01.02.2023, 23:16 ✶
Bariery ze ścian, odcinające od świata zewnętrznego dawały odrobinę poczucia bezpieczeństwa. Odrobinę – bo skoro zostawiła swoje-nie-swoje ciało poza obszarem tego hotelu, to w teorii nie powinno było wyskoczyć z pierwszego lepszego kąta. Znienacka, bez ostrzeżenia.
W teorii.
Kroczyła dość powoli, rozglądając się uważnie. Tapety, dzwonek, warstewka kurzu. Cienka. Czyli cokolwiek tu się stało, to nie miało miejsca bardzo, bardzo dawno temu, choć przeczyłby temu obraz, jaki malował się tam, na zewnątrz. Chyba że…
… ktoś tu w międzyczasie był? I też odszedł, lecz całkiem niedawno… chyba że źle oceniała grubość warstwy kurzu? Raczej w to wątpiła, niemniej kusiło, żeby przesunąć palcem po blacie, zostawić ślad czystości, dokonać weryfikacji.
Choć może lepiej jednak nie wiedzieć, nie dokładać sobie kolejnej cegiełki, nad którą będzie musiała się zastanowić. A może to nie miało znaczenia, może i tak spędzi naprawdę wiele czasu nad analizą tego, co widziała i słyszała. Może nawet powinna była rozważyć ściągnięcie tu przedstawicieli Ministerstwa Magii, żeby dogłębnie zbadali sprawę. Osobiście nie miała ku temu kompetencji – wszak zajmowała się sprzątaniem, nie rozwikływaniem zagadek.
Krok za krokiem, niczym dzieci w bajce o fleciście z Hameln, zupełnie jakby była urzeczona melodią. Może i faktycznie była, zdrowy rozsądek przecież kazał uciekać, gdzie pieprz rośnie, zamiast szukać źródła.
I tych blond włosów.
Zatrzymała się, gdy dostrzegła rozlewającą się po podłodze wodę. Nie było jej specjalnie wiele – choć to oczywiście pojęcie względne – w każdym razie, póki co, nie groziło rodzenie w niej po kostki, po kolana, nie dało się w niej położyć i obserwować, jak tafla wody się zamyka. Ale i tyle wystarczyło, by zmrozić aż do kości, by bicie serca przyspieszyło, by pojawiły się szpilki paniki. Zwłaszcza że i tak ogólnie nie miała szczególnych powodów do zachowywania spokoju, wręcz przeciwnie – musiała stale mieć się na baczności; w końcu wrażenie bycia obserwowaną okazało się nie być jedynie wrażeniem.
Zdecydowała się jednak postąpić krok. Dwa.
I wtedy to zobaczyła.
Zakryła usta dłonią, może po to, żeby odruchowo nie krzyknąć. Stella, jej mała siostrzyczka. Więc to tak było – o ile doświadczała prawdy? Więc to na nią właśnie spadł ciężar odkrycia, iż zbyt wcześnie odeszła z tego świata? Na nią? Stellę?
Ciemne oczy zaszły łzami, gdzieś wewnątrz wezbrał szloch. Lecz ten tak naprawdę nie miał szansy wybrzmieć, tak samo jak nie otrzymała szansy, żeby pogrążyć się w żalu. Nawet jeśli tak naprawdę nie służyło to niczemu, zwłaszcza że czasu cofnąć nie mogła, ani – tym bardziej – odmienić biegu wydarzeń.
Cokolwiek czaiło się w tm zapomnianym przez Matkę miasteczku, najwyraźniej znalazło inną drogę niż drzwi, przez które weszła. Ewentualnie to nawet nie była kwestia przemieszczania się na nie-martwych nogach – ale to znów coś, nad czym nie bardzo miała czas się dziwić. Ani zastanawiać.
Zostało tylko – zwłaszcza że Stella i tak się rozmyła – odwrócić się i wziąć nogi za pas, tak szybko, jak się tylko dało. Zmierzała do wyjścia, dochodząc do wniosku, że na zewnątrz powinna mieć przynajmniej więcej możliwości; tu, wewnątrz budynku, łatwo było zagonić się w jakiś kozi róg.
W teorii.
Kroczyła dość powoli, rozglądając się uważnie. Tapety, dzwonek, warstewka kurzu. Cienka. Czyli cokolwiek tu się stało, to nie miało miejsca bardzo, bardzo dawno temu, choć przeczyłby temu obraz, jaki malował się tam, na zewnątrz. Chyba że…
… ktoś tu w międzyczasie był? I też odszedł, lecz całkiem niedawno… chyba że źle oceniała grubość warstwy kurzu? Raczej w to wątpiła, niemniej kusiło, żeby przesunąć palcem po blacie, zostawić ślad czystości, dokonać weryfikacji.
Choć może lepiej jednak nie wiedzieć, nie dokładać sobie kolejnej cegiełki, nad którą będzie musiała się zastanowić. A może to nie miało znaczenia, może i tak spędzi naprawdę wiele czasu nad analizą tego, co widziała i słyszała. Może nawet powinna była rozważyć ściągnięcie tu przedstawicieli Ministerstwa Magii, żeby dogłębnie zbadali sprawę. Osobiście nie miała ku temu kompetencji – wszak zajmowała się sprzątaniem, nie rozwikływaniem zagadek.
Krok za krokiem, niczym dzieci w bajce o fleciście z Hameln, zupełnie jakby była urzeczona melodią. Może i faktycznie była, zdrowy rozsądek przecież kazał uciekać, gdzie pieprz rośnie, zamiast szukać źródła.
I tych blond włosów.
Zatrzymała się, gdy dostrzegła rozlewającą się po podłodze wodę. Nie było jej specjalnie wiele – choć to oczywiście pojęcie względne – w każdym razie, póki co, nie groziło rodzenie w niej po kostki, po kolana, nie dało się w niej położyć i obserwować, jak tafla wody się zamyka. Ale i tyle wystarczyło, by zmrozić aż do kości, by bicie serca przyspieszyło, by pojawiły się szpilki paniki. Zwłaszcza że i tak ogólnie nie miała szczególnych powodów do zachowywania spokoju, wręcz przeciwnie – musiała stale mieć się na baczności; w końcu wrażenie bycia obserwowaną okazało się nie być jedynie wrażeniem.
Zdecydowała się jednak postąpić krok. Dwa.
I wtedy to zobaczyła.
Zakryła usta dłonią, może po to, żeby odruchowo nie krzyknąć. Stella, jej mała siostrzyczka. Więc to tak było – o ile doświadczała prawdy? Więc to na nią właśnie spadł ciężar odkrycia, iż zbyt wcześnie odeszła z tego świata? Na nią? Stellę?
Ciemne oczy zaszły łzami, gdzieś wewnątrz wezbrał szloch. Lecz ten tak naprawdę nie miał szansy wybrzmieć, tak samo jak nie otrzymała szansy, żeby pogrążyć się w żalu. Nawet jeśli tak naprawdę nie służyło to niczemu, zwłaszcza że czasu cofnąć nie mogła, ani – tym bardziej – odmienić biegu wydarzeń.
Cokolwiek czaiło się w tm zapomnianym przez Matkę miasteczku, najwyraźniej znalazło inną drogę niż drzwi, przez które weszła. Ewentualnie to nawet nie była kwestia przemieszczania się na nie-martwych nogach – ale to znów coś, nad czym nie bardzo miała czas się dziwić. Ani zastanawiać.
Zostało tylko – zwłaszcza że Stella i tak się rozmyła – odwrócić się i wziąć nogi za pas, tak szybko, jak się tylko dało. Zmierzała do wyjścia, dochodząc do wniosku, że na zewnątrz powinna mieć przynajmniej więcej możliwości; tu, wewnątrz budynku, łatwo było zagonić się w jakiś kozi róg.