• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 … 12 13 14 15 16
późna jesień, 1968 || Astoria&Logan

późna jesień, 1968 || Astoria&Logan
Grave Digger
fire in my blood
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Smukły, wysoki mężczyzna o znudzonym spojrzeniu bladoniebieskich tęczówek, zazwyczaj taksuje obojętnie otoczenie. Nosi półdługie włosy w nieładzie, które często ii nieskutecznie przeczesuje palcami na tył głowy. Ubiera się bez zbędnego przepychu i elegancji, w wygodne czarodziejskie szaty. Na pierwszy rzut oka widać, że nie zależy mu na nienagannym wyglądzie.

Logan Borgin
#1
31.10.2022, 15:01  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.11.2022, 19:57 przez Logan Borgin.)  

późna jesień, rok 1968
Londyn



Come dance with us
Dance in the darkness
We've been waiting for you


Choć wtedy jeszcze nie mógł tego wiedzieć, ten grudniowy wieczór przechodzący w noc miał wiele zmienić w jego życiu.

Nad Londyn nadciągnęła późna jesień, której prawdziwe oblicze mogli poznać wyłącznie wyspiarze; drzewa dawno już zgubiły liście mieniące się we wszystkich odcieniach żółci i czerwieni, głównie po to, żeby teraz mogły stworzyć pod stopami przechodniów śliską, burą breję mieszającą się na bruku z błotem powstałym pod ciągłym naporem nieustępliwe zacinającego deszczu. Gęste, oleiste chmury wisiały nisko nad miastem, na długie dni i tygodnie pozbawiając jego mieszkańców widoku słońca oraz resztek nadziei na powrót romantycznych krajobrazów skąpanych w ciepłych barwach. Chłód tego wieczora był tak przenikliwy, że bez problemu przedzierał się przez gruby, wełniany płaszcz Logana i ostrymi szpilami wbijał się aż do szpiku kości.

A jednak to właśnie ta aura, ten spowijający świat i zdający nie nie mieć końca półmrok oraz odległe wrażenie nostalgii wydawały się być naturalnym dla niego stanem; otoczeniem zlewającym się w jedno ze smukłą, czarną sylwetką mężczyzny przecinającego opustoszałe uliczki magicznego Londynu.

Postawił wyżej kołnierz, żeby wiatr nie mógł tak łatwo wdzierać się w zagłębienie szyi i z rękami wciśniętymi głęboko w kieszenie pokonał ostatnie ciasne przecznice dzielące go od wysokiej, wąskiej kamienicy stojącej przy bocznej ulicy od alei Horyzontalnej. Kiedy znalazł się przed domem Crouchów, złapał kołatkę i zapukał mocno trzy razy w dębowe, solidne skrzydło drzwi. Czekał cierpliwie na przenikliwym chłodzie, aż wreszcie otworzył mu skrzat domowy Williama.

— Pan już czeka — oznajmił oficjalnie od progu i skłonił się nisko. — Proszę za mną, panie Borgin.

Bez słowa wszedł do hallu i podążył za stworzeniem, a drzwi wejściowe zamknęły się cicho za jego plecami na krótkie skinienie skrzata. Logan niedbałym gestem strzepnął z ramion osiadające się na wełnie krople siąpiącego deszczu, włosy opadające na czoło zaczesał na tył palcami równie nonszalanckim ruchem. Do gabinetu Williama wszedł chwilę później w milczeniu, z grobową miną, która jak zwykle nie zdradzała zbyt wielu emocji. Z panem domu powitał się niezbyt wylewnie. W końcu żadnemu z nich nie zależało na uprzejmościach; mieli sprawy do załatwienia.



some people are such treasures that you really
just wanna bury them
Widmo
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Astoria Trelawney
#2
31.10.2022, 15:06  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 31.10.2022, 15:11 przez Astoria Trelawney.)  

Lato minęło bezpowrotnie. Świadczyć miały o tym liście powoli odsłaniające szkielet drzew w ogrodzie za domem niczym bielejące w grobie kości ukazujące bezkres i siłę działania czasu. Jesień była tylko mrugnięciem powieki. Zima nadciągała bezlitośnie, tak samo, jak coraz większa monotonia i bezsens jej życia w tym wielkim zimnym domu. Nie lubiła go tak samo, jak nie lubiła swojego męża.

Oparta wygodnie w wielkim ciemnozielonym fotelu podziwiała przez okno coraz większy i smutny obraz cichej i powolnej destrukcji. Obok na stoliku stała filiżanka z parującą herbatą doprawioną odrobiną ognistej whisky, a książka na jej kolanach powoli przestała ją interesować. Zamiast tego przyglądała się leżącej obok filiżanki karcie tarota. Wzięła ją do ręki i zaczęła chwilę bawić się nią, spoglądając na zdobiony spód. Rydwan w jej dłoni właściwie nie miał większego znaczenia. Wiedziała, że musi coś zmienić, bo inaczej udusi się w złotej klatce ograniczeń, albo wykończy kogoś, kto w zasadzie na to nie zasłużył. Chociaż ta ostania wywłoka sprowadzona na noc przez jej pożal się Merlinie, mężulka zasłużyła sobie na to, by zlecieć ze schodów.

Oczywiście winą jej męża było sprowadzenie sobie kochanicy pod dach ich domu. Czara goryczy przelała się w momencie, kiedy to ledwie dorosłe dziewczę przekroczyło próg ich domu. Jego zawartość wylała się w momencie, gdy gówniara zaczęła zachowywać się, jakby cały ten dom i jego właściciel należał już do niej. Uśmiechnęła się na to wspomnienie. Szybko uświadomiła dziewczynkę, że jest kolejną zabawką, która nie może liczyć na miano żony, a tym bardziej na kolejną noc w tym miejscu. Nie jej winą było, że spadła ze schodów. Powinna uważać, wszak płacz i bieg nie powinny iść w parze.

Z rozmyślań wyrwał ją dźwięk walenia w drzwi. Kolejny z gości jej mężulka. Odłożyła kartę i książkę. Znów będzie musiała grać. Prezentować się jak lalka w pięknym pudełku. Znała doskonale tę rolę. William uwielbiał chwalić się młodszą żoną. Niczym trofeum. Nie miał tylko pojęcia, że nie jest jedynym łowcą w tym domu. Stanęła przy drzwiach, uchyliła je bezgłośnie i wtedy usłyszała Zmorka. Borgin. Przełknęła ślinę, czując jak pokryte lodem serce, na chwilę ożywa. Dosłownie na sekundę, by znów skryć się za bezpieczną taflą lodu. Musiała wrócić do roli.

