- Pewnie po prostu wypadło Ci z głowy, każdy czasem zapomina o najprostszych rzeczach. - Nie chciała, żeby ta uwaga zabrzmiała specjalnie niekomfortowo. Nie miała w zwyczaju wytykać błędów, jednak jak zawsze najpierw się odezwała. Zauważyła zmieszanie u Erika. Próbowała jakoś to naprawić. - Latanie było zdecydowanie dużo bardziej ciekawe od transmutacji. - Chociaż dla niej akurat ta dziedzina magii zawsze była jedną z najbardziej ciekawych, przecież nie bez powodu nauczyła się animagii, Erik mógł o tym nie wiedzieć, bo mało kto zdawał sobie sprawę z tego, że Geraldine Yaxley czasami przemierza leśne ścieżki pod postacią skunksa. Zresztą nigdy nie było to legalne, nie chciała dopisać się do oficjalnego spisu, tak było jej wygodniej, wolała, aby nikt nie posiadał wiedzy o tym, że udało jej się zdobyć tę umiejętność.
- Czy ja wiem, uwielbiam jeść, myślę, że nie udałoby mi się oszukać żołądka. - Zdecydowanie nie była fanką tego pomysłu, co Longbottom mógł zauważyć.
Niezbyt lekko szła im ta rozmowa. Gerry miała wrażenie, że to przez te niedopowiedzenia. Dużo łatwiej byłoby mu określić, czego potrzebuje, gdyby operował konkretnymi nazwami. Musieli sobie radzić z tym, co mieli. Z grubsza zrozumiała o co mu chodzi, pewnie więcej wyjaśni się, kiedy dostanie list. Obserwowała z rozbawieniem, jak Erik odpala papierosa różdżką. Było to dosyć nieporęczne, ale trzeba sobie jakoś radzić, to nie tak, że ona nie miała zapalniczki, trzymała ją w kieszeniu płaszcza, ale nie sięgnęła po nią. Warte to było tego widoku.
- Mamy coś wspólnego, ja też nie nadaje się do kuchni, zresztą eliksiry zawsze były dla mnie za bardzo skomplikowane. Szkoda tych składników dla takich laików, niech Ci, którzy potrafią zrobią z nich to, co trzeba. - Yaxley unikała gotowania czegokolwiek, miała tendencje do chaosu, jeszcze coś by wybuchło, gdyby spróbowała zrobić to własnymi rękoma. Na całe szczęście już nie musiała się tym martwić, miała bowiem swojego prywatnego twórcę w domu, nie mogło być lepiej.
- Niby jestem w stanie sobie poradzić sama, ale wiesz jak jest. Czasy są niespokojne, nawet ja czasem trochę się boję. - Nie miała problemu, aby podzielić się tą myślą z Erikiem. W końcu ostatnio już się podzieliła z nim swoimi obawami. Ufała mu.
- Cztery psy? - Spojrzała na Erika upijając przy tym łuk trunku ze szklanki. - Trochę sporo, ja dostałam jednego szczeniaka i ledwo sobie z nim radzę, ale cztery to już faktycznie dosyć sporo. - Może z nią nie było jednak tak źle. Miała świadomość, że Longbottomowie pomagali wszystkim, pewnie tak samo było z psami. Zgarnęli jakieś, które potrzebowały pomocy - nie zdziwiłoby jej to, ale to były tylko podejrzenia.
- Mój brat Erik, Theon, nie sądzę, żeby chciał sobie powiesić to nad kominkiem, muszą być IM potrzebne do czegoś te składniki. - Miała nadzieję, że zrozumie tę drobną aluzję. Nie ukrywała przecież przed Erikiem swoich podejrzeń o tym, że jej brat jest sympatykiem Voldemorta. Martwiło ją jedynie do czego mogą potrzebować akurat tych specyficznych składników.