Wyruchanie wuja bezsprzecznie stanowiło cios poniżej pasa w okolicznościach grubszego, związkowego konfliktu. Laska uwierzyła w niego, zlitowała się nad nim, założyła mu Nelsona więcej niż raz (bo była jebaną gwiazdą zapasów i bardzo mu to imponowało), a on odpłacił się jej czymś takim. Aż piekło go w przełyku na samą myśl, ale nie mógł zaprzeczyć, że momentami był taki głupi, taki impulsywny. Wystarczyło dać mu parę miesięcy, żeby zrujnował wszystko, nad czym pracował, i wszystkich, z kim się sprzymierzył.
Zamilknął, przyglądał się jej twarzy.
- Jak pierdolną Moskwę, to chmura śmierci doleci do Anglii. I, kurwa, dobrze. Voldemorta pokona Wolność.
Zaśmiał się chrapliwie. Miał wrażenie, że pęknął mu język, ale nie czuł w ustach krwi. Powinien pić więcej.
Perspektywy były marne, ale i tak zamierzał próbować. Zostało mu za mało czasu, żeby był w stanie powstrzymywać się ze względu na jakiś rzekomy rozsądek. Jebnie to jebnie, na chuj drążyć temat.
- Ale bawi mnie to właśnie przez to, że mnie to boli. To prawda, że powinniśmy coś z tym zrobić. Tylko nie można udawać, że skurwiele nie są związani z archaicznymi systemami produkcji. Feudalizm czy kapitalizm - pierdolę to tak samo.
Wyciągnał rękę po jej papierosa, bo swojego, oczywiście, zdążył stracić.
- Ja jestem bardzo, bardzo pozytywnie nastawiony do szukania wsparcia - mówił, uśmiechając się. - Chociaż wolałbym zacząć najbardziej lokalnie jak się da. Od ciebie.
Zaczynał mieć ochotę na jeszcze jedną kreskę, zaczynał mieć ochotę na bycie absolutnie nafuranym. Zupełnie odciętym od rzeczywistości.