Poszła się przebrać, poprawić makijaż. W lustrze nie było już widać cieni pod oczami, ale zmęczenie nadal odbijało się w oczach. Ciemnozielona sukienka z satyny nie pasowała jej kompletnie, lecz William uwielbiał mieć kontrolę, nawet nad tym, co nosi. Wszak musiała być perłą w koronie jego egocentryzmu, podkreślić narcystyczne upodobania. Gdy minęło odpowiednio czasu wyznaczonego przez jej męża, zapukała do gabinetu z tacą w dłoni. Do ust przyczepiła sztuczny uśmiech.

— Witam. Przepraszam, że przeszkadzam, ale jest dziś niezwykle chłodno, więc pomyślałam, że przyniosę coś na rozgrzanie.— Zagadnęła, siląc się na przyjemny ton, chociaż twarz jej męża rozmazała się w chwili, gdy ujrzała twarz jego rozmówcy. Czuła, że cała trzęsie się wewnątrz i ledwo odstawiła tacę z alkoholem na blat. Za nią skrzat odstawił tacę z herbatą i ciastkami, a ona czuła, że nie może oderwać oczu od znajomej twarzy. Ukryła dłonie za sobą, by nikt nie zobaczył, jak zaczęły drżeć.

— A to moja żona, Astoria — jak zza oddzielającej wody usłyszała głos swojego męża i poczuła obrzydzenie mieszające się z mdłościami, gdy jego ręka obejmowała ją w talii i przyciągała do siebie. Typowa gra przed obcymi. Tym razem coś się zmieniło. Może to jej niechęć, a może William poczuł zagrożenie, widząc, jak wpatruje się w Logana.

— Miło mi poznać — rzuciła, uciekając wzrokiem na męża i posłała mu wyuczony uśmiech, pod którym kryła się nienawiść. Po co go tu ściągnął? Czyżby coś wiedział? Nie możliwe. Zakończyła wszystko jeszcze przed oficjalnymi zaręczynami. Chyba że jej matka coś palnęła, lecz wątpiła, by jej mąż aż tak przejął się słowami wariatki. — Może nie będę przeszkadzać w interesach. Czy mam naszykować dodatkową zastawę przy stole? — Zapytała bardziej Logana niż własnego męża.

Grave Digger
fire in my blood
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Smukły, wysoki mężczyzna o znudzonym spojrzeniu bladoniebieskich tęczówek, zazwyczaj taksuje obojętnie otoczenie. Nosi półdługie włosy w nieładzie, które często ii nieskutecznie przeczesuje palcami na tył głowy. Ubiera się bez zbędnego przepychu i elegancji, w wygodne czarodziejskie szaty. Na pierwszy rzut oka widać, że nie zależy mu na nienagannym wyglądzie.

Logan Borgin
#3
31.10.2022, 15:09  ✶  

Zazwyczaj nie przychodził bezpośrednio do jego domu — narażało to ich obu ma dodatkowe niebezpieczeństwo, gdyby ktoś ich razem zobaczył i był zdolny powiązać pewne fakty — ale sprawa była o tyle pilna i poufna, że oto właśnie rozsiadał się na eleganckim, szerokim fotelu w skąpanym w półmroku gabinecie rozpraszanym tylko światłem kilku świec stojących na biurku Williama. Gospodarz ponaglił go ruchem dłoni, wciąż jeszcze nie odrywając wzroku od pergaminów, które nerwowo zapisywało jego magiczne, lewitujące pióro. Skrobanie stalówki o papier było więc jedynym dźwiękiem stanowiącym tło ich rozmowy.

— Transport z amuletami utknął w doku. Mam pełne prawo żeby podejrzewać, że ktoś życzliwy doniósł straży granicznej, w którym kontenerze należy szukać — Logan mówił cicho, głosem aż do bólu opanowanym i zimnym.

Chciał dodać, że tylko ich dwójka wiedziała o transporcie, chciał dać mu do zrozumienia, że z nim się nie zadziera, ale nie zdążył. Resztę słów z powrotem do gardła wepchnęło Loganowi ciche pukanie do drzwi. Posłał zleceniodawcy pytające spojrzenie spod uniesionych brwi, ale jedyną odpowiedzią miał pozostać lubieżny uśmiech rozciągający wargi mężczyzny. Borgin poczuł w boku ostre ukłucie irytacji; wszak przyszedł tutaj rozwiązać poważny problem, a nie stać się ofiarą żałosnych popisów starego dziada. Więc tak, gdzieś w głębi Logan dobrze wiedział, co zaraz zobaczy: młodą dziewczynę, którą William posuwa.

I choć wiele racji było w jego śmiałym założeniu — jednocześnie bardziej nie mógł się mylić. Ponieważ nigdy nie przypuszczałby, że za otwartym skrzydłem drzwiowym w blasku świec pojawi się twarz Astorii Trelawney.

Przyglądał się jej długo, bez słowa. Zbyt natarczywie. Mimowolnie dostrzegając różnice pomiędzy obrazem dziewczyny, jaki zapisał się w jego pamięci, a kobiety w ciężkiej sukni i z ciężkim spojrzeniem, która stała przed nim. William wyglądał na cholernie dumnego, ale jedyne nad czym zastanawiał się w tej chwili Logan to jak można być tak naiwnym żeby sądzić, że taką kobietę można po prostu posiadać i chwalić się jak zabawką.

— Mi również — odpowiedział wreszcie, w tej samej sekundzie przestając przyglądać się ich małemu przedstawieniu, choć nawet przez moment nie wyglądał na kogoś nim wielce zainteresowanego. — Choć muszę przyznać, że kojarzę panią jeszcze z czasów nauki w Hogwarcie.

Nie miał pojęcia dlaczego Astoria udawała, że nie nie znają. Był świadom, że musiała mieć w tym jakiś interes, ale ów interes nijak go nie dotyczył. I miał to w dupie. Nie potrafił więc powstrzymać się przed tą jawną wyłącznie dla Astorii prowokacją; zdawał sobie sprawę, że różnica wieku między nimi była na tyle duża, żeby William nie miał szans wiedzieć co naprawdę ich łączyło — i jak wiele ponad kojarzenie się to było — więc Logan czuł nie niemal bezkarny. Niemal. Zdawał sobie z tego sprawę, kiedy jego spojrzenie wciąż tkwiło beznamiętnie, wręcz powierzchownie zawieszone na sylwetce kobiety.

