
Marzenia chyba zawsze mają swój koniec. Nie wznoszą się, lecz opadają.
wiek
30
sława
III
krew
mugolak
genetyka
snowidz
zawód
keyboardzista
Zenek ma 1.84m wzrostu. Jest zbudowany proporcjonalnie do wzrostu i dość atletyczny przez noszenie walizki, ale generalnie jest bardziej szczupły i smukły. Nad instrumentem się garbi, na kanapie rozciąga albo kurczy. Twarz ma jak pies rasy chartowatej, to znaczy pociągłą i szczupłą. Z ciekawszych jej cech wybijają się długi nos i jasne brwi. Włosy ma brązowe, oczy też. Skóra całym rokiem trzyma ciepły koloryt, a jego dłonie są po prostu ładne. Długie palce i szczupłe nadgarstki to atuty klawiszowca. Jeśli o ubiór chodzi, to nosi się po mugolsku, gdzieś pomiędzy zdobyczami z targu a ciuchami z metką. Głos ma ciepły, dość głęboki. Chrypi, gdy się stresuje. Gdyby śpiewał, to basem.

Zenon Kozioł
#8
23.08.2026, 01:21  ✶  
Zenek patrzył i patrzył, jak Septima się krztusi. Było coś arystokratycznego w sposobie, w jaki kolejne zalewy parzącego napoju przepływały pod jej grdyką w głębiny gardła. Goździki raniły ściany przełyku. Właśnie tak postrzegał, te, poshy girls? Największe niedogodności przyjmowały z cierpliwością mnicha. Mimo wszystko obdarzył wściekłym spojrzeniem i kubek. W końcu to on był winowajcą. Gdyby kubek lepiej przewodził ciepło, to by się i Septima teraz nie dławiła.
— A. No, goździków to ja też nie lubię. I cynamonu. I grzańca. — z trudem ukrywał zniesmaczone mlaśnięcia, jakby sam smakował napoju na języku. Chyba źródło tej niechęci tkwiło w formie. Najlepsze wino podawało się schłodzone. No tak, a nie? W Rejwachu w piwnicy takie beczki trzymali. Możliwe, że na bimber. No w każdym razie, kto wpadł na pomysł wino podgrzewać? I dodawać jeszcze do niego coś. Obrzydlistwo.
Poshy girls naprawdę lubiły się wykańczać.

Ściągnięta z drążka płyta leżała gdzieś obok. Natychmiast ich zalało. Przez krótką chwilę Rejwach buczał w pełnej swojej krasie. Zenek pracował. I faktycznie mógł próbować nadać tej kakofonii sens, ale tym się nie zajmował, kiedy dłonie miał zajęte. W tle mogli sobie buczeć. Włoski filcu uginały się pod szczotką. Płyty nie szczotkował. Gdy zetknęła się z nakładką, coś z letka przeskoczyło. Dziwne. Bo w Rejwachu nie było prądu.

Tak samo, jak nie zajmował się muzyką, gdy ją badał. Ulokował się wygodniej na podłodze. Co najbardziej lubił w Neu, to to, że pijacy na tym płynęli. Sączyła się z tuby i nadawała pulsu ich rozmowom. Jakby była ich naturalnym rytmem. Bywalców trzeba było pobudzać. Inaczej wszyscy by posnęli. Barmanka właśnie rzuciła garść kostek lodu do wysokiego kufla. Syrop poleciał po ściankach metalowego szejkera. Dolała czegoś, co spieniło się na dnie. Szejker zaczął się trząść między pięściami. Ciecz w środku buzowała.

Spoglądał na Septimę i czekał. Ona również poddawała się naturalnym sobie rytmom. Kolana złączone. Ręce złożone na kolanach. Stopy wbite w ziemię. Gdyby zakonserwować Septimę, w takiej pozie by została. Ludzie łapali by ją potem za nogi i rzucali zaklęcia.
Zadała mu pytanie. Poruszył się. Z tuby wydostawał się rytm jak ze stenotypu, klik klik klik.
— Mm… Nie wiem. Nie próbowałem. — wsparł dłonie o własne kolana. Septima zaczęła unosić się z mebla, więc obserwacja z podłogi przestawała mieć sens. Ale siedział.
Gdy się poruszała, to człowiek nagle przypominał sobie, że potrafi chodzić. Sukienka opadała ciężko na brązie speluny. Sama stawała się brązowa. Lokal jej nie szczędził. Okna zawsze pokrywała warstwa brudu. Gdy przyświecało słońce, brudne światło padało na brudne buzie. Teraz do środka wpadał księżyc. Białe sukienki to co, zjawa nosiła? Nogi też miała blade.

