08.08.2026, 13:03 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 14.08.2026, 14:26 przez Lorraine Malfoy.)
![[Obrazek: 4f8ffcfc449a35290156762c530a2e688fe5049e.png]](https://64.media.tumblr.com/52985a55ad216819c40089d3630664eb/a715469956b1d972-16/s2048x3072/4f8ffcfc449a35290156762c530a2e688fe5049e.png)
Nie spodziewała się, że kiedykolwiek zacznie myśleć o Podziemnych Ścieżkach jako o domu. Dom. Nigdy nie nazwała tak Malfoy Manor, które odwiedziła dzisiaj na krótko, aby spotkać się z resztą rodziny: domem była zawsze rezydencja pod Londynem, którą rodzice zmuszeni byli sprzedać, gdy była dzieckiem zaledwie. Domem jej stała się wówczas biedna chata w Little Hangleton. Nauczyła się nazywać to miejsce domem, tak jak wiele innych miejsc, w których przyszło jej potem mieszkać. Czasem żałowała, że nie wróciła tam po śmierci matki: ściany drążyły jednak wspomnienia zbyt bolesne, ażeby zdołała wytrwać tam samotnie. Wspomnienia pleniły się między rozeschłymi deskami podłogi, pochłaniając domostwo niby pleśń. Przetrwała tylko pamięć o przemocy, przypominającej o sobie popękanymi ościeżynami, potłuczonymi oknami. Po śmierci Mirandy przestrzenią owładnęła roślinność, przesłaniając jej ślady pędami wijącego się bluszczu, pędami dzikiego wina. Ślady przemocy. Ślady Mirandy.
"Nie boisz się, że Miranda będzie zła, jeżeli nie wrócimy do domu?", spytała niepewnie Lorraine, dawno, dawno temu, postępując tym samym korytarzem, którym postępowała teraz. "Nie musimy tam w ogóle wracać", odpowiedział ojciec, w przeciwieństwie do niej starannie unikając słowa "dom". Jakaś kość chrupnęła wówczas pod jego stopami. Takim oto kobiercem wysłane były korytarze Podziemnych Ścieżek — trupem i stęchliną.
"Możemy zostać tutaj", stwierdził, odwróciwszy się, żeby odszukać wzrokiem córkę. "Chciałabyś, Lorraine?". Nie zauważył, że została w tyle. A przecież ledwie chwilę wcześniej wyprzedzała go o kilka, a może nawet i kilkanaście kroków, jak gdyby chciała popisać się przed ojcem, że zna drogę na pamięć. Teraz stała jednak przed wejściem do jednego ze starszych korytarzy. Tych, do których wiedziała, że nie należy zapuszczać się samej. Sięgały zbyt głęboko, przestrzegł ją kiedyś Armand, choć sam w otwartą gardziel bogów podziemi patrzył z chorobliwym błyskiem na dnie oczu. Nikt nigdy nie wyszedł stamtąd żywy, przypomniała sobie Lorraine, wpatrując się w ziejącą czeluść podziemnego przejścia.
Z zamyślenia wyrwał ją dopiero głos ojca, niosący się echem wśród korytarzy.
"Możemy tutaj zostać", powtarzał.
Lorraine odwróciła się plecami do spowitego w ciemnościach tunelu.
"Chciałabyś, Lorraine?".
Ile mogła mieć wtedy lat? Była dzieckiem zaledwie, a jednak musiała myśleć jak dorosła. Stawiała przed ojcem kolejne pytania, niedopasowane rozmiarem do jej ust — tak samo jak sukienka, z której zaczynała już wyrastać, niedopasowaną była do jej ciała. Sukienka była na nią za mała, odsłaniała bowiem wychudłe nogi usiane siniakami, a pytania były za duże, zbyt poważne, gdy wypowiadało się je piskliwym, dziecięcym głosem. "A co będziemy jedli?", spytała wtedy, zmieszana. "Gdzie będziemy spali?". Czasem ojciec wynajmował jej pokój, a sam szedł gdzieś, nie wiadomo gdzie: wracał dopiero nad ranem, żeby pisać, zasypiał z nosem na biurku. Lorraine nie lubiła, gdy zostawiał ją samą. Gdy przestała się już bać Nokturnu, zaczęła się bowiem nudzić, a jak już miała się nudzić… Wolała, żeby zabrał ją na te nocne wyprawy ze sobą. Zdarzyło jej się zdrzemnąć na zestawionych z sobą krzesłach w spelunie, gdzie pił, ukołysana w kącie wrzaskami podobnych mu pijaków, wyśpiewujących stare szanty. Nakrywała się wtedy jego kurtką, bo brzydziła się dotknąć zatęchłego koca, który leżał na kanapie w rogu. "Skąd weźmiemy ubrania, gdy te się zabrudzą albo zniszczą?", spytała cicho. W palcach gnieść zaczęła rąbek starej sukienczyny. Gdy wróci do domu, będzie musiała ją uprać, ubrudziła się bowiem, schodząc wraz z ojcem w głąb Ścieżek. Cała czuła się brudna, najchętniej zanurzyłaby się w balii z wodą, żeby zmyć z siebie kurz podziemi. Czy pod ziemią w ogóle znaleźć można było wodę? Może jakie podziemne jezioro, którego mogłaby zostać panią, jak w baśniach… Nagle jęła się zastanawiać, czy jego topiel nie przypominałaby jednego ze smrodliwych kanałów nad Nokturnem, gdzie spływały nieczystości.
Zamiast Panią Jeziora byłaby wówczas Panią Rynsztoków.
"A co będzie, jeżeli któreś z nas zachoruje?". Czy to było w ogóle zdrowe, przebywać cały czas pod ziemią? Lorraine walczyła, żeby w ogóle dobyć z siebie głos, który uderzał powoli w coraz to wyższe tony. Leki były drogie, tak samo jak wizyty u magomedyków, Miranda zawsze to powtarzała, bo była chora, bardzo chora, choć jej choroba zabijała powoli, postępując na przestrzeni lat. Koniec zdawał się Lorraine zbyt odległym, aby był prawdziwym. A jednak… "Co będzie jeśli ty zachorujesz, tato?", spytała. Zostawi ją. Zostawi ją wtedy samą, i nie będzie miała nikogo na świecie. Wolałaby już umrzeć! Umrzeć!
Ojciec czule przyciągnął ją wtedy do siebie.
"Dziecko moje", wyszeptał, "czy ty zawsze musisz być mi przeciwną?".
W oczach Lorraine zakręciły się wówczas łzy. Nie, pokręciła gwałtownie głową, oczywiście, że nie. Nigdy nie chciała mu się sprzeciwiać. Chciała być dobrą córką, a dobra córka winna być posłuszną ojcu… Ślepo posłuszną, ale nie ślepą. Chociaż patrzyła na świat oczami otrzymanymi w schedzie od ojca, zdawała się widzieć rzeczy, których Armand nie dostrzegał. Może po prostu nie chciał dostrzec, pomyślała, wtuliwszy się do niego desperacko. Nawet przed nim samym szukała przecież schronienia w jego ramionach. Mogła mówić jak dorosła, ale wciąż była tylko przerażonym dzieckiem. Ojciec nie odpowiedział na żadne z jej pytań, ale też nie odepchnął jej od siebie. Nie patrzył na nią ze złością, z jaką umiał patrzeć na innych: wiedziała przecież, jakie były jego oczy, gdy był zagniewanym. Wystarczyło, żeby spojrzała w lustro. Uspokoiła się, gdy się odezwał. Choć ojciec przemawiał łagodnie, bardziej niż jego gniewu obawiała się rozczarowania. Nie chciała przecież zawieść taty. Już po chwili nonszalancko zasiadała na ławie tuż obok niego, wymachując nogami jak gdyby nigdy nic: przestała, gdy tylko przypomniała sobie, że Miranda powiedziała, że damy nie machają nogami, bo to nieuprzejme. Zacisnęła więc drżące usta na kosmyku włosów, udając, że bawi się nimi, znudzona. Znudzenie było bezpieczną imitacją dumy, a duma była zbroją damy, podobnie jak uprzejmość. A gdy nawet nudą się znudziła, pogrążyła się w lekturze książki, którą jedna z artystek krążących wokół Armanda dała jej do przeczytania, choć jej wzrok co rusz uciekał znad pomiętych kartek.
Ojciec podchwycił jej spojrzenie.
"Nie podoba ci się?", spytał.
"Nie", rzuciła niemal bez zastanowienia Lorraine, zaciskając mimowolnie zęby, gdy zgromadzeni przy stole artyści zaczęli zanosić się śmiechem. Zrobiło jej się słabo. Nie wiedziała, czy śmieją się z niej, czy z nią. Spotniałe dłonie zacisnęły się nerwowo na książce, którą odłożyła na stół, choć chciała cisnąć nią w twarz jej autorce. To przez nią przecież to wszystko, pomyślała gniewnie, nie patrząc nawet na młodziutką pisarkę, która zarumieniła się żywo, przez nią! Spojrzenie Lorraine mimowolnie uciekło w stronę ojca. Ten uśmiechnął się lekko.
"Napisz coś, co spodoba się mojej córce", padło żądanie.
Potem pół artystycznej bohemy pisało dla niej baśnie, bo Armand uparł się, że będzie czytał rękopisy tylko tych pisarzy, którzy przypadli do gustu Lorraine.
Najpierw musieli zadowolić córkę, żeby zyskać przychylność ojca. Cały dwór poetów piszących dla małej królewny. Królewny, bo jej ojciec wydał jej się w tamtej chwili królem, choć nie nosił korony. Nawet gdyby miał koronę, dawno by już ją sprzedał. Przynajmniej tyle mógł więc dać Lorraine. Namiastkę zachcianek właściwych wszystkim wysoko urodzonym, rozkapryszonym pannicom. Inni ojcowie dawali swoim córkom zabawki, łakocie i piękne ubrania. Lorraine dostawała od swojego bajki. Całe bajkowe królestwo utkane ze słów w miejsce odpowiedzi, które obnażyłyby upokarzającą prawdę — król był żebrakiem.
xxx
Opustoszałą niszę grobową przeznaczył sobie na kryjówkę. Miał ich kilka na przestrzeni lat, ale wszystkie wyglądały w gruncie rzeczy tak samo. Zbutwiałe książki ułożone w stosy. Barłóg z koców, gdzie sypiał. Niewielka balia z wodą. Oparte na kamieniach deski, służące mu za biurko.
Nie zastała go w środku.
Dłonią przesunęła po kamiennej ścianie, zatrzymując się, aby złapać oddech. Znała dobrze pokrywające ją żłobienia, znaczenie znaków, jakie zostawiali po sobie mieszkańcy ciągnących się pod Londynem korytarzy. Alfabet żebraków, słyszała, jak mówili na to na powierzchni patrolujący ulice Nokturnu brygadziści. Alfabet bezdomnych. Do których należała Lorraine? Biegła była przecież w jego odczycie. W powietrzu wyczuwała słabą woń perfum Fontaine. Wyryty w ścianie znak wiernych jej Szczurów. W podziemnym alfabecie, jakim się posługiwali, oznaczał sojusznika. Nie, więcej: przyjaciela. Słowo to brzmiało jednak zbyt niedorzecznie w przestrzeni Ścieżek. Wypowiadano je z czymś na kształt rozbawienia, protekcjonalności niemal… A jednak Orfeusz był nietykalnym. Nauczył swoją córkę czytać znaki w języku podziemi. Nauczył ją pisać. Sama wycinała je na ścianach, kiedy nadarzała się ku temu potrzeba, uczestnicząc w kreacji świata, który powołał je do życia. Jeden z symboli wymyśliła przecież samodzielnie, różdżką odwzorowując w kamieniu stary symbol Pani Jeziora. Odnalazła go dawno temu na marginesach starego, ilustrowanego wydania Cyklu Wulgaty, czytanego z wypiekami na policzkach. Uczyniła go swoim. Podpatrzyła bowiem, jak starsze dziewczęta uczęszczające na lekcje run wykorzystują podobne, aby stworzyć własne amulety. Lorraine nie znała protektywnych własności run, ale też chciała mieć swój amulet. Dziecięcą była potrzeba skrytości. Posiadania znaku przynależności, tajemnicy, ukrytej w symbolu. Baldwin powiedział kiedyś, że to symbol Królowej Maja. Oto kwietne girlandy, tłumaczyła mu bowiem w sekrecie, palcem kreśląc kolejne figury na mokrym piasku, oto maikowa wiecha. Brakuje tylko majowego pala, stwierdził wesoło, przekreśliwszy bazgroły siostry stryjecznej przez środek, prostą linią: tak oto jej wianek znalazł się na szczycie jego pala. Zaśmiała się wtedy głośno. To nie pal, powiedziała łagodnie, obracając w dłoniach jedną z urwanych pośród błoni stokrotek, lecz miecz. Pani Jeziora darowała bowiem miecz Lancelotowi, którego bardzo miłowała. Arondight, w niczym nieustępujący Excaliburowi, który przypominać miał jej wychowankowi o jego królewskim pochodzeniu. Lancelot du Lac. Lancelot z Jeziora, mruczała sama do siebie, plotąc wianek, podczas gdy Baldwin poszedł kąpać się w jeziorze wraz z kolegami. Spodobało się jej jednak i jego skojarzenie. Od tamtego czasu właśnie w taki sposób wyrysowywała swój symbol. W taki sam sposób rysował go Armand, przyjąwszy go za swoje godło.
Przez chwilę obawiała się, że zmienił zabezpieczenia swej kryjówki, ale zamykał ją przecież po to tylko, żeby do środka nie dostały się zwierzęta. Nikt o zdrowych zmysłach nie próbowałby przecież obrabować Orfeusza. "Z czego niby?", zaśmiał się kiedyś. "Z pcheł?".
Ojciec nie miał niemal nic na własność. Nazywał to wolnością. Nie posiadać niczego, aby nie stać się posiadanym, powtarzał z mocą. Nie przywiązywać się do miejsca, nie nakładać na siebie więzów przynależności.
Kiedyś, kiedy była dzieckiem jeszcze, sądziła, że to całkiem zmyślne — przynajmniej przez te kilka sekund, które zajęło jej przejście przez krótką na kilka stóp kryptę tanecznym krokiem. Zakręcenie się w miejscu z rozłożonymi szeroko rękoma, dokładnie tak, jak czyniły kapłanki Macmillanów, chcąc przywołać słoneczną pogodę. Lorraine była ciekawa, czy będzie w stanie rozświetlić w ten sposób pogrążone w ciemności korytarze. Gdyby rozbłysły jego promieniami, myślała, ojciec nie musiałby marnować wzroku. Widziała jak mrużył oczy, pisząc w świetle świec. Przez chwilę była więc wirem jasnych włosów i jasnego śmiechu, wzbijającym kurz podziemia fałdami jasnej sukienczyny. Oto stała się jasność. "Ale przecież masz mnie", zaśmiała się, przerywając ojcowski wywód. "A ja mam ciebie". W piersi poczuła nagły ucisk, gdy wypowiedziała te słowa na głos. Po ostatnim piruecie, na dziecięcej twarzy odmalowała się niepewność. "Jesteś moim tatą. Ja nie jestem twoja?", spytała cienkim głosem.
Oczywiście, że była. Upewnił ją o tym natychmiast niemal, a potem zaczął znowu mówić. Mówił wiele dużych słów, które może i zrozumiałaby, gdyby nie kręciło jej się już w głowie od tańczenia. Sztywno przysiadła na posłaniu, a może ojciec ją tam usadził. Humor zdążył się jej jednak zważyć, więc nie patrzyła na niego nawet, tylko bawiła się rodowym pierścionkiem na swoim palcu. Mówił coś o tym, że świat opiera się na zawłaszczaniu. O tym, że człowiek niewoli drugiego człowieka, odbierając mu jego wolność. O tym, że sprawia aby zależał… A może należał? Pogubiła się już. "Jesteś moim tatą", podkreśliła, nadąsana, kiedy skończył mówić. Mogła się dąsać, ale pilnowała się, żeby nie dać mu powodu do gniewu. "A ja jestem twoją córką", dodała pewnie.
Jego oczy były łagodne. Może wcześniej po prostu gniewał się o to, że mu przerwała. Nic nie powiedział, gdy wyryła w kamiennej ścianie swój symbol stępiałym scyzorykiem. W następnej kryjówce sam wyrysował go na ścianie. I w następnej. I w następnej.
Lorraine oderwała dłoń od ściany.
"Wciąż jesteś na mnie zły?", spytała po dziecięcemu w posłanym latem liście.
Mógł być zły, ale nigdy na tyle, żeby zetrzeć Lorraine ze swojej ściany.
Odstawiła wiklinowy koszyk z jedzeniem na ziemię. Potrzebowała odsapnąć przed zejściem do Eurydyki.
Zasiadła za ojcowskim biurkiem, z szelestem sukien przestąpiwszy ponad pogniecionymi papierami, na których widniały niedokończone próbki czegoś, co wyglądało jak powieść. Poświęciła dłuższą chwilę na przeczytanie wszystkich. Kolejno rozprostowywała je na kolanach, aby ostatecznie złożyć uporządkowane kartki w schludny stosik. Znała, jak zwykł pracować ojciec. Wszystko, co nie zostało napisane w zrywie natchnienia, uznawane było za niewystarczające. Słowa musiały splatać się ze sobą w ten szczególny sposób, który sprawiał, że w piersi brakowało tchu, a dopiero kolejny akapit pozwalał zaczerpnąć powietrza na nowo. Lorraine przebiegła wzrokiem po ostatnich słowach skreślonych ręką ojca. Atrament był jeszcze mokry, zdała sobie sprawę. Przez chwilę po prostu patrzyła na smużyste wersety, które tańczyły przed jej oczami jak miraże. Proza ojca była duszną, przytłaczającą wręcz — desperacko pragnęła bowiem, aby nadać jej oddech. Nie wiedzieć kiedy Lorraine rozchyliła lekko drżące wargi…
Po to tylko, aby gwałtownie odsunąć od siebie zapisaną kartkę.
Pozwoliła, aby ciężkie westchnienie wyrwało się z jej piersi. Pisarstwo było dla Armanda tym, czym dla Lorraine była legilimencja. Z trudem oderwała wzrok od leżącego przed nią poematu, utkwiwszy spojrzenie w ścianie krypty. Zdobiły ją odłamki luster, które ktoś musiał powciskać między szczeliny w kamieniu, w złączenia w tynku. Przedziwna był to mozaika. Nie dało się w niej przejrzeć w całości. W jednym z lustrzanych okruchów mignęło jednak odbicie niebieskich oczu. Lorraine dopiero po dłuższej chwili odwróciła wzrok. Zamrugała. Podobną instalację znaleźć można było na ścianie Eurydyki. Szczątki jednego ze zdobiących ją zwierciadeł wciąż jeszcze tkwiły w szufladzie jej biurka w Necronomiconie, zawinięte w czarny welur. Nie chciała o tym jednak myśleć. Zajęła się przeglądaniem ojcowskich papierów, pośród których znalazła przepisany ręką Armanda scenariusz. Skrypt z poprawkami dla Baldwina. W jaki sposób mógłby wypowiedzieć swoje kwestie, stojąc na scenie. Jaki gest wykonać, na które słowa położyć nacisk, aby przykuć uwagę wszystkich. Westchnęła mimowolnie. Jak wiele treści było zawartych między wierszami! Czasem było to jedno słowo, wewnętrzny żart, czasem ściana tekstu, reinterpretująca sens wystawianej sztuki. Armand nie zostawiał wyłącznie komentarzy w didaskaliach. Nie ograniczał się do kreślenia po marginesach, nie — Armand pisał swemu synowi całe monologi. Sceny, których nie było w oryginalnym skrypcie, bo autor sztuki był dyletantem, nie doceniającym potencjału własnego scenariusza, słyszała niemal wściekłe sarkanie ojca, a już na pewno nie doceniającym potencjału aktora. Tymczasem Armand zostawiał mu nawet przestrzeń na improwizację. Łaskawca, pomyślała ironicznie Lorraine, czule odwracała jednak kolejne kartki skryptu. Wiele czułości było bowiem w tych rękopisach. Nie dziwiła się, że Baldwin wciąż wracał do teatru. Sama też wracałaby na jego miejscu. Nawet jeżeli ojciec jak zawsze wydawał się zbytnio zapatrzony w swój akt twórczy, żeby zrozumieć, jak trudnym było dla syna to wszystko. Tata… Armand umiał porywać za sobą innych. Sprawić, aby podporządkowywali się jego woli, pożądali aprobaty. Nawet Lorraine była przecież zakładniczką jego miłości.
Wstając od biurka, schowała poemat do kieszeni skrytej w fałdach sukni. Zadedykowany był dla niej, należał zatem do niej, do niej, nawet jeżeli był nieskończonym. Nie obchodziło jej, że był nieskończonym.
Odwróciła się gwałtownie, słysząc odgłos kroków.
— Orfeusz kazał przekazać, że… — wydyszał ulicznik — jeden z wielu małych obdartusów, który służył Madame Fontaine na posyłki. Dziecko zaledwie, oceniła Lorraine, ale dzieci tutaj zdawały się dorastać szybciej. Zwłaszcza sieroty, takie jak obdarty wyrostek, który stanął przed nią, przestępując z nogi na nogę.
— Już idę — przerwała Szczurowi Lorraine. — Możesz przekazać to mojemu ojcu, jeżeli się niecierpliwi. — Orfeusz. Zawsze wewnętrznie krzywiła się słysząc to miano. Nie myślała o nim w ten sposób. W jej głowie Armand Malfoy nie był mitem, potępionym poetą z podziemnych korytarzy. Był jej ojcem, do którego po tych wszystkich latach wciąż zwracała się, tak po prostu, "tato". Co oni wszyscy mogli o nim wiedzieć?, pomyślała, ostatni raz powiódłszy palcami po stosie papierzysk zgromadzonych na biurku. Po wyrytych w blacie symbolach. Po plamach krwi wsiąkłej w drewno.
— Powiedział, że nabije mnie na rożen i zje, jak nie zniknę mu z oczu — odpowiedział ponuro chłopiec, łypiąc na nią lekko spode łba. Nieufnie zerknął zrazu w stronę biurka. Widać było, że nie czuł się tutaj zbyt komfortowo, zgrywał jednak odważnego. Może dlatego twarz Lorraine pozostała nieprzeniknioną.
— Żartował — odpowiedziała pogodnie.
A potem wyciągnęła w stronę ulicznika bułkę z dżemem, jedną z tych, którą zapakowała do kosza z jedzeniem.
Malec burknął coś pod nosem, a jednak nie ruszył się z miejsca. Dzieci Podziemi miały swoją dumę. Miały też spryt.
Lorraine pokiwała powoli głową, markując zamyślenie.
— Możesz wziąć też drugą. Dla siostry.
Po chwili wahania bułka została wyrwana jej z ręki i łapczywie pożarta. Drugą ulicznik dostał na drogę.
— Dostanę jeszcze? — spytał bezczelnie.
— Jak pomożesz kapłanowi z rogu zmyć bohomazy, które zakląłeś mu na płocie, to pomyślę, czy zasłużyłeś na więcej — odpowiedziała ostro Lorraine. — Pomódl się przynajmniej do Matki — przykazała na odchodnym. — Święto dzisiaj.
— Matka nie da mi bułki — burknął dzieciak.
— Ja dam, jak będziesz się zachowywał. Zmykaj, zanim się rozmyślę.
Już go nie było.
Zeszła do galerii brata nieniepokojna już przez nikogo. Nie zauważyła, że palce zaciśnięte na rączce wiklinowego koszyka poplamione były teraz atramentem.
xxx
Gdy weszła do Eurydyki, Armand majstrował przy szafie grającej, która uparcie wypluwała z siebie kolejne piosenki The Beatles. Ojciec nienawidził Beatlesów, a nienawiści tej bardzo szybko dał upust, waląc w maszynę pięścią. Nikt nie potrafił dociec, jak prosto przerzucać między kolejnymi płytami; automat wypluwał z siebie bowiem utwory bez żadnego ładu i składu. Czasem oznaczało to cały dzień w akompaniamencie muzyki country, czasem z głośników płynęły dźwięki nowoorleańskiego jazzu… Co jakiś czas Malouelowi udawało się naprawić zaklęty mechanizm, ale nigdy na długo; zbuntowana maszyna odmawiała łatwego poddania się ludzkiej woli.
— Nie zmieści się nam wszystko na jednym stoliku — rzucił przez ramię ojciec, spozierając na Lorraine jak gdyby kątem oka, zajęty gmeraniem przy szafie grającej. — Trzeba dostawić jeszcze.
Ogolił się, zdała sobie sprawę. Gdy się golił, wyglądał młodziej. Bardziej przypominał jej ojca, którego znała przed laty. Kochała go prostszym rodzajem miłości zanim zszedł w ostępy podziemnych korytarzy. Wrócił stamtąd, skąd nikt nie wraca, ale wrócił odmieniony. Być może nie miłość się zmieniła, tylko oni: Lorraine skinęła ojcu głową, niepomna na to, że nie mógł tego zobaczyć; wciąż walczył bowiem z pokrętłami, nie przestając mruczeć cicho pod nosem. Odwróciła się, żeby dokończyć rozpakowywanie kosza z jedzeniem. Wystarczyło machnięcie różdżką, żeby podsunąć dodatkowy stół… Szkoda tylko, że się chwiał. Podobnie jak i cała reszta stołów, jakie Eurydyka miała na stanie. Nawet pod ten najbardziej stabilny — ten, przy którym zwykł pisać ojciec — należało podkładać przypórki. Lorraine rozejrzała się po barze, w poszukiwaniu czegoś, co można byłoby podłożyć pod kulawą nogę od stołu, aby talerze z jadłem nie pospadały z chybotliwego blatu. Wzrok jej padł na leżący na jednej z ław stos obdartych książek ojca. Na grubą Biblię, będącą tego stosu zwieńczeniem.
Podparła świętą księgą chybotliwy stół, na którym zaczęła rozkładać przygotowane na Mabon potrawy. Kilka małych, pieczonych dyń, przepołowionych i wypełnionych aromatycznym farszem. Garneczek z parującym gulaszem z duszonych warzyw, dyni, ziemniaków, pietruszki i pasternaku, z dodatkiem żurawiny. Chrupiące paszteciki z grzybami zebranymi na Ścieżkach. Drożdżowe bułeczki z lokalnej piekarni. Domowej roboty sok z malin, otrzymany w darze od sąsiadki.
Skończyła już przystrajać stół, ale z głośników wciąż jeszcze płynęły dźwięki przebojów Beatlesów.
— Daj już spokój, tato — odezwała się pojednawczo Lorraine. — Ta szafa grająca jest niemożliwa do opanowania.
— Nie będziemy jedli, słuchając tego jazgotu — stwierdził ostro Armand. Na końcu języka miał kąśliwy komentarz o brzmiącym jak torsje akcencie klasy robotniczej Liverpoolu. — Kazałem ostatnio wyrzucić wszystkie ich płyty. Nie rozumiem, jakim cudem to ustrojstwo—
— Malouel odkrył ostatnio dodatkowy podajnik w mechanizmie. Może jeszcze jakieś ukryły się w jej wnętrzu? Na szczęście, nie wydadzą już więcej… Och! — zdziwiła się Lorraine, słysząc trzask zmienianej płyty. Z głośników popłynęły piskliwe dźwięki gitary o charakterystycznym, mocno zniekształconym brzmieniu. — Możesz zostawić Hendrixa.
— Przecież go nie lubisz — stwierdził ojciec, nie przestając majstrować przy maszynie.
— Nigdy nie powiedziałam, że go nie lubię. — Lorraine wzruszyła lekko ramionami. — Po prostu nie rozumiem zachwytów nad podpalaniem gitary na scenie ku uciesze gawiedzi.
— To była nieodzowna część performansu. Ofiara artysty, składana na ołtarzu własnej wielkości. Płonie instrument, medium, przez które powołał do istnienia muzykę. Jego ręce tchnęły w niego życie. Jego ręce życie odebrały… Talent artysty pozostaje natomiast nienaruszonym. Niewielu zdaje sobie powagę z podniosłości aktu tworzenia. Ta płonąca gitara jest w swojej prostocie najdoskonalszą z metafor, nie pozostawi bowiem obojętnym nawet największego z dyletantów.
— Chopin nie potrzebował nigdy palić fortepianu, żeby udowodnić swą wielkość — wymruczała przekornie Lorraine, tylko dlatego, że wiedziała, że sprawi tym ojcu przyjemność.
Rzeczywiście, Armand nie ukrywał uśmiechu, która przebrzmiał w jego głosie, gdy zaczął nagle przekomarzać się z córką.
— Coś czuję, że lubiłabyś Chopina nawet gdyby oddał płomieniom swojego ostatniego Pleyela.
— Pleyela! — zaprotestowała natychmiast Lorraine, udając święcie oburzoną. — Przecież Chopin wolałby spłonąć razem z nim!
Zbyt długo zajęłoby tłumaczenie, dlaczego Pleyel stał się tematem żartów tych dwojga. Wystarczyło jednak kilka słów, aby ulotniło się gdzieś wiszące między nimi napięcie.
— Dlaczego mówisz, że Beatlesi nie wydadzą więcej płyt? — zainteresował się Armand, wciąż majstrujący przy szafie grającej.
— Wydaje mi się, że wszyscy zajęci są teraz robieniem kariery solowej. Przynajmniej Harrison wciąż jest na fali swojego nowego krążka, ale—
— Beatlesi się rozpadli?
— Niemal dwa lata temu?
— Nie wspominałaś o tym.
— Myślałam, że wiesz.
— Skąd niby miałem wiedzieć? — Armand wzruszył ramionami.
— W całej Anglii o tym huczało — stwierdziła Lorraine. — Nawet w magicznych gazetach o tym pisali.
— Gazety… — Armand włożył w to słowo odpowiednią dozę pogardy, nie szanował bowiem prasy, podporządkowującej pisarski kunszt pod dokładność przekazu. — Gazety nie są warte czytania, chyba, że nudzisz się w ustępie. Chociaż bawi, że mogłem podetrzeć sobie tyłek mordą Lennona, i nawet o tym nie wiedziałem.
Kąciki ust Lorraine zadrgały w rozbawieniu.
— Za następne dwa lata odkryjesz, że mugole zamknęli się w metalowej puszce i polecieli na księżyc.
Armand zmarszczył brwi.
— Mugole… Co zrobili?
Cały czas trwał bowiem w przekonaniu, że lądowanie na Księżycu było tylko jedną z wielu teorii spiskowych Baldwina.
Westchnienie Lorraine zagłuszyły pierwsze akordy utworu Led Zeppelin, który popłynął z głośników.
Ojciec uwielbiał Led Zeppelin.
xxx
Gdy spojrzał na Biblię podłożoną pod stołową nogę uniósł tylko brwi.
Lorraine zacisnęła poplamione atramentem dłonie na oparciu krzesła, utkwiwszy wzrok w ojcu. Przez chwilę w napięciu czekała, aż się odezwie.
— Nie lubię tej książki. — Usprawiedliwiła się jak dziecko przyłapane na psocie, choć dobrze wiedziała, że sam używa jej w tym samym celu. Widziała przecież ślady na okładce. Nie chciała jednak ani chwili dłużej trwać w pełnej napięcia ciszy, którą naznaczona była od wiosny ich relacja.
— Oczywiście, że nie lubisz — odrzekł chłodno Armand. Jego spojrzenie błądziło dłuższą chwilę po twarzy córki, ale teraz patrzył jej prosto w oczy. Oczy, będące lustrzanym odbiciem jego własnych. — Każą w niej przecież słuchać się ojca.
Odpowiedziała mu czymś pomiędzy śmiechem a szlochem. Zastygła w półkroku, niezdecydowana, czy podejść bliżej, czy zachować dystans. Było coś żałosnego w tym jak się miotała. W tym jak stała, wykręcając drżące palce. Dlaczego, pomyślał z irytacją, dlaczego wiecznie mi się sprzeciwiasz, dziecko? Kiedyś bez zawahania zarzuciłaby mu przecież ręce na szyję. Mógłby… Nie, zdecydował natychmiast. Armand nie poruszył się. Po prostu patrzył obojętnie na Lorraine, choć obojętnym był tylko z pozoru.
Jego palce również poplamione były atramentem. Armand nosił na sobie swoją własną poezję: skóra jego poznaczona była fragmentami utworów, które napisał. Skóra jego poznaczona była słowami, a każde poruszenie mięśni, które pokrywała, przypominało o zaklętej w nich magii. Magia mieszała się w jego krwiobiegu z poezją, pulsowała w piersi. Gdyby otworzył sobie żyły, niechybnie wypłynąłby z nich inkaust. Oto był boski ichor, przyczyna jego nieśmiertelności. Ogromną potęgę oddziaływania miały dzieła, którymi je wysycił, bo nie rozlewał swojej krwi marnotrawnie. Teraz jednak siedziała przed nim istota, która z niej powstała. Jego dziecko, jego dzieło. Jego, jego, jego. Jego córka była istotą pod pewnymi względami bardzo kruchą. Nie przez wzgląd na słabość ciała czy charakteru: kruchość była naturalną właściwością istot ukształtowanych tak misternie jak ona. Armand zawsze uważał, że Lorraine prędzej się skruszy, niż złamie. Zbyt skomplikowanymi wydawały się innym jej uczucia. Zbyt wiele sprzeczności próbowała zmieścić w sobie jego córeczka. Zawsze go tym rozczulała. Wrażliwością. Chciała być rozumiana, ale to wymagało czytania między wierszami. A ludzie nie lubili takich opowieści, zbyt łatwo szło bowiem zgubić wątek. Woleli proste przyśpiewki, powtarzalność motywów; woleli morały, które wpojone były w powszechną świadomość. Zadowolić gawiedź — jakże niewdzięcznym było zadanie, jakiego się podjęła! Bo przecież Lorraine wciąż próbowała trafić w cudze gusta, zamiast zdystansować się w swej wyższości.
Jego dziewczynka zawsze zdawała się walczyć z tym, co przychodziło jej najbardziej naturalnie.
Gdyby zabronił jej odchodzić, wiedział, że usłuchałaby. Łatwo było zakazać, a jednak nie do takiego postępowania przywykł. Autorytaryzm nie zapewniał absolutnego podporządkowania. W naturze człowieka leżało buntować się przeciwko strukturom, jakie go ciemiężyły, tak przeciwko władzy boskiej, jak i władzy ojcowskiej. Wolna wola była najokrutniejszym z boskiego arsenału narzędzi tortur. Najbardziej niebezpiecznym darem, jaki mógł darować swemu dziecku ojciec.
Jakże łatwym byłoby zmusić ją do posłuszeństwa nakazem.
Jakże nudnym.
Nauka działała najlepiej, gdy na własnej skórze odczuło się jej konsekwencje. Zamiast zakazywać, ostrzegał więc, że nic dobrego nie czeka jej, jeżeli zacznie angażować się zanadto w sprawy żywych. Ostrzegał ją, być może chcąc zwyczajnie oszczędzić jej rozczarowania. Oszczędzić bólu. A przynajmniej tak lubił myśleć. Lubił myśleć, że jest to przejaw łaskawości, nie zaś głębokiej zawiści o to, że kto inny mógłby zająć jego miejsce w centrum życia dziecka, które traktował jako przedłużenie siebie. Było w tym coś na kształt narcyzmu, owszem. Było w tym też wiele z niedorzeczności artysty, który chciał podpisać swoje dzieło, jak gdyby nie wystarczyło, że styl jego mówił sam za siebie, podobnie jak i kunszt wykonania: to ja cię stworzyłem, powtarzał, to ja cię wychowałem. Tak oto bóg stawał się artystą. Tak oto stawał się ojcem. A ojciec nie wychował swej córki na kogoś, kto miałby po prostu słuchać, lecz na kogoś, kto potrafi odczytywać świat tak jak on sam go odczytywał.
Może dlatego tak bardzo chciał, żeby sama do niego przyszła.
Bunt nie był defektem, lecz dowodem życia. Tak samo opór nie był porażką artysty, lecz formą nobilitacji jego artystycznej tożsamości — najwyższą z pochwał wobec jego kunsztu. Dzieci jego musiały zatem mówić własnym głosem, żyć własnym życiem, nieważne, jak bardzo go to frustrowało. Tak jak bogowie żywili się modlitwami swych wyznawców, tak Armand żywił się uznaniem. Tak w naturze bogów, jak i w naturze Armanda leżała zazdrość, bo potrzebowali przecież kogoś, kto w nich wierzył, kogoś, kto gotów był przywoływać ich imiona w akcie adoracji, wywyższając ponad innych. Zawsze uważał, że wiara była rzeczą przedziwną. Nie można było do niej przymusić, choć wielu próbowało: do wiary przyjść należało dobrowolnie.
Lorraine przyszła.
— Już jest dobrze — stwierdziła w końcu, a może spytała, lekko przytłumionym głosem — głowę trzymała bowiem wciśniętą w ojcowską pierś. Pachniał jak zawsze, najtańszym tytoniem, którym wypychał papierosowe bibułki, ale wolała to niż wspomnienie czasów, gdy nieustannie waliło od niego wódą. Nie pił już jednak tyle co kiedyś. Widać to było po jego twarzy. Uspokoił się bardzo po śmierci Mirandy. Wciąż był starym pijakiem, widziała przecież niedopraną plamę po winie na rękawie koszuli. Wolała jednak myśleć, że była krew trupa, z którego zdarł odzienie.
Armand po prostu czekał, głaszcząc ją po włosach. Nie mógł jej nie objąć, gdy wreszcie zbliżyła się, żeby się do niego przytulić. Z niewzruszonym spokojem trzymał córkę w ramionach, czekając, aż wygładzi urywany wzruszeniem oddech, aż odstąpi od niego, żeby zasiąść za stołem. Znał, jak postępować ze swymi dziećmi. Z synem było inaczej: Baldwina zawsze należało przyciągnąć. Baldwin był bardziej niepewny, bardziej głodny jego akceptacji; bardziej skłonny przyjąć bliskość, gdy ta wychodziła z inicjatywy Armanda. Potrzebował zaproszenia, którego nigdy nie potrzebowała Lorraine: jej rytuałem inicjacji było wychowanie, jakie dał jej Armand, wychowanie, pozwalające na przyjęcie ojcowskiej miłości za pewnik. Z jego córką było więc na odwrót. Należało otworzyć ramiona i czekać, aż przyjdzie sama. Przymuszona, wybuchłaby gniewem, stawiając opór. Odrzucona, zwyczajnie zamknęłaby się w sobie.
Pocałował ją w głowę, gdy wreszcie się poruszyła.
— Jest dobrze — powtórzył jak zaklęcie. — A teraz siadaj, dziecko. Jedzenie całkiem nam zaraz wystygnie.
Niewzruszony był jego ton, w którym kpina mieszała się z ulgą: Armand Malfoy uczuł bowiem ulgę.
xxx
— Mięso — oznajmił, a potem zrobił miejsce na stole dla butelki wina z czarnego bzu. Dla bochna chleba, którą przynieśli mu rano z piekarni, owiniętego w brudną serwetę.
Oczywiście, pomyślała Lorraine. Chleb i wino.
I stos martwych szczurów, które obdarł ze skóry i piekł nad ogniem, nabitych na rożen.
Milczała dłuższą chwilę, przyglądając się, jak ojciec wykłada pieczyste na wyszczerbiony talerz.
— Orfeusz zamienił się na instrumenta ze szczurołapem z Hameln? — zapytała słabo, choć nie bez humoru, czającego się w drżących kącikach ust.
W odpowiedzi zacytował jej chryplawie stary wiersz Browninga.
— Raz jeszcze w ulic ciżbę wszedł, do ust przyłożył fletnię… — Głos Armanda cicho poniósł się po wnętrzu Eurydyki. — Z domu dzieci wybiegły. Chłopiąt i dziewcząt hufce, rozgwar szerząc, główka przy główce blond się kędzierząc. — Zręcznie dzielił nożem mięso. Dziwna elegancja była w jego ruchach, w sposobie, w jaki kroił pieczeń. Nie trzymał noża w taki sam sposób, jak czynili to bandyci. Zdradzały go manieryzmy, z którymi nie musiał kryć się przy córce. Przy niej był przecież ojcem, nie bandziorem, który chwytał za rękojeść w groźbie niewymagającej słów. Jego głos ranił jednak głębiej niż stal. Wszystko to przypominało Lorraine o tym, że jej ojciec wybrał biedę z przekory. Nie było przekory w Baldwinie, gdy odmawiał powrotu do domu. Wybrał, zawsze mówił, że wybrał Nokturn. Lorraine też tak sobie mówiła. Bo przecież nie uciekli, żadne z nich nie uciekło… A jednak nie przeżyliby powrotu do domu. Może dlatego przywołany przez ojca wiersz napełnił ją czymś na kształt smutku.
— Oczkami lśniąc i śmiechem brzęcząc — jak roje pszczele… — ciągnął dalej Armand, nie przerywając deklamacji nawet wtedy, gdy pod naciskiem jego dłoni zachrupały drobne kosteczki, składające się na szczurze szkieleciki — …za muzyką szły cudną, z muzykantem na czele.
W tle wciąż grało Led Zeppelin.
Lorraine wdzięcznie skinęła głową, po czym zaczęła powolutku skubać mięso, które trafiło na jej talerz. Było zaskakująco delikatne. Włókniste, ale miękkie, łatwo odchodziło od kości. Miało dziwny posmak, nieco ziemisty, ale nie przejmował jej obrzydzeniem. Zawahała się na chwilę zanim przełknęła tkwiący w gardle kęs.
— Nie jest takie znowu złe — stwierdziła, podsuwając na chwilę talerz w stronę ojca, który kończył właśnie ściągać pieczone nad ogniem szczury z rusztu.
Sięgnął, żeby spróbować.
Wciąż smakowało lepiej niż wypieki Sabriny.
xxx
Gdy szafa grająca umilkła, Lorraine wstała od stołu, aby przygrać coś ojcu na rozstrojonym pianinie, stojącym w kącie Eurydyki.
— Napisałaś mi marsz pogrzebowy?
— Podoba ci się? — odpowiedziała pytaniem na pytanie.
— Jest smutny — stwierdził Armand, oparłszy się swym ciężarem o nastawę pianina. W zamyśleniu bawił się rodowym sygnetem, poruszając w powietrzu palcami, jak gdyby przesuwał nimi po strunach niewidzialnej liry: manieryzm, który dzielił z córką, oczekującą na werdykt. — Ja nie jestem smutny.
Nie jesteś?, chciała zapytać.
Zamiast tego wygrała na nowo zakończenie w nieco cieplejszej, durowej tonacji, pozostawiając ostatni akord otwartym, jak gdyby wznosiła głos w pytaniu.
Armand w odpowiedzi zasiadł obok, podwinąwszy rękawy poszarzałej koszuli, która musiała być niegdyś biała.
Powtórzył ostatni z wybrzmiałych dźwięków.
Wiedział, że sprawi tym córce przyjemność. Lorraine niczego tak nie kochała jak grania na cztery ręce. Zawsze lubiła popisywać się przed nim, gdy grała, czy to zaskakując nowymi pomysłami na improwizację, czy porównując progresję akordów w piosenkach, które obojgu przypadły do gustu. Sam nigdy nie był przesadnie uzdolniony muzycznie, ale dzięki edukacji, jaką odebrał w młodości, potrafił zagrać kilka prostych utworów.
— Byłam smutna, gdy go pisałam. — Lorraine przebiegła palcami po klawiszach, przywołując motyw muzyczny z Eleanor Rigby Beatlesów, czym zarobiła od ojca pełne niedowierzania spojrzenie spode łba. Uśmiechnęła się lekko pod nosem, zanim zaintonowała co innego. — To było wtedy, gdy wysłałeś mi prezent. — Martwą synogarlicę z oliwną gałązką wciśniętą do gardła. — Byłam smutna, bo przypomniałeś mi tym prezentem o tym, jak bawiłeś się ze mną w dzieciństwie.
— Prezent. Przestroga. — Armand patrzył jak palce córki przebiegają po klawiaturze. — Pamiątka.
— A pamiętasz, jak kazałeś mi samej wymyślać zakończenia bajek, które opowiadałeś mi na dobranoc? "Dokończ za mnie, Lorraine", mówiłeś. Było to całkiem sprytnym, bo zawsze zasypiałam, zanim dotrwałam do końca… Ale na pewno pamiętasz piosenki, które pisałeś dla mnie, żebym mogła skomponować muzykę do słów. Piosenki o driadach błąkających się po lesie. O wilach w górskich potokach, o wróżkach wijących gniazda w koronach drzew. O nimfach, o strzygach. "Teraz twoja kolej" mówiłeś. Dopełniłam więc twojego dzieła, tato. Dokończyłam, co zacząłeś. Wypchałam ptaka.
Armand uśmiechnął się.
— A myślałem, że napisałaś piosenkę — droczył się z córką. — To ma być prezent czy przestroga? A może przytyk dla starego ojca, że nie kupił ci żadnego prezentu na święta?
— O to nie musisz się już martwić — odpowiedziała z przewrotnym uśmiechem, wyciągnąwszy rękę, aby zamknąć rozłożoną na podstawce partyturę.
Pod partyturą znajdowała się bowiem książka, stara, acz w doskonałym stanie: kopia Hamleta należąca niegdyś do jej ojca. Dawno temu ukryła ją w bibliotece Malfoy Manor, nie chcąc, aby zniszczała, podczas gdy sama tułała się po Nokturnie, pomieszkując w zatęchłych pokojach na wynajem, gdzie pełno było grzyba i wilgoci. Dzisiaj odebrała jednak spadek po ojcu. Choć pozostawiła w rodowej bibliotece całą resztę dzieł Szekspira, należących do kolekcji Armanda, wzięła dla siebie cieniutką książeczkę z ulubionym dramatem. Oczywiście, gościła na rodzinnych obchodach Mabon, organizowanych w Malfoy Manor, wymówiła się jednak naprędce z wspólnej wieczerzy, tłumacząc swoją niedyspozycję stanem zdrowia. Czasu wystarczyło akurat, żeby odwiedzić po kryjomu rodową bibliotekę.
— A więc byłaś tam zanim przyszłaś tutaj — zauważył zdawkowym tonem ojciec.
Nagle wszystko w niej zamarło.
— Byłam tam tylko chwilę.
— Warto było?
Powróciło wspomnienie wiosennej kłótni.
W gruncie rzeczy zawsze kłócili się o to samo. Ostatnim razem pokłócili się o to jedno słowo, które teraz przywołał. Wartość.
Lorraine często zastanawiała się, jak długo uda jej się utrzymać życie, jakie wiodła. Niezależność miała swoją cenę, wbrew temu, co uważał Armand. Zależało jej na protekcji rodziny, ale coraz trudniej było wyjaśnić, dlaczego żyje w taki, a nie inny sposób. Przyszła więc podzielić się z nim swoimi wątpliwościami. Przecież był jej ojcem. Przecież powinien zrozumieć. Tak jak on kiedyś, miała teraz na wychowaniu małą dziewczynkę. Nie chciała, żeby Frida patrzyła jak gorzknieje, żeby czuła, jak jej ręce zaczynają twardnieć. Czy było coś złego w przyznaniu, że urodziła się do bycia czyjąś żoną? Nie miała żadnych realnych umiejętności. Jeszcze chwila, i nie będzie miała już żadnych perspektyw. Być może powinna poprosić rodzinę o pomoc. Było to mniej bolesne niż patrzenie jak brat pogrąża się w swych obsesjach, tak jak jej ojciec. Jak sama staje się swoją matką dla dziecka, które przecież z całego serca kochała — jak staje się Mirandą. Z pewnością znalazłaby sposób, żeby być obok, bliżej nawet: życie kobiety nie było klatką, zwłaszcza, gdy umiało się zręcznie balansować pomiędzy obowiązkiem a pragnieniem. Mogłaby wtedy mieć wszystko, przekonywała się, oni mogliby mieć wszystko.
Nie tak cię wychowałem, usłyszała wówczas od ojca.
Nie wychowałeś mnie, żebym była nikim, rozpłakała się. Wierzyła, że łzy ukoją ojcowską zapalczywość. Rzadko był wobec niej okrutnym, a jednak okrutnymi były jego słowa.
Lepiej być nikim tutaj, niż kimś tam, warknął ostro. Lepiej być sobie tylko panem żyjącym w nędzy, niż służyć pośród cudzych zbytków.
Nie dał nabrać się na łzy.
Gdybyś zostawił mi posag, wtedy byłabym panią. Wtedy miałabym jakąś wartość w świecie, w którym zostawiłeś mnie samą.
Wartość! Jakąż przedstawiasz dla nich wartość! Armand walnął pięścią w stół. Pozwalasz, żeby wyceniali cię jak mięso. Moja córka rżnięta na kawałki, które można sprzedać. Najpierw chciałaś oddać rękę! Rękę można oddać, ale duszę? A oddawaj duszę! Niech rozkroją ją, niech wypatroszą, podzielą na sztuki… Nie słuchała go. Pozwoliła mu wznosić się pośród spływających posoką metafor. A więc po to obrócił wniwecz rodzinny majątek: po to, aby ocalić jej duszę! Oto był jej pan i zbawiciel z kolejną pierdoloną przypowieścią, która miała oszukać żołądek.
Jakie mięso, ryknęła przez łzy. Jakie mięso? Kiedy ty ostatnio jadłeś mięso? Nawet na to nie miał pieniędzy, pomyślała, zrywając się na nogi. Nie ma pieniędzy! Nie ma mięsa! W gardle staje mi to mięso. W gardle stają mi kości! Nie ma mięsa, tylko kości! Stała przed nim, drżący stosik kości powleczonych skórą. Nie jem, tato, nie rozumiesz? Ja nie jem, oni jedzą ze mnie!
Nie głodują, grzmiał Armand. Zgrzytnął zębami, bo cóż innego mógł zrobić. Gdyby córką potrząsnął, pogruchotałby jej kości.
A ty rzuciłeś mnie im na pożarcie, szlochała. Ty to zrobiłeś! Ty!
Nie głodują, bo ich karmisz. Gorzką bądź, niechaj spluną! A jeżeli chcesz być słodką, niech będzie to chociaż słodycz zepsucia.
Ale ona już była w histerii.
Ty mi to zrobiłeś, mamrotała. Ty mnie zepsułeś. Chciała, żeby policzył jej żebra. Chciała żeby nie odwracał wzroku od jej wychudłej twarzy. Chciała, żeby poczuł obrzydzenie na jej widok. Niszczyła siebie, a on na to pozwalał. Co za różnica, na jaki sposób to robiła? Czym poniżenie w domowym zaciszu różniło się od tego, które musiała znosić publicznie? Chcesz, żebym zgniła tu razem z tobą, mamrotała, snując się nieprzytomnie po pokoju. Mogłam mieć życie. To jest według ciebie życie? Ty nie żyjesz. Ty nie żyjesz! Czy i ja powinnam umrzeć? Prawdopodobnie byłoby w tym więcej godności niż w byciu jebaną żebraczą księżniczką Nokturnu.
— Zjadłaś coś chociaż? — dopytywał miękko Armand. — Czy wypuścili cię głodną?
Usta Lorraine zadrżały.
— Przestań. Przestań, tato.
Nigdy nie wypominał jej tego, że się głodziła. Teraz jednak pokręcił powoli głową, niewzruszony podniesionym protestem.
— Ja tylko próbuję zrozumieć — ciągnął bezlitośnie. — Jak to jest, że wiecznie szukasz uznania tych, którymi pogardzasz. Wiem, że pogardzasz, bo inaczej nie byłabyś moją córką. Odwiedziłaś dzisiaj mój grób, córeczko, wtedy gdy byłaś w Malfoy Manor? Zostawiłaś mi przywiędłą wiązankę? Wiem, że tak. Obawiam się, że w oczach reszty Malfoyów wystawiasz się na kpiny tym, że wciąż się do mnie przyznajesz. Tak jak wystawiasz się na kpinę w moich oczach tym, że wciąż chcesz przynależeć do świata, jaki reprezentują. Jak wiele razy ktoś obiecał ci świat na własność, Lorraine? Jak wiele razy dotrzymał słowa? — Zaśmiał się lekko, radośnie niemal, nie było w nim jednak wesołości. Armand Malfoy najbardziej przerażającym bywał wtedy, gdy się śmiał. — Wychowałem cię w pogardzie do świata, na bogów! Wychowałem cię, żebyś była wolna, a nie gięła kark za obietnicę przynależności. Ojcowskie nauki traktujesz ze wzgardą, ale u ojca szukasz pocieszenia, gdy spotyka cię odrzucenie ze strony tamtych. A jednak wystarczy, aby na powrót wyciągnęli rękę w twoją stronę. Wystarczy, żeby rzucili ochłap uczucia, a ty jesteś już gotowa wrócić — warknął. — Co tym razem było ochłapem?
Nie odpowiedziała.
— Myślisz, że wciąż mi zależy? Myślisz, że to wszystko wciąż jeszcze coś dla mnie znaczy? Ta książka. Ten dom. Ta rodzina.
Ty, usłyszała Lorraine. Ty.
— W tym jednym masz słuszność, córeczko. Nie wychowałem cię, żebyś była nikim. — Ojciec wyciągnął rękę po stojący na nastawie pianina puchar z winem, aby przepłukać usta, jak gdyby nie mógł znieść smaku tego słowa na języku. Otarł ręką usta, a potem nachylił się bliżej. Jakże obojętnie brzmiał jego głos. Jakże odlegle. — A jednak nie wychowałem cię, żebyś była kurwą. A tym właśnie jesteś — wycedził powoli, ujmując delikatnie jej brodę, tak, aby nie mogła odwrócić głowy, choć wiedział, że nie będzie z nim walczyć. — Kurwą.
Czule pogłaskał Lorraine po policzku, nie pozwalając, aby twarz przysłoniły jej włosy. Było coś nieskończenie pieszczotliwego w jego geście.
— Łamiesz mi tym serce, córeczko — wyszeptał. — Naprawdę łamiesz mi serce.
A potem wstał, aby napełnić winem kielich opróżniony jednym haustem.
Lorraine podniosła się niemal w tym samym momencie, zatrzymała się jednak w pół kroku, jak zaklęta, gdy ojciec odwrócił się do niej plecami.
Głos jej był łagodnym, gdy wreszcie zdecydowała się odezwać.
— Gdybym była kurwą — szepnęła, uśmiechnąwszy się smutno do ojca, choć nie mógł jej uśmiechu zobaczyć — mieszkalibyśmy w pałacu ze złota. — Wiedziała, że ją słyszy. Widziała to po jego postawie, w tym, jak nie próbował ukryć napięcia w twarzy, w nagłej zamaszystości gestów. — Jedlibyśmy ze srebrnych talerzy, pili z pucharów wysadzanych szlachetnymi kamieniami… — Armand zrzucił puchar z winem ze stołu gwałtownym machnięciem ręki. Butelka poleciała tuż za nim. Odgłos tłukącego się szkła wypełnił przestrzeń. Odgłos ojcowskiego gniewu. Lorraine wstrzymała oddech, gdy się odwrócił. — …A ty nienawidziłbyś każdej chwili — dokończyła łamiącym się głosem. — Chciałbyś tak żyć, tato?
— A ty, Lorraine? — Armand wpatrywał się w nią w napięciu. Nie mógł zadać okrutniejszego pytania. — Chciałabyś?
Jak być dzieckiem człowieka, który nauczył cię, że wolność jest ważniejsza niż bezpieczeństwo, ale nigdy nie umiał zapewnić ci żadnego z nich? Przez chwilę Lorraine po prostu patrzyła, jak wino rozlewa się po podłodze.
"Chciałabyś, Lorraine?"
— Nie — odpowiedziała w końcu. Z trudem dobyła z siebie głos, bliska była bowiem płaczu. Usta drżały jej, jak wtedy, gdy była jeszcze dzieckiem. A jednak odważyła się mówić, nawet jeżeli jąkała się niemal, próbując zdusić w sobie żałosne spazmy. — Nie, nie chciałabym. Nie chcę. — Głos jej był wysadzany łzami, gdy wyciągnęła rękę w stronę ojca, zmuszając go niemal, żeby na powrót usiadł obok niej, żeby podążył w stronę starej, zapadłej kanapy w kącie Eurydyki. Zmuszając, żeby zacisnął palce na starej książce, zamiast rzucić ją na ziemię. Sama gotowa byłaby paść na ziemię, prosić na kolanach, byleby nie był na nią znowu zły. Nie chciała, żeby się złościł. Nie chciała go znowu rozczarować — proszę, nie bądź na mnie zły, miała ochotę się rozpłakać, rozczarowując go jeszcze bardziej, bo co innego jej już pozostało, nie zniosę tego dłużej — Lorraine chciała tylko, żeby… — Nie zrozumiałeś — wyszeptała. — Książka nie jest dla ciebie. — Wstyd. Gniew. Oskarżenie. Desperacja. Smutek. Błaganie. — Książka jest prezentem dla mnie. Ja chcę tylko, żebyś mi czytał… Czytaj — poprosiła, a może zażądała. Nie było dla niej różnicy. — Czytaj mi. — powtórzyła. Podwinęła nogi, zwijając się w kłębek tuż obok. Oparła głowę o ojcowskie ramię, podsunąwszy się bliżej, tak jak robiła w dzieciństwie. — Chcę tylko, żebyś mi czytał.
Objęła go.
Armand tymczasem w milczeniu przewertował książkę. Oto była jego osobista kopia Hamleta. Na okładce wciąż widniały jego inicjały. Własność A. Malfoya, wykaligrafowano niegdyś powyżej strony tytułowej. Ostrożnie, z nabożną wręcz czcią, tak jak winno się obchodzić z dziełem tego formatu. Nawet obwoluta zachowała się w stanie niemalże nienaruszonym. Dlaczego więc miał wrażenie, że coś jest nie tak? Lorraine wyrwała ostatnią stronę, zdał sobie sprawę, gdy palce napotkały pustkę. Wyrwała ją, aby opowieść nigdy się nie kończyła. Ostatnim, co wybrzmiewało po hamletowym "reszta jest milczeniem", był urywany oddech konającego. Trwożne "o, o, o!", dopisane ręką Armanda, który nigdy nie rozumiał, dlaczego współcześni wydawcy omijali ten fragment, obecny przecież w oryginalnym folio. Żadne słowa nie były w stanie lepiej oddać grozy, jaka towarzyszyła umierającemu. Grozy niemożliwej do wyartykułowania inaczej niż jękiem.
Być może istniały na tym świecie rzeczy, których nawet poeci nie potrafili ubrać w słowa.
Armand bez słowa otoczył córkę ramieniem. A potem zaczął czytać.
Koniec sesji