— Nie trzeba. Nie zostanę tak długo — odparł lakonicznie na jej propozycję, sięgając po szklankę z alkoholem leżącą na przyniesionej przez kobietę tacy. Oczywiście nie zniżył się do podziękowania na tak szczodrą ofertę.

Miał nadzieje, że William był chociaż na tyle rozsądny, żeby tak jak on nie chcieć łączyć życia biznesowego z prywatny. Dość już się naraził przychodząc tutaj i nie zamierzał pod ich dachem spędzać ani jednej minuty, która nie była koniecznością. Poza tym jeszcze tego Loganowi było trzeba na liście problemów obok przechwyconego, bardzo cennego transportu, który trzeba będzie wyrwać siłą; pchać się na kolację w ciepłej, rodzinnej atmosferze.



some people are such treasures that you really
just wanna bury them
Widmo
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Astoria Trelawney
#4
31.10.2022, 15:14  ✶  

Teatrzyk odegrany. Logan również spisał się w swojej roli, którą jej mąż mógł uznać za perfekcyjną. Od każdego oczekiwał bycia podnóżkiem, który nie będzie wadzić w jego życiu, a pojawi się w idealnym momencie, by pomóc mu, kiedy pojawi się kolejny cel. Nie wiedział jednak, że siedzący po drugiej stronie biurka mężczyzna nie nie nadaje się do tego, nie zegnie karku, kiedy William będzie tego oczekiwał. Już w szkole działał na pograniczu prawa, ale jeśli chodziło o jego osobę, nigdy się nie płaszczył, przed nikim. Nie uznawał autorytetów i to wtedy podobało się jej w Loganie i w sumie chyba nadal to szanowała. Może były to tylko przerysowane wspomnienia, które przychodziły nieraz w trakcie nocy, gdy długo nie potrafiła zasnąć. William był raczej typem, który miał się za wielką rybę, szkoda tylko, że w małym stawie, a kiedy pojawiał się ktoś wyższy od niego w szczeblach władzy, bez oporów próbował wsunąć się w jego łaski.

Skoro jednak jej rola została tu zakończona, postanowiła wrócić do swojego szarego życia.

— Faktycznie, w szkole człowiek poznaje tyle osób, że czasem ciężko spamiętać wszystkie twarze. Inne zaś ciężko wyrzucić z pamięci — rzekła tajemniczo, odbijając piłeczkę tego niewidzialnego niemal wyzwania i miękko odsunęła się od męża, wręcz niezauważalnie strącając jego dłoń ze swojej talii. Nadal jednak nie spuszczała wzroku z twarzy Logana. Jakby chciała doszukać się w niej tego samego mężczyzny, którym był kilka lat temu.

— W takim razie przepraszam za przerwanie rozmowy — skierowała się do wyjścia i opuściła je na miękkich, trzęsących się przez emocje nogach. Co właściwie czuła? Wstyd? Ból? Nie wiedziała jak określić to wszystko. W sumie odcięła tamto życie grubą kreską w dniu zakończenia szkoły, gdy matka obwieściła jej, że ma już plan na jej życie i jeśli nie zgodzi się na jego realizację, to ucierpi cała rodzina. Wiedziała, że z rodzicielką nie ma żartów. Przekonała się o tym boleśnie, kiedy ta dowiedziała się o niekoniecznie platynowej relacji z tym nieodpowiednim towarzystwem-jak miała w zwyczaju określać właśnie Borgina. Nawet ojciec nie potrafił zdziałać nic na tą furię.

Niemal automatycznie dotarła do swojej sypialni, tam oparła się o drzwi i przez chwilę myślała, nerwowo skubiąc skórki przy dłoniach. Czego jej mąż oczywiście nienawidził, bo to nie wygląda dobrze i reprezentatywne.

— W nos się cmoknij z tym swoim pokazem — szepnęła, patrząc w okno. — Zmorek — rzuciła tylko w powietrze i nagle obok niej pojawił się mały skrzat. Towarzysz jej niedoli, który tak samo, jak i ona przywiązany był do tego domu niewolniczą nicią.

— Wychodzę. Pan zapewne jak zwykle je w swoim gabinecie. — Nie zostawiła informacji, gdzie wychodzi. Wszak, jeśli nie mieli gości, William nie interesował się jej życiem, a ona nie zamierzała naprzykrzać mu się wspólnymi posiłkami.

Szybko przebrała się w wygodniejsze czarne luźne spodnie, wyglądające niemal jak spódnica do samych kostek. Czarny sweter i płaszcz w tym samym kolorze. Z domu wyszła tylnym wyjściem i czekała, aż Borgin opuści ich dom. Skrywała się pod parasolem, dopasowanym do jej stroju. Gdy wyszedł po jakimś czasie, zaczęła za nim kroczyć. Nie kryła się, więc pewnie widział, że ktoś go śledzi.

— Na twoim miejscu zrezygnowałabym — rzuciła, rozglądając się po opustoszałej ulicy. — Nikt nie wychodzi dobrze na zadawaniu się z nim. — Nie wiedziała, czemu to robi, czemu ostrzega dawnego kochanka, przecież życie popłynęło dalej, może czuła się w jakiś sposób zmuszona odpłacić Loganowi za zniknięcie. Chociaż to dziwne, przecież nigdy nic sobie nie obiecywali, nie mieli zobowiązań w stosunku do siebie. Czy to ta mityczna nić sympatii, resztki przyjaźni i szacunku? Może jednak coś więcej, coś, czego brakowało jej od tylu lat.

— A poza tym. Miło znów ujrzeć twoją jakże uroczą podejrzaną buźkę— dodała, unosząc kącik ust.

Grave Digger
fire in my blood
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Smukły, wysoki mężczyzna o znudzonym spojrzeniu bladoniebieskich tęczówek, zazwyczaj taksuje obojętnie otoczenie. Nosi półdługie włosy w nieładzie, które często ii nieskutecznie przeczesuje palcami na tył głowy. Ubiera się bez zbędnego przepychu i elegancji, w wygodne czarodziejskie szaty. Na pierwszy rzut oka widać, że nie zależy mu na nienagannym wyglądzie.

Logan Borgin
#5
31.10.2022, 15:15  ✶  

Czuł na sobie ciężar spojrzenia Astorii. Zrozumiał oczywiście aluzję; inny człowiek może uśmiechnąłby się na jej dźwięk albo zareagował jakimś uprzejmym skinieniem głowy, ale Logan nie zrobił zupełnie nic. Był jak zimna, stateczna bryła lodu, której myśli nie dało się odczytać i która zdawała się nie posiadać emocji. Nie podjął dalszych prób dowiedzenia się czegoś więcej o tej specyficznej sytuacji, w jakiej postawiła go Astoria, wyglądał też jakby zupełnie przeoczył fakt, że kobieta wyrwała się z uścisku swojego dumnego męża oraz moment, w którym cień niezadowolenia przebiegł po twarzy Williama.

Choć w rzeczywistości miał emocje i wcale nie przegapił żadnej z tych drobnych oznak, że coś zgrzyta i trze w mechanizmie, który powinien być przecież naoliwiony.

Nie jego piaskownica, nie jego zabawki. Nie jego interes. Już od wielu lat; i wcale nie myślał o tym z nostalgią ani z żalem, bo od dawna nie odnajdywał w sobie żadnego z tych uczuć. Wszystko co ich łączyło, dawno minęło i nawet jeśli ktoś ponosił za to odpowiedzialność, Logana po prostu już to nie obchodziło na tyle, żeby dociekać. Za to ona wyglądała na poruszoną bardziej niż należało — co mogło dać do myślenia jej mężowi jeśli nie był skończonym idiotą, choć wiele na to przecież wskazywało — i dlatego przeklinał w duchu, że postanowił zjawić się w domu Williama tego wieczora.

Odczekał, aż Astoria wyjdzie, a wtedy znów się odezwał:

— Tylko my wiedzieliśmy o transporcie. Chcesz mi coś powiedzieć?


Wyszedł z kamienicy około dwie godziny później i ruszył przed siebie. Zmienił docelowy kierunek dopiero, kiedy zorientował się że jest śledzony, ale panika o wykryciu szybko minęła; wiedział, że to ona nawet zanim zdążyła się odezwać i tonem głosu upewnić w tym przekonaniu. Znał ten krok, a może po prostu łudził się, że Astoria zrozumie jego uparte milczenie tam, w gabinecie i zgodzi się na przedstawioną niemo propozycję rozmowy w cztery oczy. Jakikolwiek nie był powód, ukłucie uzmysłowiło mu własną satysfakcję.

Zwolnił nieznacznie kroku, aż w końcu zupełnie się zatrzymał. Ale nie odwrócił się w stronę idącej za nim kobiety.

— Doprawdy? — Jeden kącik ust uniósł się w krzywym uśmiechu, ledwie dostrzegalnym nawet w warunkach pełnego oświetlenia, a co dopiero na tonącej w mroku nocy ulicy. Poza tym w tej pozycji Astoria i tak nie mogła zobaczyć wyrazu jego twarzy, choć z pewnością mogła wyczytać go z tembru jego głosu. O ile jeszcze znała go na tyle; o ile oboje nie zmienili się za bardzo. — To bardzo interesująca konkluzja z ust kogoś, kto wyszedł za niego za mąż.

To w żadnym wypadku nie był wyrzut; Logan był na nie zbyt dumny i zbyt mało zainteresowany. Ot, błyskotliwa riposta przyjmująca formę sarkazmu, ponieważ nigdy nie ufał ludziom, którzy ostrzegali go przed osobami, z którymi sami obcowali na co dzień. Oczywiście niezależnie od jakichś sentymentalnych dawnych lat, o których myśl na niego nie wpływała emocjonalnie, Logan nie zamierzał jej ufać — z resztą niewiele osób cieszyło się tym przywilejem — ale zainteresował go sam fakt takiej przestrogi. Rozumując na szybko, widział dwie możliwości: albo była to część jakiejś większej, niezrozumiałej jeszcze dla niego gry… Albo nieszczęśliwe małżeństwo dopadło nawet kogoś takiego jak Astoria Trelawney. Czy raczej Crouch.

— Nie mam w zwyczaju chodzić do domów swoich klientów — odezwał się nagle, a powieka mu nawet nie drgnęła, kiedy nazwał Williama swoim klientem. — Wiesz dlaczego?

Pytanie to zawisło w powietrzu gdzieś przed nim, wraz z parą wydobywającą się z ust mężczyzny przy każdym oddechu. Temperatura spadła przez te kilka godzin, które zmarnował w ich domu i zapewne o tej porze osiągnęła już swój najniższy dobowy poziom. Deszcz moczył wełniany płaszcz Logana, włosy niesfornie opadające na czoło przyklejały się pod jego wpływem do twarzy, a z nich wąskimi stróżkami spływały po policzkach i szczęce, żeby ostatecznie kapać na bruk wraz z nasilającym się opadem. Mógł rzucić zaklęcie albo użyć czegoś tak przyziemnego jak parasol. A mimo to nie zrobił nic, żeby schronić się przed deszczem.

Odwrócił się wolno przez ramię, a następnie na pięcie, ustawiając się dopiero teraz przodem do kobiety. Jemu nie było miło; jemu nie zależało na uprzejmościach.

— Właśnie dlatego — odpowiedział niezależnie od tego czy Astoria w rzeczywistości była jego wyjaśnieniem zainteresowana, jednocześnie nonszalancko machnąwszy ręką w kierunku jej sylwetki. — Bo ich życie prywatne nie powinno mnie widzieć ani proponować kolacji. Bo ich życie prywatne nie powinno mnie obchodzić.

A tutaj, cóż, mieli do czynienia z wyjątkowym konfliktem interesów.



some people are such treasures that you really
just wanna bury them
Widmo
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Astoria Trelawney
#6
31.10.2022, 15:21  ✶  

Wydawać by się mogło, że dzieliły ich lata świetlne od tamtych chwil w szkole, gdzie w zasadzie chyba w ciągu całego swojego życia była naprawdę szczęśliwa. Teraz jednak minęło całkiem sporo, kilka lat, w zasadzie całe morze czasu, które zalało ją falami, sprawiając, że Zimno, wiatr ani deszcz nie przeszkadzały jej. Słysząc kąśliwą uwagę z jego ust, jedynie się uśmiechnęła. Pogardliwie, nie wiedząc, czy był to odruch dawnych lat, czy może pogarda wylewana na samą siebie.

— To bardzo ciekawe słyszeć taką uwagę od kogoś, kto pracuje dla niego. — odparła.— Los nie zawsze układa się tak, jak my chcemy. Czasem musimy. — Dodała tajemniczo.

Obserwowała jego sylwetkę, próbując powiązać ją z którymś ze wspomnień, ale się w zasadzie nie dało. Zmienił się od czasów szkoły. Rozrosły się ramiona, może i podrósł nieco. Jego głos zmężniał jeszcze bardziej, ale to nie to zmieniło się w nim najbardziej. Mrok. Było go wokół jego osoby jakby więcej, tej słodkiej woni tajemnicy, która rozlewała się na języku, kropla po kropelce jak najmocniejszy alkohol pobudzając swoją goryczą i uzależniając efektem. To coś, co przyciągało ją do niego w szkole, nadal działało, albo właśnie chciała, żeby działało w pustej rutynie codzienności.

Nie speszyła się, gdy odwrócił się w jej stronę, wręcz przeciwnie. Z uniesioną głową, patrząc wprost na jego twarz. Obrysowała wzrokiem szczękę, po której spływały krople deszczu, podkreślając jej ostrość, tak przyjemnie inną w porównaniu z twarzą jej męża, którą nieraz chciała pociąć nie tyle zaklęciem ile własnymi pazurami. Jednak to w jego oczach był największy mrok, największa zagadka. Nie pozwoliła sobie jednak, na długie studiowanie tego, co widziała. Zamiast tego spojrzała na jego stopy i powróciła powoli do twarzy. Wwiercając spojrzenie, w jego oczy. Uśmiechnęła się, ukazując biel zębów.

— Nie podoba ci się to prawda? Bo ich życie nie powinno cię interesować — uśmiechnęła się bezczelnie. — A podejrzewam, że coś cię jednak zaintrygowało. Wszak, gdyby tak nie było, już dawno teleportowałbyś się gdzieś daleko i nie pozwolił mi iść za tobą. — Odbiła piłeczkę, śmiejąc się delikatnie. Nagle jednak przestała.

— Znajdziemy jakieś spokojne miejsce, żeby porozmawiać, czy masz zamiar boczyć się na ulicy jak nastolatek? — zapytała i bezceremonialnie złapała go za łokieć, prowadząc w stronę jakiejś niewielkiej, nie uczęszczanej przez ludzi uliczki. Jedynymi świadkami ich rozmowy mogły być wyłącznie dzikie koty, które kobieta regularnie dokarmiała.

— Idziemy — niemal rozkazała. Jeszcze raz machnęła różdżką, by odegnać od nich deszcz i ciekawskie spojrzenia.

— Przechodząc do rzeczy, radzę wycofać ci się z interesów. Nie jesteś pierwszym, którego zapewne wykończy. Już to planuje. Najpierw pojawiają się problemy z transportami, z dostawami lub inne niewielkie problemy. Później rozrasta się to do rangi problemu. — Zagryzła wargi.

— To jego taktyka. Widzę ją od lat. Wykorzystać i zostawić, gdy się nie opłaca lub znudzi — westchnęła. — Sama jestem jednym z takich jego trofeów. Jedynie ustawionym na dobrym piedestale, niemal nie do stracenia, bo moja pozycja zapewnia mu spokój na salonach — prychnęła.

— Jak jebany ptak w klatce, mam patrzeć na to wszystko z boku i ładnie śpiewać, kiedy trzeba. — wypaliła, spoglądając na w mężczyznę. Owszem miała cel w tej rozmowie, ale może zwyczajnie potrzebowała wylać jad, który zbierał się w niej od tylu lat i nie mogła tego powiedzieć zbyt wielu osobom, by ich nie narazić. Logan jednak nie był narażony, właściwie to on w tym zestawieniu był wężem, który mógł pokąsać jej męża. Wszyscy wiedzieli, czym zajmują się Borginowie.

Grave Digger
fire in my blood
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Smukły, wysoki mężczyzna o znudzonym spojrzeniu bladoniebieskich tęczówek, zazwyczaj taksuje obojętnie otoczenie. Nosi półdługie włosy w nieładzie, które często ii nieskutecznie przeczesuje palcami na tył głowy. Ubiera się bez zbędnego przepychu i elegancji, w wygodne czarodziejskie szaty. Na pierwszy rzut oka widać, że nie zależy mu na nienagannym wyglądzie.

Logan Borgin
#7
31.10.2022, 15:23  ✶  

Była różnica: on jej nie ostrzegał przed kontaktami z Williamem. Ale Logan darował sobie tą uwagę, nie lubił marnować śliny, a nie widział sensu w ciągnięciu tych słownych utarczek, które nagle wydały się dziecinne, jakby wyrwane z czasów, od których dawno nie należeli. Zamiast zirytować, uwaga raczej go rozbawiła, ale odpuścił kontynuowanie tematu, bo na to również był zbyt mało zainteresowany.

Jej śmiech i nagła, kontrastująca z nim mocno powaga były wreszcie zarysem czegoś, co znał — kształtem dawnej Astorii, z którą zadawał się w Hogwarcie. To lodowaty chłód oraz rozpalone szaleństwo splatające się w jedno w jej osobie były tym, co najbardziej go w niej interesowało; nienaturalnie przerysowane u innych, dla niej wydawały się być czymś zupełnie naturalnym. Czymś, czemu Logan uwielbiał się przyglądać dawno temu. I czymś, w czym ku swojemu całkowitemu zaskoczeniu odnalazł nikłą przyjemność również teraz.

— Faktycznie, to jeden z tych przypadków, w których pojawiło się zainteresowanie — odparł cicho, a jego oczy zdawały się błyszczeć przez ułamek sekundy.

Jej nagła bliskość i bezceremonialne rozkazy go zaskoczyły, ale jeszcze większą konsternację wprawił go wartki potok słów, który wylał się całym strumieniem wprost na niego. Nie rozumiał po co kobieta mówiła mu to wszystko, tak chaotycznie i pozornie bezcelowo — w końcu byli dla siebie obcy. Mimo wszystko. Choć przynajmniej dzięki temu mógł podejrzewać, że padło na nieszczęśliwe małżeństwo. Prawdopodobnie każdy przeciętny człowiek posiadający chociaż odrobinę empatii poczułby przykrość na myśl o jej podłym losie, kiedy tak go przedstawiała.

Ale on dawno już nie odczuwał litości, dla nikogo.

— Daruj sobie. Bardziej ci do twarzy z tym bezczelnym uśmiechem i hardo zadartym podbródkiem niż z wypłakiwaniem się w moje ramię — syknął jadowicie, po czym krótkim szarpnięciem wyrwał rękę z uścisku Astorii. Nie lubił, kiedy ktoś nachalnie zakłócał jego nietykalność cielesną w ten sposób… Nie, Logan tego nienawidził. I nie miało najmniejszego znaczenia kto był jego źródłem, bo on nie zamierzał nikomu dać sobą pomiatać. Astoria powinna była o tym wiedzieć; a może celowo ten fakt zignorowała. Choć dłużej go nie trzymała, Logan nie zrobił ani kroku w tył. Wręcz przeciwnie, bardzo mu ta bliskość pasowała, bo mógł mówić cicho, a przede wszystkim widzieć każdy cień przepływający przez twarz kobiety stojącej naprzeciwko. — Uważasz, że nie poradzę sobie z kimś takim jak twój szanowny mąż? — prychnął lekceważąco i w tym krótkim dźwięku oraz w brzydkim grymasie wyginającym wargi zawarła się cała jego pogarda. — W takim razie patrzysz, ale w ogóle nie dostrzegasz. Jestem już duży, dzięki za troskę, ale dam sobie z nim radę.

Urwał, zawiesił głos i wbił spojrzenie wprost w jej oczy. Przenikliwe, jakby chciał siłą wedrzeć się do jej umysłu i wyżłobić jego najgłębsze zakamarki. Aż wreszcie jego wargi rozciągnął złowieszczy uśmiech.

— Czy może to jedynie ten śpiew, który wydobywa się z twojego gardła na  j e g o  specjalne życzenie? — Mówił to wolno, kładąc szczególny nacisk na to jedno słowo, w którym brzmiała największa odraza.

W jego zawodzie paranoja była wszyta pod skórę i wręcz niemożliwa do wyzbycia się, a brak zaufania do kogokolwiek był jedyną szansą nie tyle na przetrwanie, co rozwój i ewoluowanie. Dla niego był czymś naturalnym; a dla niej? Żyła pod jednym dachem z człowiekiem takim, jak Logan — a przynajmniej bardzo podobnym — więc musiał założyć, że nie zostało w niej wiele zaufania do ludzi. Nawet w szkole nie miała jego nadmiaru i nigdy nie robiła rzeczy tylko po to, żeby zyskać czyjąś uwagę. Zawsze na uboczu, zawsze zimna, jak na prawdziwą Królową Śniegu przystało.

— A ranga problemu? Problemu zawsze można się pozbyć, Trelawney.



some people are such treasures that you really
just wanna bury them
Widmo
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Astoria Trelawney
#8
31.10.2022, 15:27  ✶  

Z pewnym żalem, a może nawet sporym zawiedzeniem poczuła, jak wyrywa swoje ramię z jej uścisku. W zasadzie patrząc na to, jak dawniej byli blisko, ale to było dawno temu. Minęło trochę lat, cały potok uczuć, niewypowiedzianych słów. Chociaż była w niej jakaś mała cząstka mając złudną nadzieję, że została między nimi ta jedna malutka nić porozumienia. Fakt zignorowała to, że Logan nie tolerował dotyku, ale przecież dawniej można było ich określić czymś na wzór przyjaciół. Toksycznych, zaborczych i będących czasem w bardziej, nawet dużo bardziej zażyłych stosunkach niż przyjaciele być powinni. Może dlatego z takim utęsknieniem wracała do tamtych chwil, zwłaszcza w trakcie zimnych nocy, które spędzała zamknięta w swojej sypialni i otulała się szczelnie puchatą kołdrą.

Jedyną rozrywką wtedy były wspomnienia, nie zapalała nawet światła, nie chcąc prowokować pijanego Williama, któremu czasem zdarzało się przypomnieć sobie, że ma żonę i dobijać się do zabezpieczonych zaklęciem drzwi, bo jego kolejna kochanka mu się znudziła. Stał wtedy pod drzwiami, krzyczał i walił w ni do czasu, aż mu się nie znudziło. Nudziło mu się to rzadko, częściej zasypiał pod nimi w pijackim zamgleniu, lub zdenerwowana Astoria spacyfikowała go odpowiednim zaklęciem. Raz jeden pojawiła się u rodziców, ale matka, widząc ją w salonie dostała szału i przystąpiła do klasycznego ataku oskarżeniami. Gdy to nic nie dało, bo córka i mąż odpierali jej argumenty, użyła siły. Ojciec próbował ją uspokoić, ale sam wtedy nieźle oberwał. Dla świętego spokoju postanowiła więc nie prosić więcej rodziców o pomoc. Przynajmniej do czasu, aż jej matka nie wylądowała na zamkniętym oddziale. Po tym ojciec przyjmował ją w domu, nie komentując, nie pytając. Jakby był biernym pionkiem szarej codzienności.

— Cieszy mnie w takim razie, mogłam darować sobie ten rozmiękły wstęp. Mój mąż to specyficzny rodzaj gada. Niby żywiący się mrokiem, oślizły i zmuszony żyć w kanałach, ale niestety. Ma wiele znajomości w słońcu prawa i potrafi załatwić kogoś w jego palącym świetle. Można go uznać za pasożyta chowającego się za kołnierzami innych, spijając ich krew jak śmietankę. — Odparła, uśmiechając się tajemniczo i wpatrując gdzieś w przestrzeń, obok jego ramienia. Jednak jakby zupełnie nie widziała obecnego świata, a zupełnie inny wymiar.

— Nie muszę patrzeć, żeby widzieć, nie muszę dostrzegać, by wiedzieć. Zapomniałeś Loganie, że niektórzy czasem są ponadto co fizyczne, nieograniczeni ramami. Tak zwyczajnie nie są…— nagle świadomość w jej wzroku powróciła. Spojrzała na mężczyznę i tajemniczy uśmiech, zmienił się w ironiczny chichot.

— Nie musisz mi ufać, w zasadzie, czy my kiedykolwiek sobie ufaliśmy? — zapytała, unosząc brew w geście pewnego zwątpienia. — Teraz jednak najwyraźniej mamy wspólny c e l. — Zaakcentowała ostatnie słowo, podobnie jak on, jednak nie użyła w nim takiej pogardy i jadu. U niej niosło to znamiona bardziej kuszące, może wręcz nieco kokieteryjne i uwodzące. Pociągłe spojrzenie i zawadiacki uśmieszek dodatkowo mogły zwodzić. Po chwili jednak wyprostowała się jak struna i znów jej twarz przybrała neutralny wyraz.

— W końcu przechodzi pan do sedna panie Borgin. — westchnęła cicho. — Mamy problem. Oboje. Kłopocik, którego należałoby się pozbyć, lecz tak, by wyglądało to dość naturalnie. — Przystanęła we wnęce budynku, która kiedyś musiała być wielkim oknem. Teraz zamurowana zapewniała kilka centymetrów osłony przed deszczem i ciekawskim wzrokiem przechodniów z głównej ulicy. Nikt jednak nie zapuszczał się w te tereny o tej porze, chyba że jakiś wariat, albo ludzie prowadzący nie całkiem przyjazne interesy. Z kieszeni wyciągnęła eleganckie, zdobione motywem winorośli pudełko na papierosy. Otworzyła je i wyciągnęła je w kierunku ciemnowłosego. Sama raczej popalała, bo nie wypadało idealnej modelowej żonie pokazywać się z fajką w zębach, więc była to jedna z zakazanych przyjemności. Odpaliła swojego papierosa końcówką różdżki i zaciągnęła się delikatnie.

— Niewiele się zmieniłeś — zagadnęła, wpatrując się w niego. — Charakter nadal jest szpetny jak u bazyliszka. — Prychnęła delikatnym śmiechem.[/b]

Grave Digger
fire in my blood
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Smukły, wysoki mężczyzna o znudzonym spojrzeniu bladoniebieskich tęczówek, zazwyczaj taksuje obojętnie otoczenie. Nosi półdługie włosy w nieładzie, które często ii nieskutecznie przeczesuje palcami na tył głowy. Ubiera się bez zbędnego przepychu i elegancji, w wygodne czarodziejskie szaty. Na pierwszy rzut oka widać, że nie zależy mu na nienagannym wyglądzie.

Logan Borgin
#9
31.10.2022, 15:29  ✶  

Korzystając z bliskości, przyglądał się twarzy Astorii z wyjątkowym skupieniem, dlatego z łatwością dostrzegł w niej coś dziwnego; coś, co było w niej już wtedy, w szkole. Jej słowa też brzmiały wyjątkowo  m i s t y c z n i e  choć sam Logan nigdy nie wierzył w przepowiednie ani w trzecie oko. Ufał tylko faktom, a przeczucia i przypuszczenie pozostawiał ludziom ułomnym.

Ale chwilę później jej spojrzenie znów się wyostrzyło.

Tak, z pewnością William miał układy z aurorami, pracownikami Ministerstwa i politykami; miał plecy, które kryły go w sytuacjach tak niezręcznych jak przyłapanie na gorącym uczynku z łapą na kradzionych albo nielegalnie importowanych amuletach pochodzących z Czarnego Kontynentu. Miał zaplecze w postaci małego majątku i znanego nazwiska, a do tego posiadał dwie cechy, które zestawione, tworzyły bardzo niebezpieczną kombinację: słaby kręgosłup moralny i oślizgły intelekt. Ale, choć może na pierwszy rzut oka na to nie wyglądał, Logan też to wszystko posiadał. Dlatego gra między nimi toczyła się na równych zasadach, startowali z tej samej pozycji, choć w gruncie rzeczy William był jego zleceniodawcą.

Aczkolwiek nie mógłby nie przyznać, że zmartwiły go dodatkowe kontrole i towar zatrzymany przez celników w Londyńskim porcie nad Tamizą. Jeśli w tym co mówiła Astoria było choć ziarno prawdy, Logan w gruncie rzeczy mógł okazać się wcale nie taki sprytny, za jakiego się uważał. Mimo wszystko pozostawało dotychczas wciąż niewypowiedziane na głos pytanie i jednocześnie bardzo istotna kwestia: Dlaczego Astoria mu to wszystko mówiła? Nie potrafił z siebie wykrzesać nawet iskry zaufania aż do momentu, w którym kobieta znów się odezwała, bez słów podając mu odpowiedź na tak zadane pytanie, zupełnie jakby potrafiła mu czytać w myślach. Nie wtrącając się jej w słowo, wysłuchał uważnie wszystkiego. Zrozumiał.

Wtedy też ubogą dotychczas mimikę Logana urozmaicił bardzo, bardzo brzydki uśmiech, który nie mógł sugerować niczego dobrego.

— Czy to już ten moment, w którym wspominam, że ty nadal jesteś tak samo piękna? — zapytał ironicznie, również otwarcie patrząc wprost na nią.

Grzeczności nie były jego mocną stroną, zapewne dlatego, że nigdy na nie nie zważał i nie przykładał się do nauki towarzyskich formułek używanych na salonach. Co innego jeśli chodziło o flirt; a rozmawianie z Astorią w bocznej, tonącej w mroku nocy uliczce o śmierci jej męża dla Logana nieodzownie wiązało się z flirtem.

— Mamy wspólny cel… — powtórzył po niej, wolno cedząc słowa i opanowując grymas wykrzywiający wargi. Obracał zaoferowanego przez kobietę papierosa wciąż między palcami, jeszcze nie biorąc go do ust, choć głód nałogu odezwał się w nim mentalnym ssaniem wręcz błagającym o zaciągnięcie się dymem tytoniowym. Przypomniał mu, że nie zapalił od momentu przekroczenia progu kamienicy Crouchów, co było okresem zdecydowanie zbyt długim jak dla Borgina. — Kiedy tak przedstawiasz sprawę, nie sposób się z tobą nie zgodzić. A więc szczęśliwie się złożyło, że znalazłem się u was w domu akurat tej nocy.

Zamilkł na moment, ważąc na języku ciężar słów, które zamierzał wypowiedzieć. Wziął papierosa między wargi i podpalił go, a dym wypełniający płuca był wręcz kojący. Powoli wypuścił go z płuc, pozwalając zmieszać się z nieustępliwie siąpiącym deszczem.

— Cena za taką prośbę będzie wysoka. Jesteś tego świadoma?



some people are such treasures that you really
just wanna bury them
Widmo
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Astoria Trelawney
#10
31.10.2022, 15:40  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 31.10.2022, 15:47 przez Astoria Trelawney.)  

Oparła się plecami o wilgotną ceglaną ścianę, nie przejmując się brudem i zimnem. Bardziej obchodziło ją tu i teraz, wiatrem, który zaciekle ciął suchą skórę na zaczerwienionych policzkach, dźwiękami deszczu odbijającymi się o różne przedmioty wokół nich. Jakby nagle świat nabrał dużo więcej wyrazu niż zazwyczaj była w stanie dostrzec. Jakby powoli zaczynała budzić się z dziwnego letargu. Wpatrując się w twarz towarzysza, wciągnęła dym do płuc, pozwalając mu rozlać się po nich niczym zbawiennej truciźnie skracającej jej męczeństwo, chociaż o kilka minut. Błogi smak wolności, papierosy i kawa podlana czymś mocniejszym, co pozwala patrzeć, na znienawidzą twarz męża. Teraz jednak w zapachu papierosów było coś innego. Powiew przeszłości, lekki aromat wspomnień, a może i jakiś nowy smak, którego nie potrafiła jeszcze nazwać.

W zasadzie ta gra, która zaczęła się między nimi tak niespodziewanie, podobała się jej, w jakiś szalenie nielegalny sposób, wręcz grzeszny było to pociągające. Mówienie o śmierci z jednoczesną, ledwie dostrzegalną nutą flirtu. Czy można było to nazwać w ten sposób? Może teatrzykiem ironii i wzajemnego podpuszczania? Sama nie widziała, ale nie chciała teraz męczyć głowy tymi pytaniami. Po co? Zamiast tego uśmiechnęła się od ucha do ucha, krzyżując ręce na piersi i strzepując popiół, uważając, by nie przypalić lub nie ubrudzić ubrań. Rozmazała butem szary proszek, tworząc smugę na mokrym chodniku.

— Rzekłabym, że nawet bardziej — odparła bezwstydnie, odrzucając włosy. — Czy to już ten moment, kiedy idziemy, kulturalnie wypić nieco więcej ognistej niż planujemy? — zapytała, nie kryjąc złośliwego uśmieszku. Podkręcając grę i sprawdzając, ile może sobie pozwolić. Słuchając dalszej części jego wypowiedzi, przyglądała się papierosowi uwięzionemu w jego palcach i tylko westchnęła. Czy on nie wiedział, że wszystko ma swoje miejsce i czas, że możemy wykorzystać, to co daje nam los, lub zrezygnować, że wszystko było zapisane, ale to my jednocześnie zdecydowaliśmy o ścieżkach, jakimi pójdziemy? Gwiazdy miały swoje przesłanie, karty ostrzeżenia, a on nadal nie wierzył w jego dary. Może była to jej rodowa klątwa, może zwyczajnie chciała w to wierzyć i doszukiwać się znaków, albo się pocieszyć. Szukać innego wyjaśnienia swojej sytuacji i bierności, na którą pozwoliła sobie kilka lat temu, tej niszczącej jej codzienność i ją całą.

— A może to nie szczęście? Może tak zwyczajnie miało być. — Stwierdziła. — Mówiłam ci wiele razy, że przyszłość czasem daje pewne znaki. — Kolejne zaciągnięcie, równie smakowite co poprzednie, bezwstydne spojrzenie w jego oczy.

Przez chwilę pozwoliła, by dym wypływający ze zgrabnych, piękne wyciętych ust towarzysza zawisł między nimi tak samo, jak słowa, które wypowiedział. Cena? Wysoka? Płaciła ją codziennie, budząc się w klatce, z której nawet nie próbowała uciec, pozorna swoboda, którą dostawała, drażniła coraz bardziej. Idealne, baśniowe życie, którego zazdrościli jej ludzie z zewnątrz. Idealna ulica, zielone krzaczki przed pięknymi, lakierowanymi drzwiami ze złotymi kołatkami. Wspaniałe domy, a w środku pod warstwą białej tapety, śmierdzące grzybem i zepsuciem tajemnice. Wypełnione czarną breją nienawiści nie tylko do męża, ale i siebie samej. Kiedy odkryła, że zaczyna z coraz większym obrzydzeniem patrzeć na siebie, zrozumiała, że musi coś z tym zrobić. Jednak rozwód nie wchodził w grę. William na to nie pozwoli. Nie zgodzi się na taką skazę na swoim wizerunku, wiedziała, że albo zostanie, albo odejdzie zapakowana w drewnianą skrzynię. Albo ona, albo on. Wybór był prosty i dla niej oczywisty.

— A czy jest zbyt wysoka cena, jaką można zapłacić za wolność? — odpowiedziała pytaniem na pytanie. — Ile można poświęcać samego siebie? Oglądać młode siksy próbujące panoszyć się przed tobą, robić za jedną z tych drogocennych porcelanowych figurek ustawionych nad kominkiem i wyciąganych, gdy przychodzą goście. — Poczuła, jak zaciska szczękę. Nerwowo zaciągnęła się kolejny raz. — Nie ważne ile przyjdzie mi zapłacić. Mogę nawet umrzeć, ale chcę poczuć, że żyję. Nawet jeśli miałby to być jeden dzień, bez kajdan i sznura wokół szyi. Pieniądze nie grają roli, tych mam pod dostatkiem. — Zakończyła swoją wypowiedź, orientując się, że niemal dyszy z wściekłości. Zbyt długo ukrywane uczucia zaczęły znajdować swoje ujście, a to nie było bezpieczne. Nie lubiła tracić kontroli. Kilka lat małżeństwa jednak coś w niej zmieniły i nie były to zmiany dobre.

— W takim razie, proponujesz mi jakieś niezawodne rozwiązanie problemu? — zapytała. — Może to być na początek szklaneczka czegoś mocniejszego, nie pogardzę.

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Astoria Trelawney (6864), Logan Borgin (6262)


Strony (3): 1 2 3 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa