- Możliwe, pewnie jest. Ja urosłem dopiero wtedy, kiedy połowę szkoły i tak spędzałem w psychiatryku. - Zaśmiał się gorzko; celowo poruszył kwestię własnej traumy, ale to nie znaczyło, że go ona nie bolała. - Zawsze byłem zbyt... emocjonalny jak na chłopaka. Płakałem. Dużo. Bez dobrego powodu. I właściwie dalej tak jest.
Gdy mówił, patrzył jej w oczy, bo teraz się nie bał, to była jej pora na wstyd. Mogli się wymieniać, po kolei wzajemnie ratować z opresji.
Oderwał rękę od uda Geraldine i z trudem wyciągnał drugą w górę, żeby odłożyć wódkę na zasypany syfem blat. Później niezgrabnie wstał.
- Chodź na kanapę. Ja wezmę wodę - rzucił zaskakująco beztrosko. Wyładował się mocno przez ten konflkt i czuł dużą ulgę, że go rozwiązali.
Szybko znalazł się po właściwej stronie pokoju. Karafkę ustawił na ziemi, nie brał szklanek. Sam usiadł przy jednym końcu kanapy. Trzęsącymi się dłońmi starał się wpierw rozpiąć pasek, później guziki od spodni.
- Gdybyś nie była taka wysoka, to byś nie robiła takiego wrażenia. - Chciał dać jej komplenty, ale miał z tym podobne problemy, co ona. Tak łatwo było pomyśleć o czymś miłym, dlatego tak trudno było o to powiedzieć? - Wiedziałem od kiedy tu weszłaś, że chciałbym się z tobą ruchać, a tak to bym nie wiedział. Nie przejąłbym się.
Szło coraz gorzej, brzmiał coraz bardziej nieprzyjemnie. Jak chuj. Aż mu się przypomniała każda jego rozmowa z bratem, utalentowanym językowo gówniarzem.
- Mam na myśli, że jesteś bardzo ładna. - Teraz brzmiał jak przedszkolak z laurką dla mamy. - Pociągająca. Silna. Chciałbym tę silę poczuć.
Strzelał sprzączką od paska i myślał, na ile udało mu się podratować sprawę.