13 sierpnia 1972
Rezydencja rodu Mulciber
Loretta Lestrange i Alexander Mulciber
Leniwe wstęgi światła omiatały pieszczotą żaluzje w przestrzennym pokoju, dając świadectwo zmierzchowi, który zwolna rozprzestrzeniał się pomarańczą na nieboskłonie; chmury miękko sunęły, gonione przez co mocniejsze dęcie wiatru, który zastał Londyn w letnim półmroku. Siedziała na jednym z obitych welurem foteli, przerzucając strony albumu z obrazami, który miał nadać jej sztuce wyrazu i pozwolić wybrzmieć na polu artystycznym. Musiała szukać inspiracji; musiała kopać głębiej i głębiej; od dawna nie zaznała dnia w akwenie spokoju – te leniwe wieczory jednak, miały w sobie coś wyjątkowego, jakby cały świat chciał przypomnieć o nieuchronnym memento mori.
Podeszła do okna spokojnie, pociągając za sznurek, pozwalając miałkiemu światłu wpaść burzliwie do wnętrza, podkreślić ten migotliwy kurz i odbić się jaskrawością w jej ciemnych oczach.
W takie wieczory jak ten, pośród istotności i jej braku, myślała o nim; o jego wyrazistych rysach, o wysokiej sylwetce i zaklętej w buńczucznym fatalizmie szkatułce jego osoby. No bo przecież go kochała niepoprawnie, jednak jeszcze bardziej go nienawidziła. Chciała niszczyć mu życie, uzależniać od siebie mocniej niż od dawki heroiny, być dla niego jedyną i wyłączną, łapać wszystkie uśmiechy kierowane ku niej – sprawiające, że na policzkach mimowolnie kwitły róże.
Musiała go mieć na wyłączność, terytorialna w całej krasie i niemniej zaborcza, manipulowała nim niejednokrotnie, przywołując na okraszone welonem rzęs oczy szkliste łzy, które niewiele miały wspólnego z istotną skruchą. Była przecież fałszywa, a jedyne, co było dla niej prawdziwe i niezachwiane, to toksyczna miłość do jego osoby.
Chciała go nienawidzić z pełnią mocy, uderzyć pięścią w klatkę piersiową – to jednak zawsze kończyło się perwersyjnie obfitym seksem, a temu żadne z nich nie mogło się oprzeć. O jej agresji świadczyły jedynie szramy po paznokciach na jego plecach i wargi opuchnięte od żarliwych pocałunków.
Nie byli jednak dla siebie tylko uzupełnieniem pożądania. Chciała go mieć na wieczność, pośród tych obietnic składanych na ustach i jego deklaracjach, że kocha ją szczerze i poprawnie. W ich relacji jednak, nic nie było nigdy poprawne.
Zagłębiała się w kalejdoskopie myśli, gdy gwałtownie się poderwała do papeterii, chwytając w dłoń pióro, aby umoczyć je w atramencie. W listach do niego mogła być szczera, oderwana od nieistniejącej pruderii, złożyć całus tego, co w jej wnętrzu się kłębiło, a co nie mogło być oddane na światło dzienne. Słowa płynęły same, jak ten nurt rzeczny, który nie mógł znaleźć swojego ujścia ku bezkresie morza. Zakleiła kopertę i posłała ku niemu sowę.
Jej listy zawsze pachniały różami.
Przygryzła wargę, o sercu dudniącym i krwi niespokojnie szumiącej w uszach. Wiedziała, że jest gdzieś tam; gdzieś, gdzie go nie odnajdzie, a jednak pozostanie blisko. Bo ich serca znalazły wspólny dźwięk, w końcu dzielili miejsce pod tym samym niebem, czerpali z tego samego blasku słońca. Więcej ich zbliżało, niż dzieliło, a jednak wciąż pozostawał ten niedosyt.
Niedosytu nie mogła się pozbyć, bo tęskniła za nim nawet przez skórę przywartą do jej.
Bo przecież ona jadła takich mężczyzn na śniadanie. A jednak on, ta przeklęta fatamorgana i nieodkryte arkany, pozostały przy niej o parę sekund za długo. I te parę sekund zasądziło o tym, że zostali sobie przeznaczeni na rozciągłości wszechświata. Ich uczucia znalazły ujście jedynie wśród migotliwych gwiazd, których brylantowe oczka oglądali tego dnia, gdy położyli się razem na trawie, jakby znali się od zawsze; jakby nic nie było między nimi, jakby ich dusze były sklejone w jedność.
Wiedziała, że zagrzeje u niej miejsce na dłużej już wtedy.
Nie przeszkadzało jej to w stałym testowaniu jego cierpliwości i uczuć; w butnym przeciąganiu struny – ta jeszcze nie pękła – bo przecież zawsze znajdowali wspólny punkt, niezależnie, czy było nim zbliżenie, czy po prostu trzymanie się za dłonie, jakby jutro miało nie istnieć. Bo tak żyli; jakby nie było żadnej kontynuacji, więc muszą się nacieszyć sobą tak bardzo, jakby mieli nie istnieć za parę godzin, minut, sekund. Prawdopodobnie dlatego byli tacy gwałtowni w okazywaniu uczuć – nie uznawali odkładania na później swojej miłości.
Bo przecież się kochali; to, że w równej mierze też nienawidzili, można było zepchnąć na margines.
Wiedziała, że odpisze; musiała dać mu tylko czas.
Ale ich relacja nigdy nie uznawała dawania sobie czasu. Potrzebowali siebie usilnie i teraz, jakby mieli zniknąć, jakby ich energia kosmiczna dawno zrównała się w jedność. Byli sobie przeznaczeni ponad wszelką wątpliwość, a ich relacja była tak oczywista, jak wstawanie słońca o poranku czy ulewne deszcze nad londyńskimi przedmieściami.
… I stała tak przed oknem, wyczekując. Wzrok opadł miękko na wąskie uliczki odchodzące od Pokątnej, gdy opierała podbródek na opartych o parapet łokciach. Prawdopodobnie czekałaby tak nadal, gdyby nie…
Kalejdoskop barw rozwarł przed nią swoje arkana, pstrokatymi kolorami wzierając do oczu; wirowała zapamiętale, ubierając w wartkość istnienia wszystkie obawy; że nie zobaczy go już nigdy, że nigdy nie posmakuje jego złości, która przecież tak ją podjudzała i skłaniała ku osuwaniu się w głębiny otchłani. Coś wewnątrz trzepotało, coś burzliwie rozlewało się falami, pewna szklanka rozbiła się o panele, a ona zaczęła nie istnieć.
Czy ja umrę?
Na każdą rocznicę ich poznania kładli się w ogrodach na miękkim dywanie z traw i obserwowali niebo. Niezależnie, czy były to gonione na tle błękitu chmury, czy rozgwieżdżona noc. W takich momentach kochała go najbardziej, a jej serce biło niespokojnie. Gdy została postawiona przed obliczem śmierci – prawdopodobnie się przecież rozszczepi – przywołała to wspomnienie. Słodki, lepki sok letnich wstęg słońca, miękkość mchu i dźwięki cykad. To, czego nie potrafiła wyartykułować, a jednak zawsze zdawało się właściwe.
Może po prostu chciałam być twoja?
Momentalnie zapomniała o nienawiści, którą przeplatana była ich relacja. Nagle każda agresja stała się nieistotna, jej manipulacyjne zachowania również, liczyło się tylko ciepło jego warg i obecność. Te wspomnienia, najbliższe jej sercu, wylądowały na proscenium myśli, gdy wiedziała, że to już koniec.
Czy tak właśnie miało wyglądać zwieńczenie jej życia? Czy zasłużyła sobie na to swoją parszywą osobowością? Prawdopodobnie tak. Może ta mityczna karma ją odnalazła i postanowiła rozebrać na części, pozbawić ostatniego tchnienia z ust, zostawić ją z miłością niezaspokojoną i gorliwą. Nigdy nie kochała go tak, jak teraz; bo miała go już nie zobaczyć nigdy. Jej głowa otuliła się nimbem niebytowania, przeklętej kantyczki, w rytm której miała spuentować swoje całe dotychczasowe istnienie.
Czy naprawdę umrę przez kichnięcie?
Miękkość jego ust, ciepło jego dłoni, ta zblazowana mimika i stoicko arogancki sposób bycia – uśmiech rozlewał się mlekiem na jej wargach, na samo wspomnienie jego; tych wszystkich nieprzespanych nocy i każdego dzielonego na dwoje dnia.
Ku jej zdziwieniu, pod membraną powiek rozbłysnął kalejdoskop słońca, a na policzki opadły wstęgi światłości ciepłem pieszcząc piegowate policzki. Wokół nie było nic, poza zielenią traw i główkami hortensji wychylającymi się niespiesznie z rabatek. Przez moment myślała, że tak wyglądają właśnie pola elizejskie; że znalazła się w innym miejscu, lepszym, transcendentnym – tym, w którym plączą się schillerowskie marzenia. Pąs spoczął na policzkach, gdy odchylała głowę ku niebu, a gdy otworzyła oczy, zobaczyła właśnie jego.
Stała przed nim, półnaga w zasadzie, bo odziana jedynie w na wpół rozpiętą koszulę i bieliznę i przez ulotny moment, nie pojmowała niczego na poziomie percepcyjnym.
– Ja żyję? Ty żyjesz? Co się dzieje? – zaczęła sypać pytaniami.
Wyciągnęła dłonie przed siebie – faktycznie, były podejrzanie realne jak na bytowanie nieziemskie. Zadarła podbródek, wbijając wzrok w jego oblicze, tak jakby miała go już nigdy nie zobaczyć.
I na moment tonęła tak w bezkresie – gotowa na ostatni pocałunek ze światem istniejącym, na rozszczepienie i utonięcie gdzieś w głębinach niepamięci. W końcu, kto by ją wspominał z rzewnym wnętrzem?; z szklistymi łzami torującymi sobie szlak policzkami?; z sentymentem?
Gotta admit, I'm a hypocrite
I like it way better than being on the side of it
I'm a psycho, loving it