17.08.2026, 22:27 ✶
Właśnie skończył robotę.
Aportował się prosto z budynku gospodarczego i tego wieczoru nie miał już w planach żadnych stworów ani ludzi. Zdjął rękawice dopiero przy bramie i przez chwilę patrzył na własne ręce; prawa spuchnięta w kłykciach od zapinania klamry przez czterdzieści minut, lewa podpalona po zewnętrznej stronie przedramienia w miejscu, gdzie samica dmuchnęła nie ogniem, tylko samym powietrzem sprzed ognistego oddechu. Popiół siedział mu w bruzdach palców, pod paznokciami miał krew, (nie jego) i tę charakterystyczną warstwę tłuszczu, której większość mydlanych zaklęć się nie imało. Siarki na sobie już prawie nigdy nie czuł, ale na pewno czuł każdy inny, kto w rezerwacie na co dzień nie przebywał.
Gdy wpinał rękawice na karabińczyk przy pasie, Leviathan minął go bez słowa, tak jakby ktoś ciągnął go za sam mostek na żyłce. Szedł w stronę świstoklików, wydedukował, chyba że Gary źle zgadywał kierunek. I na bratanku nie skupiłby już ani urywka myśli więcej, gdyby tylko nie wpadł na kogoś, kogo od dawna tu nie widywał.
Tuż za bramą stała ona.
Ostatni raz widział dziewczynę w lutym i nie umiałby powiedzieć, jak wtedy wyglądała. Pamiętał za to inne rzeczy z tamtego dnia, chociażby że ziemia była zmarznięta i szło ją tłuc łopatą, albo że sam trzymał ręce w kieszeniach pogrzebowej szaty, bo mu drżały, i że wtedy jeszcze wmawiał sobie, że po prostu z zimna. Ją miał gdzieś na skraju zmęczonego oka, w głębokiej czerni, którą tego dnia mieli wszyscy. Nie był pewien, może coś do niego powiedziała. Wydawało mu się, że tak i że odpowiedział czymś, czego wolałby nie przywoływać, ale to już był ten etap dnia, w którym mózg operował wyłącznie na starych instynktach. Zresztą nikt na pogrzebach nie był sobą, tylko wersją najgorszą, wywleczoną gwałtem z najbardziej odległego zakamarku duszy.
Dziś Astoria stała prosto tak jak stała młoda dama, której elegancję wbito dłutem w wątłe kości. Potem spojrzał jej w twarz, przez chwilę nie myśląc o niczym mądrym ani wyniosłym, bo była obiektywnie piękna i nie ładna, nie „przystojna panna z dobrego domu", jak mówiono przy stole o wszystkich towarzyskich odpadach, których nie wypadało głęboko urazić. Twarz jej odznaczała się na tyle przedziwną symetrią, że gdyby tylko zobaczył ją u zwierzęcia, natychmiast sprawdziłby rodowód. Pół roku temu, na pogrzebie, pomyślał dokładnie to samo i nawet on poczuł się z tym parszywie, tak jakby sam martwy Xander miałby mu to przeczytać w myślach.
— Astoria. — odezwał się głośno, z umiarkowanym cieniem ogłady w głosie. — Kawał czasu. Dobrze cię widzieć. Wybacz ręce, wracam z… pracy — ale jej piętno wisiało również na rąbku kołnierza i na osmolonym czole, czego Gary świadomy nie był.
Tuż za ciasnym żywopłotem świeciły okna rezydencji, gdzie o tej porze podawało się zazwyczaj herbatę z ciasteczkami. Ciasteczka lubił, herbatę mniej, ale o tym panna Avery wiedzieć nie musiała.
— Spotkałem po drodze Leviathana. Zakładam, że wezwały go właśnie pilne sprawy — uśmiechnął się, całkiem grzecznie, różdżką próbując pozbyć się pierwszej, najbardziej powierzchownej warstwy brudu z rąk.
— Czekasz na niego tu, czy napijesz się w międzyczasie herbaty? — Ruchem głowy wskazał nie front, tylko bok domu, gdzie schody schodziły do kuchni. Chciał z nią pogawędzić i wypytać o wszystko, ale ponad wszystko chciał również po prostu na koniec dnia pracy usiąść i odpocząć — ale nie miał nic przeciwko towarzyszącej mu w tym Astorii.
Aportował się prosto z budynku gospodarczego i tego wieczoru nie miał już w planach żadnych stworów ani ludzi. Zdjął rękawice dopiero przy bramie i przez chwilę patrzył na własne ręce; prawa spuchnięta w kłykciach od zapinania klamry przez czterdzieści minut, lewa podpalona po zewnętrznej stronie przedramienia w miejscu, gdzie samica dmuchnęła nie ogniem, tylko samym powietrzem sprzed ognistego oddechu. Popiół siedział mu w bruzdach palców, pod paznokciami miał krew, (nie jego) i tę charakterystyczną warstwę tłuszczu, której większość mydlanych zaklęć się nie imało. Siarki na sobie już prawie nigdy nie czuł, ale na pewno czuł każdy inny, kto w rezerwacie na co dzień nie przebywał.
Gdy wpinał rękawice na karabińczyk przy pasie, Leviathan minął go bez słowa, tak jakby ktoś ciągnął go za sam mostek na żyłce. Szedł w stronę świstoklików, wydedukował, chyba że Gary źle zgadywał kierunek. I na bratanku nie skupiłby już ani urywka myśli więcej, gdyby tylko nie wpadł na kogoś, kogo od dawna tu nie widywał.
Tuż za bramą stała ona.
Ostatni raz widział dziewczynę w lutym i nie umiałby powiedzieć, jak wtedy wyglądała. Pamiętał za to inne rzeczy z tamtego dnia, chociażby że ziemia była zmarznięta i szło ją tłuc łopatą, albo że sam trzymał ręce w kieszeniach pogrzebowej szaty, bo mu drżały, i że wtedy jeszcze wmawiał sobie, że po prostu z zimna. Ją miał gdzieś na skraju zmęczonego oka, w głębokiej czerni, którą tego dnia mieli wszyscy. Nie był pewien, może coś do niego powiedziała. Wydawało mu się, że tak i że odpowiedział czymś, czego wolałby nie przywoływać, ale to już był ten etap dnia, w którym mózg operował wyłącznie na starych instynktach. Zresztą nikt na pogrzebach nie był sobą, tylko wersją najgorszą, wywleczoną gwałtem z najbardziej odległego zakamarku duszy.
Dziś Astoria stała prosto tak jak stała młoda dama, której elegancję wbito dłutem w wątłe kości. Potem spojrzał jej w twarz, przez chwilę nie myśląc o niczym mądrym ani wyniosłym, bo była obiektywnie piękna i nie ładna, nie „przystojna panna z dobrego domu", jak mówiono przy stole o wszystkich towarzyskich odpadach, których nie wypadało głęboko urazić. Twarz jej odznaczała się na tyle przedziwną symetrią, że gdyby tylko zobaczył ją u zwierzęcia, natychmiast sprawdziłby rodowód. Pół roku temu, na pogrzebie, pomyślał dokładnie to samo i nawet on poczuł się z tym parszywie, tak jakby sam martwy Xander miałby mu to przeczytać w myślach.
— Astoria. — odezwał się głośno, z umiarkowanym cieniem ogłady w głosie. — Kawał czasu. Dobrze cię widzieć. Wybacz ręce, wracam z… pracy — ale jej piętno wisiało również na rąbku kołnierza i na osmolonym czole, czego Gary świadomy nie był.
Tuż za ciasnym żywopłotem świeciły okna rezydencji, gdzie o tej porze podawało się zazwyczaj herbatę z ciasteczkami. Ciasteczka lubił, herbatę mniej, ale o tym panna Avery wiedzieć nie musiała.
— Spotkałem po drodze Leviathana. Zakładam, że wezwały go właśnie pilne sprawy — uśmiechnął się, całkiem grzecznie, różdżką próbując pozbyć się pierwszej, najbardziej powierzchownej warstwy brudu z rąk.
— Czekasz na niego tu, czy napijesz się w międzyczasie herbaty? — Ruchem głowy wskazał nie front, tylko bok domu, gdzie schody schodziły do kuchni. Chciał z nią pogawędzić i wypytać o wszystko, ale ponad wszystko chciał również po prostu na koniec dnia pracy usiąść i odpocząć — ale nie miał nic przeciwko towarzyszącej mu w tym Astorii.