• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 … 10 11 12 13 14 … 16 Dalej »
[1966, Hogwart] Niezapomniany bal || Theodore & Effimery

[1966, Hogwart] Niezapomniany bal || Theodore & Effimery
Lekkoduch
Wszystko jest możliwe, kiedy kłamiesz.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Theodore Lovegood
#1
27.03.2023, 21:02  ✶  
Trzy razy upewnił się, że żaden włos mu nie odstaje, żadna resztka jedzenia nie utknęła mu między zębami i jego wyjściowa szata, czarna, majestatyczna, przywodząca na myśl arystokratyczny szyk i elegancję, dobrze układa się na jego ramionach. Poprawił po raz ostatni wszystkie guziki na swojej białej koszuli, wyprostował krawat i uśmiechnął się do lustra.
- Cześć, Effimery, jak tam dzień? - przećwiczył powitanie, patrząc na swoje odbicie i puścił oczko. Nie spodobał mu się efekt, więc uśmiech zniknął z jego twarzy. Nie brzmiało to dobrze. Nie powinien witać gryfonkę jej pełnym imieniem, jak jakiś nauczyciel. No i pytanie dosyć głupie. Może powinien rzucić komplementem? Albo zrobić coś zupełnie odwrotnego i zgrywać bad-boya. Dziewczyny podobno lubiły takich typów.
- Trelawley, myślałem, że już nigdy się tu nie doczłapiesz. Jeszcze minuta, a znalazłbym sobie kogoś lepszego na twoje miejsce, ty szczęściaro – powiedział do lustra z nonszalanckim wyrazem twarzy, po czym spojrzał w górę, jakby szukał tam pomocy i westchnął ostentacyjnie, bo ta próba była jeszcze gorsza niż ta pierwsza.
No nic, będzie musiał wymyślić coś lepszego na poczekaniu, gdyż czas go gonił i nie mógł sobie pozwolić na więcej ćwiczeń. Po raz czwarty upewnił się, że wszystko grało, po czym założył wyjściowe buty. Porwał ze stolika stojącego przy łóżku różę z wazonu, którą planował dać dziewczynie i udał się w drogę do wielkiej sali, miejsca dzisiejszej imprezy.
Wyjście z dormitorium puchonów znajdowało się niedaleko wejścia do sali, więc podróż nie zajęła mu dużo czasu. Umówił się z Effie, że spotkają się przed drzwiami wejściowymi, a następnie razem wejdą do środka. Rozejrzał się wokół i nie widząc nigdzie w pobliżu jasnych loków, zaczął przechadzać się nerwowo w tę i z powrotem.
Miał nadzieję, że się wkrótce zjawi i go nie wystawi. To by był dopiero koszmar! Na ich roku był krukon, który nie zdołał zaprosić nikogo i nie miał przez to najłatwiejszego życia z powodu dokuczających mu uczniów. Gdyby dziewczyna go wystawiła, to Lovegood miałby jeszcze gorzej!
Nie, żeby posądzał Effie o jakieś złe zamiary. Miał farta, że się zgodziła, była w porządku. Plan zaproszenia jej przyszedł mu do głowy spontanicznie. Przez długi czas zastanawiał się, kogo wybrać, tworzył w głowie listę nazwisk, które pojawiały się i znikały z niej, gdy docierały do niego nowe informacje o tym, które dziewczyny już miały parę. Trelawley nie pojawiała się na tej liście, ale gdy pewnego razu natknął się na nią w sowiarni uznał, że nie była złym wyborem. Poprosił ją o towarzystwo i szczęśliwie dla niego się zgodziła.
Schował kwiatka za swoimi plecami, by móc zrobić jej niespodziankę, po czym zatrzymał się na moment obrócony w stronę schodów, którymi uczniowie coraz tłumniej schodzili z wyższych pięter. Jeśli Effie się pojawi, to najprawdopodobniej przyjdzie właśnie z tej strony.
Wieszczka
Our hearts will share the same shelter, we share a place under the same sun
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Splątana kaskada loków barwy świeżo ściętych łanów zboża okrywa całunem drobne ramiona, umykając końcami nad linią pasa, na ogół wieńczona przez barwne kokardy. Otula miękko dziecięcą, odrobinę pyzatą buzię upstrzoną siateczką piegów, której epicentrum są jasno-błękitne, przenikliwe tęczówki. Usta wykrojone, bladoróżowe, drgają nieustannie w przyjemnym dla oka uśmiechu. Chód ma energiczny i dziarski, głos chrypliwie melodyjny, ubiór klasycznie kobiecy, acz niewyzywający. Złote pantofelki wzbijają w przestrzeń migotliwy kurz, czyniąc ją kobietą wzrostu średniego, jednak o aparycji chuderlawej.