Wstał. Rozprostował nogi. Septima stanęła gdzieś obok, ze splecionymi dłońmi, coraz bardziej do konserwacji. Dźwięk się zrobił głośniejszy. Jak do niej podszedł. Chwilami jakby ktoś grał na szkle, wypadał taki piskliwy ton. Ale rytm wybijał się równo.
Jak oni to robili? Tancerze. Bywał na dyskotekach, tylko nie analizował ich tańca. Ruchy kończyn wypadały najlepiej, gdy były całkowicie naturalne. Rytm wybijał ruch.
Spróbował nogą. Tup, tup. Zatuptał. Jego stopa była naprzeciwko jej stopy. Jak dobrze, że jego kapcie miały twarde podeszwy. Ale tuptanie jeszcze o niczym nie świadczyło, więc przekręcił kolano. Tup. I do przodu, i do tyłu. Okazywało się, że rytm sam buzował pod skórą i unosił się na rozmowach pijaczych. Ruchy nogą nie stanowiły zatem problemu. I do prawej, i do lewej. Człowiek miał też biodra, ale wolał o tym nie myśleć. Septima miała małe nogi.

Uniósł twarz z własnych stóp na włosy Septimy. Nogi nie powstrzymywał.
— No więc chyba się da. — tupał dalej. Ręce trzymał w powietrzu, ni to zwisające wzdłuż ciała, ni to chwytające się czegokolwiek konkretnego. Perkusja wyznaczała dalszy rytm tej rozmowy. — Gdybyś chciała to jakkolwiek nazywać, to chyba kosmiczny rock. Tak jest po niemiecku. — był niebezpiecznie blisko włączenia bioder w konwersację. — Żeby płyta się nie pokurzyła. Powietrze w Rejwachu jest skażone. Jakiś pijak przejdzie, to i kurz się podrywa. Wiesz z czego jest kurz? Z ludzkiej skóry.
Rytm jechał dalej. Perkusja: bam! Nabierał na sile, w zapętleniu, co było niedorzeczne, bo jak coś będącego w zapętleniu mogło nabierać na sile?

Ktoś tam coś zagaił w tle ale ciężko było się wsłuchać, gdy głowa mu się kiwała. Skup się, Zenku. Policzki Septimy były różowe. Nadchodził moment decyzji, co zrobić z rękami, więc zaczepił dłoń o jej rękaw.


I miss the kiss of treachery, the shameless kiss of vanity.
sedulous
Ambition tearing out the heart of you
Carving lines into you
Dripping down the sides of you
wiek
28
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
różdżkarz/snycerz/badacz
Smukła, dość wysoka jak na kobietę (172cm), niewyróżniająca się z tłumu. To co zapamiętasz po kilkusekundowej migawce, to jej ciemne włosy. Włosy, naturalnie przypominające puchową szopę, ujarzmia zaklęciami wygładzającymi. Niewielu wie, że jest pół-człowiekiem pół-pudlem, bo ten rytuał pielęgnacyjny odprawia już od 10 roku życia (dziękuję ci, świętej pamięci mamo!!) W półmroku niekoniecznie brzydka, ale dużo traci w starciu z bezlitosnym słońcem. Ujawni sińce pod oczyma i bladą, nawet trochę szarą cerę. Nie potrafi ubrać się stosownie do okazji, więc jeśli zauważysz, że w miejscu publicznym wygląda zaskakująco dobrze, to znaczy, że palce maczały w tym osoby trzecie. Głos ma raczej niższy, niż wysoki, ale wyjątkowo młody, trochę nawet dziecinny. Zawsze pachnie wiśnią. Prawdziwą czy jakimś syntetykiem magicznym, nikt nie jest w stanie stwierdzić.

Septima Ollivander
#9
05.09.2026, 22:11  ✶  
W dolinie Kadiszy kobiety tańczyły bez żadnego instrumentu, a jednak nie nie odbierała tego jako pustki, lecz muzykę wyrwaną z trzewi rdzenia samego ciała. Żadnych bębnów, żadnych piszczałek; tylko pięty uderzające w ubitą słońcem ziemię, dłonie klaszczące o uda, albo siebie nawzajem, oddech ścinany coraz krócej, aż przestawał być oddechem, zamieniał się w metronom. Piasek nosiła w sobie jeszcze długo po powrocie do Londynu — wysypywał się z fałd ubrań przez dwa tygodnie. Ale tutaj, w tej londyńskiej sali, podłoga była lepka od rozlanego chmielu i śmierdziała stęchlizną tysiąca wcześniejszych wieczorów, a na parkiecie nie tańczyła żadna roznegliżowana kapłanka. Ciekawe czy Zenek był członkiem kowenu? W Witchcroft by go na pewno widziała.
Kosmiczny rock. Ale dlaczego kosmiczny?
— Kurz… jest z ludzkiej skóry — powtórzyła po nim, powoli, sprawdzając fakt w ustach na kruchość, tak jak sprawdzała drewno kciukiem, przed wbiciem w nie dłuto. Powinno ją to było zniesmaczyć oraz zaniepokoić i szczerze zamierzała się zniesmaczyć, ale czy człowiek, który przez kilkanaście lat wdychał drzewne opiłki, miał prawo marudzić na opiłki sklejone  ze starych bywalców Rejwachu? — To znaczy, że szczotkujesz z tego filcu pana Tarpaulina. I tych dwóch co siedzą pod portretami — jeden z nich nie miał zęba na przedzie, a drugi miał na sobie czerwoną czapeczkę klauna. Septima skrzywiła się mimowolnie i natychmiast poczuła się z tym paskudnie, bo skrzywiła się nie na sam koncept kurzowy, tylko na tamtych dwóch facetów, a przecież nie ich winą było urodzenie się z fizjonomią postaci rodem z dziecięcych bajek o wiedźmach i leśnych stworach.

Jeszcze niecały miesiąc wcześniej ludzie chodzili po Pokątnej z popiołem we włosach, udając że to zwyczajna wrześniowa szarość przyklejona do ich fryzur. Septima trafiła nawet do Munga, a przez pierwsze kilka dni wykasływała coś, czego nikt nie chciał nazywać precyzyjniej niż „podejrzanym osadem" — jakby nadanie mu imienia mogło przywołać więcej czegoś, co pozostać chciało nienazywalne. A teraz stała w brudnej spelunie na Nokturnie i bujała się w takt płyty, o której istnieniu nie wiedziała jeszcze godzinę temu. Mimochodem rzuciła okiem w stronę Zenka, acz od razu spojrzenie cofnęła. Nie wypadało o nic teraz pytać. Nie tutaj, nie teraz i nie w taki sposób.

Chwilę potem zerknąć musiała w stronę drzwi. Odruchowo i z nawykiem wartowniczej służby pełnionej od… niezmierzonych trzech kwadransów. Zorientowała się, że nie zerkała tam od przeciągającej się chwili i to odkrycie przeszło jej przez żołądek gładko, acz wciąż nieprzyjemnie. Notatnik wszak czekał w torbie na krześle po drugiej stronie sali (jak najprędzej musiała po torbę wrócić!!!), sam, porzucony i kompletnie bezużyteczny. Badacz nie przyszedł i była to jego i wyłącznie jego wina, a i tak poczuła się jak skończona kretynka. Powinna pójść do domu. Ale czy chciała iść do domu?
Wzrok przeniosła na tuptającego Zenka. Tup tup. Nie robiło to na niej kosmicznego wrażenia, ale widziała gorszych tancerzy. Kiwnęła na to głową z aprobatą, rozplatając palce.
— Co puścisz po tym?
To był większy wysiłek, niż wyglądał, bo dłonie splecione z tyłu miały jedną zasadniczą zaletę. Nie musiały nic robić. Puszczone luzem opadły wzdłuż tej cholernej koronki i natychmiast zaczęły jej przeszkadzać. Panny w takich głupich koronkach nie tańczyły do "kosmicznego rocka" w spelunie pełnej pijanych mężczyzn. Ale wnet przypomniała sobie napis dumnie wyryty nad damską ubikacją w Dziurawym Kotle: „Grzeczne dziewczynki idą do nieba, niegrzeczne mają niebo na ziemi…"
Nie miała więc już wyboru, bo pokierowała nią emocja, wydawałoby się, że dawna i nieaktualna, ale najwidoczniej wciąż potężna. Zsunęła ciężar na prawą stopę i z powrotem, raz, i jeszcze raz, żeby sprawdzić, jak to działa. Prawa noga nawet słuchała, ale lewa weszła o takt za wolno i za późno, co spowodowało wysyp buraczanych plam na policzkach.
Wytrzymała tak cztery kolejne uderzenia. Potem lewa noga jakoś się dopasowała, albo to muzyka się poddała i nad nią zlitowała.
Pac. Koronka była cienka i siłą rzeczy poczuła przez nią całą dłoń naraz, jeszcze chłodną od płyty, zaczepioną niby przypadkiem o rękaw bez żadnego pytania. Ciało Timmy zdążyło szarpnąć wcześniej niż myśl; ramię cofnęło się machinalnie o pół cala. Zatrzymała je w połowie drogi. Rękaw jednak wrócił tam, gdzie był.
Grzaniec dogonił ją dopiero teraz falą ciepła rozchodzącą się nie po gardle, ale gdzieś pod obojczykami.
— O której dziś kończysz pracę?


Kocham drewno i duże bicepsy.
wodzirej
Marzenia chyba zawsze mają swój koniec. Nie wznoszą się, lecz opadają.
wiek
30
sława
III
krew
mugolak
genetyka
snowidz
zawód
keyboardzista
Zenek ma 1.84m wzrostu. Jest zbudowany proporcjonalnie do wzrostu i dość atletyczny przez noszenie walizki, ale generalnie jest bardziej szczupły i smukły. Nad instrumentem się garbi, na kanapie rozciąga albo kurczy. Twarz ma jak pies rasy chartowatej, to znaczy pociągłą i szczupłą. Z ciekawszych jej cech wybijają się długi nos i jasne brwi. Włosy ma brązowe, oczy też. Skóra całym rokiem trzyma ciepły koloryt, a jego dłonie są po prostu ładne. Długie palce i szczupłe nadgarstki to atuty klawiszowca. Jeśli o ubiór chodzi, to nosi się po mugolsku, gdzieś pomiędzy zdobyczami z targu a ciuchami z metką. Głos ma ciepły, dość głęboki. Chrypi, gdy się stresuje. Gdyby śpiewał, to basem.

Zenon Kozioł
#10
20.09.2026, 16:01  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.09.2026, 18:05 przez Zenon Kozioł.)  
W klubowym Soho tańczyło się do soulu i r&b. Spragnieni zabawy Londyńczycy nabierali jednak apetytu na zupełnie nowe rytmy. Zbierali się w kolejkach ciągnących się aż do końca budynku. Koncentrowali się przy drzwiach wejściowych, których strzegł bramkarz za czerwoną tasiemką. Właściwy wygląd był kluczowy; najpierw człek przechodził selekcję. A potem bramkarz przecinał tę wstęgę dzielącą balowicza od przestrzeni klubowej. Wchodziło się do środka. Rytm uderzał już przy klamce. Z kostki brukowej na gładki parkiet; rytm czuło się pod podeszwami butów. W środku było ciemno. Drogę wyznaczały porozwieszane neony. Schodziło się po schodach… im niżej, tym duszniej. To od tej imprezy. Po drodze przeciskali się obok szczęśliwcy pachnący potem, dymem czy czymś jeszcze. Błyszczący, spoceni, szczęśliwi. Beat obijał się o metalowe barierki przy schodach. I wreszcie sala. Rytm przebijał się do klatki. Już nie było wiadomo, czy to serce, trzęsienie ziemi, ki zupełnie inny diabeł. Neony załamywały się, a ciemne wnętrze klubu rozbłyskało kalejdoskopem barw bijących ze szklanej kuli. O, tam się kręciła, przy suficie.

AKHYKHYKHY! Facet siedzący przy jednym ze stolików zaczynał się dławić. To chyba ten sam, któremu się podobała muzyka.

Pokiwał głową. Półprzytomnie poruszał ciałem, z jednego kolana przeskakiwał na drugie, ale bardziej jakby gotował się do biegu niż celował w Elvisa. Właśnie w tamtym momencie kropelki śliny podróżowały z głębiny pijaczego gardła, przelatywały rejwachowym powietrzem i lądowały gdzieś… rozproszone, w ich lokalowej atmosferze. Łączyły się z dymem, pijaczym smrodem i powstawała z nich para. Wszystko szło do góry, albo opadało. Powietrze wznosiło się czy opadało?
Porzucił wszelkie próby konstruowania choreografii. Zenek bywał i wiedział, że nie na tym polegało tańczenie. Nie w warunkach klubowych. Właściwie był już bardzo blisko, bo wyczucie rytmu to on posiadał. Przyszło mu w pakiecie z karierą muzyka. Ale podejrzewał, że gdyby był odrobinę chociaż wstawiony, to byłoby łatwiej. Od tego się zaczynało w klubach, na czym sprytnie korzystali właściciele lokali.

A ta Septima to już sobie popiła co nieco, tak? Bo tak się czerwieniła, jak gdyby była burakiem z uszkodzeniem wątroby. Może wydychała trochę tego wina grzanego. A fe. No, grzało go.
W tej koronkowej sukience to by jej nikt na Soho nie wpuścił. Taka prawda. Septima wyglądała bardzo ładnie, nie zaprzeczał. Koronka dobrze się układała pod palcami i dużo z niej dało się zrobić na kobiecym ciele. Ale w tej konfiguracji, cały ten materiał okrywający ciało w bieli… ona by weszła do klubu, a wyszła już szara. Żaden bramkarz by jej nigdy nie wpuścił.
— A, cośtam wrzucę. — metaforycznie machnął ręką. Może bywalcy byli w nastroju na coś jeszcze żwawszego. Big Star zawsze wprawiał ich w dobry nastrój. T. Rex spoglądał z okładki i czekał na swoją kolej, niezwykle cierpliwie jak na rockmena.
Ich piosenka trwała dalej. Krążek się kręcił, a igła ryła płytę. Napotykała rowki i sczytywała z nich na żywca muzykę. Zenek za nią podążał. A za Zenkiem Septima.
Później już nie odpowiedział. Zacisnął pięść mocniej na rękawie. Ramię szarpnęło… ale wróciło. To nawet mogła być reakcja na muzykę. Nie zraził się zatem. Zjechał ręką niżej, aż splótł palce z palcami Septimy. Jej dłoń też była zimna, no nie przesadzajmy. Może tylko trochę ocieplona przez alkohol.

A wtedy Zenek jakby jej rękę ze stawu wyrywał!… ostrożnie, delikatnie pociągnął za sobą, w stronę parkietu, tej wolnej przestrzeni, gdzie żaden pijak swojego stolika nie miał, a gdzie miał miejsce siedzieć, czyścić płyty i słuchać. I tańczyć. Pociągnął Septimę za sobą i nią zakręcił wokół własnej osi. Wprawił kobietę w ruch obrotowy. No Ziemia i Słońce. Ale przed oczami miał te baletnice, które nakręcał w swej kanciapie. Je też się manualnie wprowadzało w ruch. Zazwyczaj wystarczyło tylko nakręcić.
Zanim Septima się zdążyła wypierdzielić, czego się obawiał, obserwując jej chude nóżki w obrocie, złapał ją gdzieś w pasie i przytrzymał. Nawet sukienka przestała się wtedy kręcić, okręciła się jedynie raz jeszcze wokół Septimy i opadła na dół. Koronka się pogięła. Pierwsza piosenka na płycie dobiegała końca.
Patrzył w dół i myślał.
— Do ostatniego klienta. — bo dokładnie teraz mu się przypomniało. — A co?

Koniec sesji


I miss the kiss of treachery, the shameless kiss of vanity.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Septima Ollivander (3477), Zenon Kozioł (3619)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa