Mellvyn Ollivander & Geraldine Yaxley
Ocknął się pierwszy. Nie pamiętał, kiedy zasnął. Po samym poruszeniu powieką poczuł, że jest odwodniony w pizdę, ale poza tym było zaskakująco dobrze. Lepiej, niż po ścierwie. Mógłby wstać, ogarnąć się i zapierdalać dalej. Prawie, jakby faktycznie był wyspany.
Oderwał twarz od brzucha Geraldine, rozejrzał się ostrożnie. Za cholerę nie mógł odgadnąć, jaka jest teraz pora dnia. Nie miał przy sobie zegarka, żaden nie wisiał na ścianach i, oczywiście, nigdzie w tej piwnicy nie było ani jednego okna.
Delikatnie dźwignął się na rękach, zsunął nogi na podłogę. Bolały go stawy od spania w dziwnej pozycji, coś kuło go w piersi. Na piersi. Gdy wstał, dotknął skóry pod obojczykiem i wybadał gojący się ślad po papierosie.
- No tak - szepnął pod nosem sam do siebie i zaczął od dołu zapinać guziki koszuli.
Czuł się, kurwa, nieświeży. Niedomyty. I bardzo, bardzo wygłodzony, aż słaby. W przygaszonym świetle ledwo cokolwiek widział, ale sam obrys syfu na ladzie go męczył. Męczyła go też kwestia tego, co się tu wczoraj... dzisiaj? stało. Co z tych wszystkich rozmów okaże się prawdą, a co nie? Ile z tego wydarzyło się tylko dlatego, że byli naćpani?