Effimery Trelawney
#2
27.03.2023, 21:44  ✶  

Wieczór zapowiadał się cudownie; coś w jej sercu trzepotało niepoprawnie, tak jakby miało ulecieć niebawem ku wieczornemu nieboskłonowi – nie spodziewała się po sobie tak ognistej reakcji na zaproszenie Lovegooda, a jednak im bardziej zbliżał się czas balu, tym większe wątpliwości ogarniały drobne ciało. Prędki wdech i wydech, spojrzała na siebie w lustrze, oceniając własną aparycję – uśmiech zakwitł na jej wargach, umysł jednak spowijała niepewność. Bo w końcu – co jeśli to parszywy żart i ją wystawi? Co jeśli jego zaproszenie okaże się być jedynie kawałem?; westchnęła ponownie, wbijając niepewny wzrok we własne odbicie w lustrze.

Gęste, złociste loki opadały swobodnie na ramiona, jedynie częściowo spięte srebrną kokardą. Policzki muśnięte pudrem i różem nabrały koloru, choć spodziewała się, iż pąs na nie wstąpi mimowolnie, gdy tylko go zobaczy. Tę przeklętą jedną milionową wszechświata. Kryte czerwienią wargi, wydatne i pełne w swojej krasie, drgały co jakiś czas niepewnie, gdy oceniała, czy sukienka aby na pewno dobrze leży.

Srebrna sukienka, umykająca jedynie rąbkiem nad ziemią, zdawała się być prosta – materiał ładnie układał się na niewielkim biuście, opinając w talii sylwetkę, aby niżej sunąć kaskadami tiulu i lśniącej srebrzyście powłoki. Posiadał jednak jeden szkopuł – na ramionach i dekolcie widniały zaklęte w bieli kwiaty, których magia skupiała się na tym, iż były niewiędnące.

Ostatni raz spojrzała na siebie w lustrze, aby ruszyć schodami ku wielkiej sali, przed którą mieli się spotkać. Schodząc po schodach, jej wątpliwości urastały do rangi niebotycznej, jednak gdy wzrok napotkał jego sylwetkę, rozpromieniła się.

– Dlaczego się tak patrzysz? – spytała miękko. – Dobrze wyglądam? Źle wyglądam? O boże, na pewno źle wyglądam – westchnęła.

Lekkoduch
Wszystko jest możliwe, kiedy kłamiesz.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Theodore Lovegood
#3
28.03.2023, 15:03  ✶  
Uśmiechnął się szeroko na jej widok, wątpliwości dotyczące tego, czy zostanie wystawiony, szybko poszły w zapomnienie. Ujrzał ją od razu, ale rozpoznał głównie dzięki jej charakterystycznym, jasnym włosom. Przejście ze szkolnego mundurka na przemyślaną sukienkę odmieniło dziewczynę. Sprawiała wrażenie dojrzalszej, piękniejszej i gdyby tylko nie ślad wątpliwości w oczach, to również pewniejszej siebie niż wcześniej. Kreacja Effie uzmysłowiła mu, jak dużo roboty dziewczyny miały z włosami, makijażem, dobraniem kolorów i kroju ubrania. Musiały się naprawdę postarać, by wszystko ze sobą współgrało, podczas gdy chłopcy upewniali się tylko, że włosy są w miarę uczesane, zęby są czyste, a w spodniach nie mają dziury na tyłku. Nie było to sprawiedliwe.
Z dumą w oczach poczekał na nią u dołu schodów.
- Wyglądasz fantastycznie, aż brak mi słów – zapewnił ją wesoło, wyraźnie szczęśliwy, że narobiła sobie trudu, by prezentować się nienagannie podczas balu. Przyjrzał się jej ponownie z zadowoleniem wypisanym na twarzy, by zaraz przypomnieć sobie o prezencie schowanym za plecami. Wyciągnął rękę przed siebie, prezentując jej czerwony kwiat.
- Chciałem dać ci różę, ale widzę, że sama zadbałaś o kwieciste ozdoby – powiedział z nieśmiałym uśmiechem, mając na myśli jej białe kwiaty wplecione zmyślnie w strój. Nie był pewien, czy powinien w takim przypadku oddać jej różę mimo wszystko, poszukać miejsca, by gdzieś ją odłożyć, czy może wsunąć ją w sobie w butonierkę, więc wystawił prezent przed siebie, czekając najpierw na jej reakcję.
- A jak ja wyglądam? Nie żałujesz, że nie przyjęłaś zaproszenia kogoś innego? - spytał się i na moment wyprostował się oraz uśmiechnął się niczym gwiazda muzyczna z magazynu, chcąc zaprezentować się jak najlepiej. Czuł, że zrobił wszystko, co mógł, by dobrze wyglądać, a dodatkowo geny matki, która była wilą, ułatwiały mu to zadanie.
Wieszczka
Our hearts will share the same shelter, we share a place under the same sun
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Splątana kaskada loków barwy świeżo ściętych łanów zboża okrywa całunem drobne ramiona, umykając końcami nad linią pasa, na ogół wieńczona przez barwne kokardy. Otula miękko dziecięcą, odrobinę pyzatą buzię upstrzoną siateczką piegów, której epicentrum są jasno-błękitne, przenikliwe tęczówki. Usta wykrojone, bladoróżowe, drgają nieustannie w przyjemnym dla oka uśmiechu. Chód ma energiczny i dziarski, głos chrypliwie melodyjny, ubiór klasycznie kobiecy, acz niewyzywający. Złote pantofelki wzbijają w przestrzeń migotliwy kurz, czyniąc ją kobietą wzrostu średniego, jednak o aparycji chuderlawej.

Effimery Trelawney
#4
01.04.2023, 14:11  ✶  

Spowijały ją wątpliwości, gdy powoli schodziła po schodach, o umyśle nieprzytomnym i rozedrganym. Nie była pewna swojej aparycji – nigdy nie była, a teraz, gdy miała pokazać się mu w wyjściowej sukience, czuła tym większą niepewność, otulającą miękko sylwetkę. Bała się w gruncie rzeczy, iż jej wygląd będzie zbyt wyegzaltowany jak na bal wiosenny; iż będzie wyglądała komicznie i zupełnie nie na miejscu. Prawdopodobnie dlatego dłonie drgały jej niepokornie, a uśmiech błądzący w kącikach ust nosił znamiona lwiej niepewności.

W gruncie rzeczy była w nim zauroczona i o ile wodziła za nim wzrokiem miękko i za wszelką cenę tak, aby nie ujrzał jej zainteresowania, zaproszenie na bal stanęło pod znakiem ogromu stresu, pomieszanego jednak z półmiskiem gargantuicznej wręcz ekscytacji. Nie spodziewała się tego, nie z jego ust, nie w ten sposób – z pewnością nie chciałaby tego przyznać, ale coś w niej rozkwitło wraz z propozycją wspólnego wyjścia.

Wzięła ostatnie dwa wdechy, odrobinę zbyt ciężkie i odrobinę zbyt głębokie – aż jej się w głowie zakręciło.

– Naprawdę? – spytała miękko, uginając bezradnie brwi, zupełnie jakby rządziła się umiarkowaną wiarą w jego słowa.

Pąs oblał jej oblicze gwałtownie, gdy Theodore wręczył jej kwiat – naturalnie ujęła go w dłoń i nie mogąc się powstrzymać, powąchała, czując słodką kwiecistą woń. Wargi rozciągnął urokliwy, miły dla oka uśmiech, zadrgał kącikami i umościł się iskrami w błękicie oczu. Jej serce mimowolnie szybciej zatrzepotało, zupełnie jakby chciało opuścić szczerozłotą klatkę żeber.

– Wyglądasz… Och, wyglądasz wspaniale – odparła odrobinę speszona.

Ujęła go pod ramię, gdy weszli na poły sali balowej, rozglądając się za znajomymi twarzami. Miała mocną nadzieję, iż napicie się kilku kieliszków ponczu rozluźni jej język i odejmie stresu związanego z obcowaniem z Lovegoodem. W gruncie rzeczy czuła się niesamowicie; nigdy nie przypuszczała, iż to na jego ramieniu będzie zaciskać palce i że to on skomplementuje jej odzienie.

– Może napijemy się? Jejku, na pewno to widzisz na własne oczy, ale jestem zestresowana. Chyba dlatego, że cię lubię – rzekła, wzrok kierując ku stolikowi, na którym rozłożone były wszelkie trunki. W teorii bezalkoholowe, w praktyce jednak zawsze się znalazł ktoś, kto wypełnił smak procentami.

Sięgnęła po dwa kieliszki, jeden wciskając w dłoń Theo, w drugim zaś mocząc różane wargi.

– Lubisz tańczyć? – zabrzmiała pytaniem, a jej myśli mimowolnie spłynęły na arkana wolnego, przytulanego tańca.

Lekkoduch
Wszystko jest możliwe, kiedy kłamiesz.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Theodore Lovegood
#5
02.04.2023, 13:57  ✶  
Nie miał nic przeciwko daniu jej kolejnego komplementu. Nie był pewien, czy dopytując się dalej rządziła nią niepewność, czy egoistyczna chęć usłyszenia więcej miłych rzeczy na swój temat, ale nie miało to też dla niego większego znaczenia. Zasługiwała na kilka ciepłych słów.
- Oczywiście! W tej sukience jesteś jak gwiazdka z nieba – zapewnił ją żwawo, a swoje słowa potwierdził rozmarzonym westchnięciem. Srebrny kolor jej stroju skojarzył się mu z widokiem z wieży astronomicznej. Kto nie lubił widoku gwiazd? Nie bez powodu istniał zwyczaj wypowiadania życzenia na ich widok spadających z nieba, były symbolem szczęścia. Effie mogła być taką gwiazdką przynoszącą dobrą fortunę.
Potwierdzenie z jej ust sprawiło, że krok chłopaka stał się raźniejszy, a uśmiech jeszcze szerszy. Niby wiedział, że wyglądał dobrze, niby miał w sobie dużą dozę pewności siebie. Było jednak coś w dostawaniu pozytywnych uwag od innych, co sprawiało, że czuł się tak, jakby unosił się w powietrzu. Zadowolony z tego, że wszystko na razie układało się świetnie, gdyż po prostu był sobą i nie udawał żadnego bad-boya ani innego dziwoląga, podstawił swoje ramię, ujął jej dłoń i powędrowali do sali. Tam Effie zdradziła, że była poddenerwowana. To bardzo niedobrze! Mieli się dobrze bawić, tego dnia tylko pozytywne emocje były dozwolone! Musiał szybko zareagować.
- To chyba dobrze, że mnie lubisz, prawda? - odparł uspokajającym tonem, pasującym do spokojnej muzyki granej w tym momencie w tle. - Gdybyś miała spędzić wieczór z kimś, za kim nie przepadasz, miałabyś prawo do bycia zestresowaną. A tak, to czego się bać? Pogadamy, trochę popijemy i tak się zakręcimy na parkiecie, że wszystkim wyjdą oczy z zazdrości – obiecał jej, naprawdę głęboko wierząc, że nie istniała żadna inna możliwość jak wieczór mógł się rozwinąć. Liczył na to, że brak wątpliwości w jego głosie podziała na nią równie uspokajająco jak napój. Przyjął od niej kieliszek i szybko go wypił, wierząc, że trunek był bezalkoholowy. Dziwny posmak zwalił zaś na swoją bujną wyobraźnię.
- Nie trzeba mnie dwa razy zapraszać do tańca. To moja druga natura – powiedział uznając, że nie pytała się, gdyby nie chciała od razu potańczyć. Odebrał dziewczynie jej kieliszek i odstawił je na bok po to, by chwycić ją za dłoń i poprowadzić na środek sali, gdzie kilka par już tańczyło. Preferował żywsze kawałki, przy których można było się ostro poruszać, ale wybredny nie był. Gotów był ją rozruszać niezależnie od tego, co grało.
Wieszczka
Our hearts will share the same shelter, we share a place under the same sun
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Splątana kaskada loków barwy świeżo ściętych łanów zboża okrywa całunem drobne ramiona, umykając końcami nad linią pasa, na ogół wieńczona przez barwne kokardy. Otula miękko dziecięcą, odrobinę pyzatą buzię upstrzoną siateczką piegów, której epicentrum są jasno-błękitne, przenikliwe tęczówki. Usta wykrojone, bladoróżowe, drgają nieustannie w przyjemnym dla oka uśmiechu. Chód ma energiczny i dziarski, głos chrypliwie melodyjny, ubiór klasycznie kobiecy, acz niewyzywający. Złote pantofelki wzbijają w przestrzeń migotliwy kurz, czyniąc ją kobietą wzrostu średniego, jednak o aparycji chuderlawej.

Effimery Trelawney
#6
02.04.2023, 16:55  ✶  

Rządziła nią dalece posunięta niepewność własnych walorów; jakby włosy o barwie łanów ciętego zboża, układające się w loki nie były urokliwe; jakby oczy, w których tonęła sama piana morska nie były błyszczące; jakby szpakowata, drobna sylwetka nie zawierała w sobie nieodzownej kobiecości. I nawet uśmiechy, które na jej obliczu tańczyły urokliwie, uznawała za miernej klasy wygięcie ust. Pytała więc niepewna, nieśmiała i choć była nade wszystko porywcza, licząc raptem szesnaście burzliwych wiosen nie posiadła jeszcze pewności siebie, którą na przestrzeni lat miała wypracować.

Bo przecież były dziewczęta znacznie ładniejsze; znacznie przyjemniejsze dla oka; biegłe w sztuce flirtu, trzepoczące welonem czarnych rzęs i odrzucające filuternie włosy za ramię. Ona do nich nie należała – była więc zaklęta we własnej niepewności i tym chyżej zadawała sobie pytanie, dlaczego to z nią zechciał spędzić wieczór.

Schodząc po schodach spodziewała się, jakoby miał to być urągliwy żart. Jakby miał nie czekać na nią przed masywnymi drzwiami, a jednak tam był. Jednak wzburzył kąciki ust do wzniesienia się ku górze.

– Mogę być twoją gwiazdką z nieba – westchnęła, dopiero po chwili zdając sobie sprawę, jak flirciarsko i dwuznacznie zabrzmiały jej słowa.

Potrząsnęła prędko głową, postanawiając zmienić temat o jotę. Zacisnęła pewniej palce na jego odzieniu, przyklejając się odrobinę do jego sylwetki. Cierpki smak trunku rozlał się po gardle, rozgrzewając ciało i barwiące policzki pąsem na czerwono.

– Masz absolutną rację. Gdybym cię nie lubiła, zapewne bym już uciekła. W sumie byłam tego bliska, bo byłam nieomal pewna, że mnie wystawisz. Nie żebym miała o tobie złe zdanie! Nie, po prostu… – urwała, czując, iż mota się w swoich własnych słowach.

– Miałam wrażenie po prostu, że jestem dla ciebie niedostateczna? Nie wiem. Niemniej, serce mi trzepocze, bo mogę tu być z tobą – wyjaśniła miękko.

Jego dłoń była przyjemnie miękka i ciepła, gdy wiódł ją na parkiet. Muzyka akurat zwolniła swoje tempa i tonu, przeradzając się w łzawo-romantyczną balladę. Ułożyła więc dłoń na jego ramieniu, drugą wręczając jemu.

Lekkoduch
Wszystko jest możliwe, kiedy kłamiesz.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Theodore Lovegood
#7
03.04.2023, 12:47  ✶  
Effie była we wszystkim bardzo naturalna. Niektóre jej rówieśniczki może i były bardziej odpicowane i starały zachowywać się kusicielsko, ale wciąż były tylko nastolatkami udającymi dorosłe. Jego towarzyszka zaś była sobą i reagowała na wszystko tak, jak czuła. Lubiący udawać i stwarzać pozory Theodore nie potrafiłby funkcjonować bez żadnej maski, przez co jej naturalność była dla niego tym bardziej urocza. Nie mógł tego dokładnie opisać słowami, było to coś, czego brakowało w jego życiu, stąd też mu się to w niej podobało.
Dobrym przykładem tego była jej odpowiedź, po której potrząsnęła głową, jakby była z siebie niezadowolona. Chciał ją objąć i zapewnić, że nic takiego się nie stało, ale w sumie się powstrzymał.
- Mam najjaśniejszą gwiazdę z nieba tylko dla siebie. Szczęściarz ze mnie – odparł, uśmiechając się tak, jakby wypił właśnie cały kociołek felix felicis.
- Niedostateczna? Skąd takie bzdury przyszły ci do głowy? Nie wyobrażam sobie nikogo innego, z kim mógłbym spędzić ten wieczór – upewnił ją, trochę zdziwiony, że w ogóle przyszło jej to głowy. Przecież była ładną i ogarniętą dziewczyną. Z pewnością nie tylko dla niego, ale dla każdego innego młodzieńca byłaby „dostateczna”.  - Gdybyś przyszła z kimś innym, to pewnie stałbym teraz gdzieś z boku, przyglądał się wam i szalał z zazdrości – dodał cichszym tonem, po czym delikatnie poprawił swój krawat, na samą myśl zrobiło mu się gorąco. Gdyby Effie go wystawiła i bawiła się z innym chłopcem, to byłby wściekły i pragnąłby być na jego miejscu.
Pociągnął ją ze sobą na parkiet, a muzyka w międzyczasie bardzo zwolniła. Preferował skoczniejsze kawałki, w szczególności na początku, by się rozgrzać. Skoro jednak dostali od losu taką, a nie inną piosenkę, to wzruszył ramionami, uśmiechając się głupkowato i przysunął do siebie dziewczynę. Objął ją w pasie, drugą dłonią zaś pochwycił jej rękę.
Zaczął prowadzić i nadawać tempo ich ruchów. Szło mu tak dobrze, że nawet nie musiał przy tym patrzeć w dół, na swoje stopy i przez cały czas mógł przyglądać się swojej towarzyszce. Tylko od czasu do czasu zrobił krok w niewłaściwy sposób. Choć lubił żywsze piosenki, to wolny taniec również miał swój urok. Czuł się tak, jakby ich ciała, znajdujące się tak blisko siebie, były jednym i na ten krótki moment stopiły się w idealnej harmonii. Tego efektu nie dało się osiągnąć przy dzikszej muzyce, gdzie każdy szalał osobno, po swojemu.
- Wiesz, przypominasz trochę wilę. Nie masz przypadkiem w sobie trochę ich krwi? - zapytał się w trakcie tańca. Przyszło mu to do głowy głównie dzięki jej bujnym blond włosom, ale zapytał się głównie po to, by sprawić jej przyjemność. Chciał, by się dobrze czuła i bawiła w jego towarzystwie.
Wieszczka
Our hearts will share the same shelter, we share a place under the same sun
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Splątana kaskada loków barwy świeżo ściętych łanów zboża okrywa całunem drobne ramiona, umykając końcami nad linią pasa, na ogół wieńczona przez barwne kokardy. Otula miękko dziecięcą, odrobinę pyzatą buzię upstrzoną siateczką piegów, której epicentrum są jasno-błękitne, przenikliwe tęczówki. Usta wykrojone, bladoróżowe, drgają nieustannie w przyjemnym dla oka uśmiechu. Chód ma energiczny i dziarski, głos chrypliwie melodyjny, ubiór klasycznie kobiecy, acz niewyzywający. Złote pantofelki wzbijają w przestrzeń migotliwy kurz, czyniąc ją kobietą wzrostu średniego, jednak o aparycji chuderlawej.

Effimery Trelawney
#8
03.04.2023, 18:26  ✶  

Było w jej ruchach coś rozbrajająco szczerego; coś co jednało jej ludzi pogodą ducha i naturalną towarzyskością; uśmiech wpływająco powoli na wargi przełamał nić stresu, w którym jeszcze chwilę się zatracała. Już na jego słowa błysnęła urokliwym wygięciem wargi; już te rozszerzały się w urokliwy, filuterny grymas. Nie było w niej nic flirciarskiego; nic, co mogłoby wskazywać na bycie kobietą fatalną, a jej uśmiech roztańczył się coraz chyżej, gdy uniosła wzrok, zatracając się w jego spojrzeniu. Serce ponownie zatrzepotało niepokornie, więzione w klatce żeber, a ona czuła, jak powoli wszystko się rozmywa. Istniały tylko jego oczy.

– Masz zatem najjaśniejszą gwiazdkę na niebie – rzekła odrobinę pewniejszym głosem; nie łamiącym się w swoich ryzach, a uśmiech roztańczył się na wargach bez przekory. Westchnęła miękko, unosząc dłoń ku górze, odgarniając jeden z kosmyków włosów, który opadł na jego czoło. Było w tym geście coś niesamowicie czułego; niesamowicie lekkiego i delikatnego.

– Ze mną byłoby tak samo, gdybyś zechciał z kimś innym tu przyjść. Zapewne szalałabym z zazdrości – odparła miękko.

Pociągnięta na parkiet, nie oponowała w żadnej mierze. Kłębiło się coś wewnątrz niej; coś, co nie dawało spokoju i ostatnimi czasy jednakowo nie dawało spać. Zaproszenie na bal, sunięcie w rytm muzyki, która rozbijała się o meandry umysłu, potęgowało wielokroć to uczucie. Objęta w pasie, sunęła wraz z nim po parkiecie, w krokach wolnych i niespiesznych, a w umyśle znowu uczyniło się nieprzytomnie. Jej serce ponownie zatrzepotało, jakby miało nieomal wypaść z piersi. Wolny taniec służył niewątpliwie zacieśnianiu więzi, ich ciała momentalnie znalazły się w jednej harmonii, która pozwoliła wargom Effie ułożyć się w przyjemny dla oka uśmiech.

– Och, ale czarujesz – rzekła miękko. – Nie mam w sobie nic z wili, zatem nie musisz mi sprawiać przyjemności – zabrzmiała krótkim śmiechem po chwili, palce zaciskając mocniej na jego barku.

Lekkoduch
Wszystko jest możliwe, kiedy kłamiesz.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Theodore Lovegood
#9
06.04.2023, 11:46  ✶  
Theodore czuł harmonię. Uczucie było ciężkie do opisania, bo w jego głowie nie miał żadnych dających się nazwać myśli lub emocji, ale to, co tam było, kłębiło się w przyjemny sposób, dający chłopakowi uczucie lekkości oraz dobrego wyboru. Wzmocniło się ono szczególnie wtedy, gdy wspomniała, że czuła podobnie jak on. Uśmiech wykwitł na jego twarzy.
- Nie podważaj mojego autorytetu, bo się obrażę – odparł żartobliwym tonem, sugerującym, że wcale nie był zły. Uśmiechnął się do niej, po czym zakręcił nią przez moment, nim znów objął ją w powolniejszym tańcu. - Lovegoodowie są w pewnym sensie ekspertami od wil. Uwierz mi, wiem, co mówię – dodał pewny siebie, by nie próbowała więcej oponować. Jego rodzina była znana głównie przez charakterystyczną urodę związaną z częstymi kontaktami z leśnymi pięknościami. Theodore również był owocem takiego związku. Wprawdzie nigdy nie ujrzał żadnej z nich na własne oczy, ale wydawało mu się, że miał całkiem dobre wyobrażenie tego, jakie naprawdę były. Mógł więc porównać do nich Effie.
- Masz nadnaturalny wdzięk, nienaganną urodę, a w przeciwieństwie do tych istot dorzucasz do tego niewybuchowy, miły charakter. Tego nie przebije nawet najpotężniejszy urok - stwierdził, przyglądając się dziewczynie niczym w obrazek, jakby nic innego nie istniało. Gdyby ktoś inny był na jego miejscu, to pewnie miałby chwilę namysłu, czy aby te wszystkie komplementy były nad na wyrost. Może przesadzał? Może, gdyby znał ją trochę lepiej, odkryłby w niej jakieś odrzucające cechy charakteru? Lovegood, w przeciwieństwie do innych, rzadko słuchał się logiki, podążał za tym, co w danej chwili podpowiadały mu uczucia. A te podpowiadały mu, że nie było powodów, by nie obdarować dziewczyny miłymi słowami. Skoro już tu razem byli, skoro dobrze się bawili, to warto było zrobić wszystko, by ten dzień był niezapomniany.
Wieszczka
Our hearts will share the same shelter, we share a place under the same sun
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Splątana kaskada loków barwy świeżo ściętych łanów zboża okrywa całunem drobne ramiona, umykając końcami nad linią pasa, na ogół wieńczona przez barwne kokardy. Otula miękko dziecięcą, odrobinę pyzatą buzię upstrzoną siateczką piegów, której epicentrum są jasno-błękitne, przenikliwe tęczówki. Usta wykrojone, bladoróżowe, drgają nieustannie w przyjemnym dla oka uśmiechu. Chód ma energiczny i dziarski, głos chrypliwie melodyjny, ubiór klasycznie kobiecy, acz niewyzywający. Złote pantofelki wzbijają w przestrzeń migotliwy kurz, czyniąc ją kobietą wzrostu średniego, jednak o aparycji chuderlawej.

Effimery Trelawney
#10
06.04.2023, 13:17  ✶  

Harmonia, w której miarowo się zatapiali zdawała się zamykać ich w jednym oddechu wszechświata; w jednym obmierzłym spojrzeniu wszechrzeczy, który mościł wygodnie ich akwen. Nie istniało nic ponad ich dwójkę, a powolny taniec zbliżał ich do siebie z każdym momentem coraz bliżej; spokojna melodia wzierała do słuchu, a kołyszące się w jej rytm pary zdawały się mieć swój własny mikrokosmos istnienia. Prawdopodobnie dlatego jej serce trzepało niepokornie w klatce piersiowej, gdy czuła dotyk w talii i ujętą w uścisku dłoń. Uśmiech lawirował na jej wargach, ukazując rząd białych, perlistych zębów, a w zewnętrznych kącikach oczu pojawiły się płytkie zmarszczki idące w parze z tym szczerym, miłym wygięciem kącików ust. Oczy błękitne, roziskrzone w swej barwie, wpatrywały się w niego, jakby był jedynym remedium na jej życie; jakby był ostatnim letnim oddechem.

Była gotowa zaryzykować stwierdzenie, iż zaczynała się od niego bezpardonowo uzależniać. Jego kwitnący uśmiech, roziskrzone spojrzenie i pewny siebie krok – nigdy by nie pomyślała, że to ona będzie w jego ramionach wirować na parkiecie; że to ją zaprosi na bal i tego, jak bardzo ucieszy się z koncepcji spędzenia wieczoru w jego ramionach. Była nazbyt niewinna, aby pojąć w całokształcie męskie intencje – wiedziała jednak, że Theodore nie miałby niecnych zamiarów wobec jej dziecięcej sielskości. Uśmiech ponownie zatańczył na wargach, drgając kącikami ust niepewnie.

– Och, mówisz? Mogę być dla ciebie wilą, aczkolwiek nie sądzę, abym posiadała tak niebanalny urok – odparła, parsknięciem wzburzając salwę krótkiego śmiechu.

Effie była bardziej namacalna aniżeli leśne nimfy; była rzeczywista i faktyczna, nie posiadając w sobie wilego wdzięku – przynajmniej tak o sobie myślała. Koncepcja, jakoby miał ją mieć za ulotną i efemeryczną, mile mościła się na dnie umysłu. Wieczór kroił się jako niezapomniany w swej krasie i prawdopodobnie dlatego z każdą chwilą otwierała się coraz chyżej; coraz bardziej.

– Wiesz, Theo, co jest najlepsze? Pierwsze razy. My mamy dzisiaj ich sporo – pierwszy bal spędzony we dwójkę; pierwszy wspólny taniec. Brakuje do tego jedynie pierwszego poca… – urwała, a na jej policzkach wykwitł sowity pąs. Potrząsnęła głową wystraszona własnymi słowami.

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Effimery Trelawney (2179), Theodore Lovegood (2490)


Strony (2): 1 2 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa