06.09.2026, 15:53 ✶
Skinął głową, przyjmując argument o twardej ziemi, jakby rozmawiali o odpowiedniej porze na prace ogrodnicze, a nie na samobójstwo. Zamilkł, nie kontynuując tematu. Czarownica nie uciekała od niego, nie zaprzeczała, wolna od panicznej, pierwotnie ludzkiej reakcji lęku przed śmiercią - uzdrowiciele w lecznicy traktowali to jak objaw chorobowy, ale Lazarus wiedział, że to było jedyne logiczne wyjście, jedyne, czego był godzien.
I na co zabrakło mu sił.
Był wdzięczny za spokój, z jakim podchodziła do tego nieznajoma, ale nie zamierzał go nadużywać. Otchłań własnych myśli, doskonale znana, doskonale okrutna, czekała, by go pochłonąć, prawdopodobnie wyjątkowo niełaskawa teraz, chwilę po tym, jak uciekł przed swoim losem. Lazarus zmusił się, by przestać w nią patrzeć i zamiast tego sięgnął po kubek z grzanym winem. Smak, po tygodniach szpitalnej kuchni, uderzył go ze zdwojoną siłą i czarodziej nie zdążył powstrzymać zadowolonego westchnienia.
Kiedy zwróciła uwagę na jego rany, spojrzał w dół, jakby zdążył już o nich zapomnieć.
- Słusznie - dreszcze ustały i faktycznie miał szansę zachować resztki godności i rozebrać się bez pomocy. Odstawił kubek na stół, pociągnąwszy wcześniej kolejny długi, wzmacniający i znieczulający łyk. Wsunął różdżkę do rękawa - nie zamierzał się z nią łatwo rozstawać, skoro już udało mu się odzyskać jej uspokajającą obecność. Wciąż okryty kocem, posłusznie podniósł się i zdjął mokre elementy ubrania z wypraktykowaną obojętnością. Skrępowanie było zawsze obecne, ale odsunął je gdzieś na bok. W lecznicy nawykł do braku prywatności i ciągłej, neutralnej i profesjonalnej obecności sanitariuszy. Nie spodziewał się, żeby tu miało być jakoś znacząco inaczej. Wypite na pusty żołądek wino tylko pomogło.
Jeżeli Helloise nabrała wrażenia, że jej pacjent jest szczupły, to widok, który ukazał się jej oczom tylko je potwierdził. Czarodziej był wręcz chudy - nie sprężystą pełną gracji chudością dzikiego zwierzęcia i nawet nie wrodzoną, młodzieńczą chudością uczonego, właściwą jego szkolnej wersji. Nie, to była niedowaga. Ciało, które otrzymywało niedostatecznie dużo ruchu, ale dla równowagi odmawiano mu też jedzenia. Kościste kolana, długie nogi, widoczne pod skórą kontury żeber. Lovegood owinął się ciaśniej kocem. Nie lubił na siebie patrzeć. Zamiast tego skupił się na towarzyszce. Pustelniczka? Uciekinierka? nie miał pojęcia. Tu, w otoczeniu własnej kuchni, ciepła, ziół i zapachów, wydawała się zdecydowanie bardziej realna i ludzka, niż widziana z okien szpitala albo ścigana po mrocznym lesie.
I zamierzała go opatrzyć. Lovegood skurczył się w sobie.
- Rany nie są zbyt głębokie. Nie zdążyłem z tym zaklęciem - powiedział tonem usprawiedliwienia, jakby tym niepowodzeniem zasłużył na ból, zimno i niebezpieczeństwo. Rozejrzał się po chatce, gotów oznajmić, że nie jest szczególnie głodny, ale kiedy kolejna porcja grzańca trafiła do jego żołądka, ściany zakołysały się i oczywiste było, że tym razem nie za sprawą kurzej nóżki wspierającej domek.
- Nie… - zacisnął długie palce na kubku, z rezygnacją uznając istnienie własnych potrzeb fizjologicznych - Nie wiem. Co jest do wyboru?
I na co zabrakło mu sił.
Był wdzięczny za spokój, z jakim podchodziła do tego nieznajoma, ale nie zamierzał go nadużywać. Otchłań własnych myśli, doskonale znana, doskonale okrutna, czekała, by go pochłonąć, prawdopodobnie wyjątkowo niełaskawa teraz, chwilę po tym, jak uciekł przed swoim losem. Lazarus zmusił się, by przestać w nią patrzeć i zamiast tego sięgnął po kubek z grzanym winem. Smak, po tygodniach szpitalnej kuchni, uderzył go ze zdwojoną siłą i czarodziej nie zdążył powstrzymać zadowolonego westchnienia.
Kiedy zwróciła uwagę na jego rany, spojrzał w dół, jakby zdążył już o nich zapomnieć.
- Słusznie - dreszcze ustały i faktycznie miał szansę zachować resztki godności i rozebrać się bez pomocy. Odstawił kubek na stół, pociągnąwszy wcześniej kolejny długi, wzmacniający i znieczulający łyk. Wsunął różdżkę do rękawa - nie zamierzał się z nią łatwo rozstawać, skoro już udało mu się odzyskać jej uspokajającą obecność. Wciąż okryty kocem, posłusznie podniósł się i zdjął mokre elementy ubrania z wypraktykowaną obojętnością. Skrępowanie było zawsze obecne, ale odsunął je gdzieś na bok. W lecznicy nawykł do braku prywatności i ciągłej, neutralnej i profesjonalnej obecności sanitariuszy. Nie spodziewał się, żeby tu miało być jakoś znacząco inaczej. Wypite na pusty żołądek wino tylko pomogło.
Jeżeli Helloise nabrała wrażenia, że jej pacjent jest szczupły, to widok, który ukazał się jej oczom tylko je potwierdził. Czarodziej był wręcz chudy - nie sprężystą pełną gracji chudością dzikiego zwierzęcia i nawet nie wrodzoną, młodzieńczą chudością uczonego, właściwą jego szkolnej wersji. Nie, to była niedowaga. Ciało, które otrzymywało niedostatecznie dużo ruchu, ale dla równowagi odmawiano mu też jedzenia. Kościste kolana, długie nogi, widoczne pod skórą kontury żeber. Lovegood owinął się ciaśniej kocem. Nie lubił na siebie patrzeć. Zamiast tego skupił się na towarzyszce. Pustelniczka? Uciekinierka? nie miał pojęcia. Tu, w otoczeniu własnej kuchni, ciepła, ziół i zapachów, wydawała się zdecydowanie bardziej realna i ludzka, niż widziana z okien szpitala albo ścigana po mrocznym lesie.
I zamierzała go opatrzyć. Lovegood skurczył się w sobie.
- Rany nie są zbyt głębokie. Nie zdążyłem z tym zaklęciem - powiedział tonem usprawiedliwienia, jakby tym niepowodzeniem zasłużył na ból, zimno i niebezpieczeństwo. Rozejrzał się po chatce, gotów oznajmić, że nie jest szczególnie głodny, ale kiedy kolejna porcja grzańca trafiła do jego żołądka, ściany zakołysały się i oczywiste było, że tym razem nie za sprawą kurzej nóżki wspierającej domek.
- Nie… - zacisnął długie palce na kubku, z rezygnacją uznając istnienie własnych potrzeb fizjologicznych - Nie wiem. Co jest do wyboru?