Czekał, aż zdejmie koszulę, później ostrożnie ją pocałował. Nagrodził ją za odwagę.
Czuł satysfakcję - jednak miał rację. Miał rację z tym, co myślał parę dni temu, gdy leżał w jej łóżku i się wykrwawiał. Spokój, dotyk miękki i adorujący, godziny, kurwa, godziny czasu - tego chciała.
Nie prosiła o wiele. Ale czy w ogóle potrafił "kochać się"? Gdzie było w tym miejsce na cierpienie, na smutek, na wstyd, walkę? Chciałby, żeby zadowalanie jej sprawiało mu ból. Byłoby wtedy znacznie łatwiej, z natury wiedziałby, co powinien robić.
Zahaczył stopą o krzesło, z którego Jego Pani niedawno wstała. Przyciągnął je do siebie, oparł na nim nogi. Czuł się teraz wystarczająco pewnie, żeby naprzeć na nią mocniej i odchylić ją do tyłu. Miał teraz lepszy dostęp do jej pizdy, więc wsunął rękę głębiej w jej majtki.
Twardą część dłoni zaraz pod nadgarskiem oparł na trzonie łechtaczki, miękkim wnętrzem obejmując sam żołądź i wargi mniejsze, a palcami powoli zmierzając ku wejściu do pochwy. Chwilę gładził i napierał na jego brzegi, później wsunął palce do jej wnętrza, opuszki kierując ku górze, aby sięgnąć sklepienia, na którym skupił później pieszczoty.
Dłuższy czas była mokra, to wiedział, jej pulsującego ciepła też się spodziewał, ale miękkość go zaskoczyła, z resztą jak zawsze, i wydusiła z niego cichy jęk.
Uważał, żeby przy dotykaniu jej nie pocierać za często o swoje krocze; przecież chciała od niego godzin, to byłoby antyklimatyczne.
Drugą rękę stabilnie trzymał między jej łopatkami, dociskał jej ciało do siebie. Przez to był zbyt blisko, żeby mógł patrzeć na jej twarz, ona też nie mogła patrzeć na jego. I dobrze z resztą - inaczej widziałaby po jego oczach, że błądził. Myślał o głuchych puszczach serbskich bezdroży, gdzie wył wilk i skrzeczał plugawy ptak nocy.
- Chciałbym, żeby to nie choroba mnie zabiła, tylko ty - wymruczał, poruszając ręką coraz szybciej i palcami sięgając coraz głębiej.