Już dawno nie miał takiego kaca. Bolały go plecy, bo wyro w ministerskim areszcie było strasznie niewygodne. Bolały go dłonie, bo dnia poprzedniego chyba sobie coś przestawił, kość jakaś albo coś, jak nawalał dość nieudolnie tego chłopa, pijany. Bolała go głowa i to pierwszy raz bolała go tak bardzo, nie wiedział jednak czy to przez alkohol, czy może przez to ostatnie uderzenie z główki co temu gościu zaserwował w walce. Guz mu na środku czoła urósł i to niemały, i za każdym razem, gdy przypadkiem dotknął napuchniętego miejsca, to stękał wręcz z bólu, bo tak go to, mówiąc wprost nakurwiało.
Na miejscu przywitali go całkiem dobrze; zaserwowali mu posiłek składający się z kromki suchego chleba i odrobiny soku dyniowego, co w jego obecnym stanie było przynajmniej, jak coś, co wyszło spod ręki mistrza kuchni z najlepszej, londyńskiej restauracji. Kilka z aurorów przyszło do niego żeby pogadać, on był w stanie, w którym nie rozpoznawał, że pracownicy ministerstwa chcieli się tylko z niego, błazna, pośmiać, ale nawet jeśli to przynajmniej się rudemu tam nie nudziło.
No, ale w końcu nadszedł czas zakończenia odsiadki. Musiał co prawda skontaktować się z kimś żeby go ten ktoś odebrał, bo podobno nie miał różdżki, ale jakoś bardzo go ten fakt nie stresował. Właściwie, to jak już był trzeźwy, to myślał, że Ci aurorzy co mu mówią, że trafił tam bez patyka, robią sobie z niego żarty, mina mu zrzedła jednak, gdy przy wydawaniu depozytu, w metalowym pojemniku znajdowały się jedynie stare chusteczki, kilka papierków po cukierkach oraz wsuwka do włosów.
Udało mu się na szczęście wyprosić jednego z aurorów, by mógł wysłać sowę do Aseny, co by po niego do Ministerstwa właśnie przyszła. Nie powinien niby zawracać jej głowy, bo ostatnio zachowywał się, jak zwykły śmieć i wcale do Rejwach nie zachodził, nie chciał jednak stresować swojej biednej matki czy ojca. No i tam też się od dłuższego czasu nie pojawiał. Może dlatego też tak odwalał ostatnio, bo nie widywał swych ulubionych ludzi, ale czasem tak miał, że zamykał się w sobie i unikał towarzystwa, które wpływało na niego pozytywnie, szczególnie, gdy był w naprawdę paskudnym humorze. A od Spalonej Nocy, jakoś nie potrafił się pozbierać.
Czekał w poczekalni Ministerstwa kilka godzin. I strasznie mu się tam nudziło. Najgorszy był fakt, że nikt nie chciał z nim rozmawiać. Próbował co prawda zagadać do kilku osób, ale każda z nich albo go zbywała, mówiąc, że się śpieszy albo wprost olewała, obrzucając jedynie wzrokiem pełnym obrzydzenia. Dziwić ludziom tym się nie powinno, bo Billius wyglądał, jak totalny obdartus. Jego koszulka była podarta w okolicy kołnierza, a na kiedyś białym materiale, malowały się czerwone plamy — nie wiadomo mu jednak było czy krew należała do niego, a może tego gościa z którym się bił. Brak zęba jednak, sugerować mógł, że krew była Weasleya. No i śmierdział. Alkoholem śmierdział, krwią i brudem śmierdział, poprzednią nocą albo raczej dwoma poprzednimi dniami śmierdział.
engines stop running, the wheat is growin' thin
a nuclear error, but I have no fear
cause L o n d o n is drowning, I,
I live by the river