• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Bliskie Okolice Londynu v
« Wstecz 1 2 3
4.03.1972 | Posiadłość Crouchów pod Londynem | Martin & Elisabeth

4.03.1972 | Posiadłość Crouchów pod Londynem | Martin & Elisabeth
Widmo
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Elisabeth Crouch
#1
01.11.2022, 21:49  ✶  
4.03.1972
Posiadłość Crouchów pod Londynem

Bystre spojrzenie błękitnych oczu przesuwa się po literach artykułu zamieszczonego na łamach codziennej gazety. W myślach kobiety pojawiały się liczne, mało pochlebne komentarze na temat dzierżonego w dłoniach szmatławca, jaki pojawia się u jej drzwi każdego dnia. Nie może sobie jednak odmówić wertowania kolejnych stronic i zgłębiania się w wyplute przez pismaków historie. Jako czarownica poważna, licząca się w towarzystwie i obyta w kulturze oraz sztuce, musi orientować się w każdej dziedzinie, by trzymać rękę na pulsie we wszelkich sytuacjach.

Płynąca z ustawionej na komodzie czarodziejskiej tuby muzyka klasyczna sączyła się cicho, zwyczajowo umilając poranek i wystawne śniadanie. Długi stół zastawiony był półmiskami z antycznego serwisu, wypełnionymi bułeczkami, kiełbaskami, bekonem, a także smażonymi jajkami, czy smażonymi placuszkami ziemniaczanymi. Podano także rozmaite konfitury, pieczone warzywa oraz świeże owoce, zgodnie z preferencjami każdego z domowników. Srebrne szczypczyki wylewitowały z cukiernicy, wrzucając do misternie zdobionej filiżanki kostkę cukru, by zaraz wrócić na swoje miejsce. Wtedy to do uszu czarownicy ubranej w elegancką sukienkę w kolorze chłodnych zieleni dotarł stukot kroków w korytarzu. Kobieta uniosła wzrok znad gazety i zdjęła z nosa okulary-połówki, odkładając je na bok na blacie stołu.

- Martin? Już wychodzisz? -odezwała się donośnym, acz melodyjnym tonem, dobrze wiedząc, że to najmłodszy syn opuszcza w pośpiechu rodzinną posiadłość. - Zostań na śniadanie, chociaż herbatę wypij. Nic już nie spędzasz czasu z matką. - W tonie jej głosu wybrzmiała subtelna nuta pretensji, choć to nie żal nią dziś kierował. Elisabeth Crouch rzadko kiedy kierowała się emocjonalnymi pobudkami, jej działanie motywowane było przez cel i dziś wcale nie było inaczej.

Kobieta odłożyła gazetę i sięgnęła po filiżankę z herbatą, unosząc kąciki ust w ciepłym uśmiechu, widząc jak syn wchodzi do pomieszczenia. Martin był jednym z jej ulubionych dzieci, a przynajmniej tak zwykła powtarzać w towarzystwie. Prawdę mówiąc o każdej z pociech wyrażała się w podobnych słowach, nie mogąc przecież pozwolić, by ktokolwiek zarzucił Crouchom niezgodność. Elisabeth twardo utrzymywała, że jest z każdego dumna, nawet jeśli prawda była zgoła inna.

- Usiądź ze mną. Jak twoje dzisiejsze samopoczucie? - Kolejne polecenia wypowiadała ciepłym tonem i choć osoba postronna, obserwująca ją za dnia podczas pracy mogłaby poddać w wątpliwość matczyny instynkt czarownicy, kochała ona wszystkie swe pociechy i zależało jej na ich dobru.

Tłumacz
These scars don’t lie,
I’m living in an empty time
Falling through space,
I’m living in an empty place.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Ubrany na czarno. Z bliznami na twarzy. Puste spojrzenie. 180cm.

Martin Crouch
#2
02.11.2022, 18:38  ✶  

Kolejny zbędny dzień uchylił powieki najmłodszego Croucha zmuszając jego świadomość do umiejscowienia się w szynach w gotowości do odjazdu. Zgodnie z zaleceniami siostry skupił się na jednej pozytywnej rzeczy. Nowe książki. Na dniach zapowiedziana była dostawa do jednego z ulubionych antykwariatów. Lubujący się w zakurzonych trocinach posklejanych i ozdobionych tuszem uniósł się na łóżku.


Minimalna toaleta, naciągnięcie na karb prostej koszuli i spodni, przeoczenie wszystkich możliwych wygnieceń, szczególnie wybitnie rzucającej się fałdy przecinającej pierś. Martin lubił dotyk chłodnej wody na twarzy. Rozbudzało go to na tyle, by dotrwał do pierwszej kawy. Ta pojawiła się na biurku, przegotowana przez skrzaty słyszące szmer jego przygotowań do nowego dnia. Niespiesznie pochłonął zawartość filiżanki mrużąc oczy do wpraszających się do pokoju promieni słońca. Wiosna była tuż za rogiem, niemal gotowa do pokrycia umęczonego świata kolejną pierzynką zieleni. Nim uda się do Londynu, przejdzie się po okolicy. Nie ma nic gorszego niż smród dużego miasta z rana, a pracy na dzisiaj miał niewiele.


Bezszelestnie opuścił pokój, wytężając słuch udał się na dół. Jadalnia. Śniadanie. Matka.


Pomieszczenie otwarte było na hol, nie dało się więc wymknąć niepostrzeżenie. Powoli wypuścił oddech nosem. Nie lubił przerywania planów, których i tak nigdy wiele nie miał. Matce jednak nie odmówi.


— Dzień dobry — mruknął zbliżając się do stołu. Ojciec w delegacji, Jack najwyraźniej wybył z rana do Londynu, i tylko najmłodszy został do pociechy matce. Chociaż i go nie powinno tu być. Ale założenie własnej rodziny zakończył niepowodzeniem.


Zbliżył się. Mnogość pożywienia mimowolnie poruszyła ślinianki. Martin zasiadł z boku stołu zastanawiając się, po czym najmniej będzie go mdlić.


— Dobrze, dziękuję. — Skinął ręką na kiełbaskę i bułki, które podskoczyły na jego talerz. Ktoś mógłby pomyśleć — wielki czarodziej, że posługuje się magią bezróżdżkową. Otóż nic bardziej mylnego. Martin był po prostu leniwy.


— Jak mniemam, dobrze spałaś, matko — odwdzięczył się uprzejmością, jak na dobrze wychowanego młodzieńca przystało. Następnie począł konsumpcję kiełbaski. Był naprawdę głodny.

Widmo
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Elisabeth Crouch
#3
03.11.2022, 09:55  ✶  

Kiedy Martin wszedł do jadalni nie kryła zadowolenia z jego obecności. Zagniecenia stroju młodego mężczyzny nie uszły jej uwadze; zacisnęła usta w wąską linijkę, chcąc ograniczyć wyrażanie niezadowolenia jak na jeden poranek. Zwłaszcza kiedy nie poruszyła jeszcze najważniejszego tematu. Opuszczając rodzinną rezydencję prezentować miał się nienagannie, lecz na czas śniadania mogła przymknąć na to oko. Uniosła filiżankę do ust, upijając kilka łyków gorącego naparu, którego ciepło rozlało się po przełyku przyjemną słodyczą.

- Wspaniale wręcz - przytaknęła zgodnie z prawdą. Wychylany każdego wieczora kieliszeczek sherry pozwalał na twardy sen, z którego nie sposób było ją wybudzić przed pierwszymi promieniami słońca, jakie zresztą i tak nie docierały do jej sypialni przez grube zasłony.

- Otrzymałam wczoraj sowę od mojej drogiej przyjaciółki, Elisy Longbottom - przeszła wreszcie do interesującego ją clue, z miejsca częstując syna kłamstwem, którego ten z miejsca będzie świadom. Longbottomowie nie byli żadnymi wielkimi przyjaciółmi Crouchów, a sama Elisabeth zwykła wyrażać się o nich mało pochlebnie, w szczególności wytykając im nazbyt dobre serca, co doprowadzało kobietę do obrzydzenia. Nie żeby odrzucała wszystko, co dobre i prawe, to Longbottomowie przechodzili w skrajność, jaką pani Crouch uznawała za zwykłą głupotę. - Zapraszają nas na wiosenny bal charytatywny. Szczytny cel, wszyscy możni w jednym miejscu - to niewątpliwie wspaniała okazja, by pokazać się w towarzystwie - kontynuowała, nadal czujnie obserwując najmłodszego syna, gdy przeżuwając w milczeniu kiełbaskę nie mógł zgłosić sprzeciwu do planu matki. Elisabeth jako stała bywalczyni przyjęć nie odpuszczała żadnej okazji do brylowania i umacniania rodzinnej pozycji wśród najsławniejszych nazwisk. Skora była przekazać pokaźny datek na dowolny cel, zwłaszcza wtedy, gdy miała widnieć na liście darczyńców. - Odbędzie się w trzecią sobotę marca, zapowiedziałam naszą obecność.

Odstawiła filiżankę na spodeczek, czekając na lawinę argumentów Martina, jakim chciałby się wyłgać od uczestnictwa w przyjęciu. Dobrze zdawała sobie sprawę z niechęci, jaką darzy on wszelką chałturę i że woli trzymać się na uboczu. Nosił jednak nazwisko Crouch, a to zobowiązywało do pełnienia wszelkich obowiązków reprezentacyjnych.

Tłumacz
These scars don’t lie,
I’m living in an empty time
Falling through space,
I’m living in an empty place.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Ubrany na czarno. Z bliznami na twarzy. Puste spojrzenie. 180cm.

Martin Crouch
#4
04.11.2022, 05:25  ✶  

Nawet nie pomyślał, że z jego garderobą było coś nie tak. W końcu nie rebelia wzywała go do porzucania konwenansów i dobrych obyczajów, a zwyczajna obojętność.


Historię “drogiej przyjaciółki” chciał wpuścić jednym uchem, a wypuścić drugim. Prawdę mówiąc nie odróżniał większości osób, o których rozmawiano wokół niego. Siatka bezimiennych krążyła po umyśle splatana nićmi powiązań z nazwiskami, gdyż te miały większe znaczenie niż poszczególne indywidua. Brak zainteresowań otoczeniem nie owocował zupełną ignorancją. Martin był pragmatyczny, wiedział, na co warto zwracać uwagę, a role społeczne się w to wliczały.


”Szczytny cel”. Jakże łatwo było bogaczom znaleźć wymówkę do marnotrawienia pieniędzy na hulanki. Lekka pogarda spłynęła wraz z gryzem kiełbaski, by strawić się w soku żołądkowym nie mniej kwaśnym niż rewelacje mamusi. “Ich” obecność oznaczała rodziców wraz z ukochanym synem. Gdyby miała na myśli tylko siebie i ojca, temat nie zostałby poruszony.


Przeżuwanie kolejnego gryza opóźniało odpowiedź. Spojrzenie wbite gdzieś w róg stołu, umysł tkał koło ratunkowe.


— Czy to na pewno konieczne? — Westchnął ociężale. Co prawda już nie pochylano się nad nim jak nad biednym wdowcem, lecz perspektywa obnażania swej egzystencji w towarzystwie była nieciekawa w każdym względzie. I to jeszcze u Longbottomów… Nieduży metraż, mało miejsc by się schować. Nawet jeśli wynajęli lokal problem pozostawał. Temperatura nie zachęcała jeszcze do przyjęć na świeżym powietrzu, a takowe były jedynymi, jakie znosił.


— Nikt nawet nie zauważy mojej nieobecności.


Była to najprawdziwsza prawda, ale kobieta z pewnością złamie i ten argument.

Widmo
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Elisabeth Crouch
#5
04.11.2022, 12:40  ✶  

Podczas przedłużającej się ciszy w oczekiwaniu na jakąkolwiek reakcję ze strony Martina już chciała w zdenerwowaniu zabębnić palcami o blat stołu. Jego niechęć nie była niczym zaskakującym i Elisabeth doskonale wiedziała jakich użyć argumentów, by go przekonać.

- Oh jestem przekonana, że wszyscy wypytywaliby o twój stan oraz samopoczucie. Nie możemy pozwolić, by ich ciekawość pozostała niezaspokojona - szczebiotała z lekkością i niezachwianym optymizmem. Mało było sytuacji, w których Elisabeth Crouch pozwalała wyprowadzić się z równowagi, zawsze sprawiając wrażenie opanowanej, dobrze trzymającej się w ryzach. - Tobie również przyda się towarzystwo, odrobina rozrywki z dala od szemranych londyńskich barów. - Łypnęła na syna nieco chłodniejszym wzrokiem, wcale-nie-oceniająco. - Dość mam już przyglądania się jak pogrążasz się w marazmie i stagnacji. Mają na ciebie zły wpływ. - Co do tego nie miała żadnych wątpliwości. - Poza tym, jak zapewne zauważyłeś, przedłuża się twój okres kawalerstwa, co nie uchodzi uwadze towarzystwa. Nie przystoi, by czarodziej z tak szanowanego rodu pozostawał bezdzietny.

Na Seamusie postawiła już krzyżyk. Mimo jego chęci i prób dostosowania się do rodzinnych zwyczajów, mocno stracił w oczach matki. Martin miał przed sobą jeszcze całe życie, zwłaszcza że małżeństwo z córą z domu Avery zakończyło się jeszcze zanim ta biedna dziewczyna przedłużyła ich ród. Porozumienie z Averymi nie było złe, wszelkie ustalenia zostały szczegółowo omówione, to ta kobieta zwyczajnie nie potrafiła stanąć na wysokości zadania.

- Na przyjęciu z pewnością pojawi się wiele atrakcyjnych mariażowo panien. Sporządziłam listę, na którą chciałabym, byś po powrocie z pracy rzucił okiem i przemyślał propozycje. - Elisabeth nie pozostawiała niczego przypadkowi, zwłaszcza tak istotnej kwestii, jaką była jej przyszła synowa. W kuluarach śmietanki towarzyskiej panowały istne szarady, których celem było jak najlepsze sparowanie pociech. Niektóre rodziny odchodziły już od tego zwyczaju, dając swym potomkom możliwość samodzielnego podejmowania decyzji. Co za strata czasu, myślała pani Crouch, nie godząc się na tą nowomodę, dostrzegając jej liczne zagrożenia. Nic dziwnego, że rodziny upadają po przemieszaniu się z mugolami. W jej opinii nie było nic gorszego od niekorzystnego małżeństwa.

Tłumacz
These scars don’t lie,
I’m living in an empty time
Falling through space,
I’m living in an empty place.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Ubrany na czarno. Z bliznami na twarzy. Puste spojrzenie. 180cm.

Martin Crouch
#6
05.11.2022, 21:12  ✶  

Sytuacja robiła się niesamowicie nieprzyjemna. Martin ledwo zakończył kiełbaskę, wnętrzności ściskały mu się niesamowicie. Absolutnie nikt nie podszedłby do niego, jedynie kilku poważnych czarodziejów kojarzących go jako syna Elisabeth podeszłoby na sekundę jedynie dla jej względów. Za każdym razem musiał się przedstawiać, jego imię wpadało jednym uchem i wypadało drugim. U każdego rozmówcy.


Rozrywka? Zdecydowanie nie. Każde kolejne słowa były jak gwóźdź do trumny, aż w końcu matka postanowiła zsunąć trumnę do dołu tematem stanu cywilnego. Martin siedział w bezruchu z martwym wyrazem twarzy.


Jak wielkiego musiał mieć pecha, że czwórka starszego rodzeństwa nie zadowoliła matki w kwestii wnucząt. Jane Mary jako przodownik pracy uzyskała złoty bilet i ominęło ją nękanie o potomstwo. Chociaż jako bardzo tradycyjna czarownica, w pewnym momencie również planuje nadrobić macierzyńskie zaległości. Catherine dwójkę dzieci miała, ale w Stanach, więc się nie liczyło. Brian postanowił sobie umrzeć, a Jack to Jack. A Martin był zdecydowanie najgorszym egzemplarzem na wydanie, o jakim mógłby marzyć rodzic. Mariaż z rodziną Avery był chyba największym sukcesem Elisabeth. Czy drugi raz się jej poszczęści? Z taką kłodą jako synem było ciężko stwierdzić.


Martin nie czuł się dobrze przyprawiając matkę o smutki, ale mariaż był czymś nie do pomyślenia. Oczywiście chętnie zgodziłby się na takowy dla świętego spokoju, ale nie chciał być kulą u nogi kolejnej kobiety. Jedna już stwierdziła, że woli odejść w zaświaty niż spędzić resztę życia u jego boku. Tak, śmierć Kordelii odebrał dość osobiście, chociaż rozumiał, że sam nie miał na to najprawdopodobniej większego wpływu.


— Dobrze — odpowiedział krótko. Chciał świętego spokoju. Gdzieś w jego umyśle tliła się nadzieja, że może uda mu się poznać wystarczająco dobrze urodzoną czarownicę, która również podeszłaby do mariażu czysto praktycznie. I jednocześnie wraz z nim unikałaby salonowego zamętu.


Martin wyglądał na niezwykle przybitego i załamanego. Nie chciał już jeść. Przeniósł wzrok na sufit, jakby błagał samego Boga o zabranie go z tego świata.


— Kiedy odbędzie się ów przyjęcie?

Widmo
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Elisabeth Crouch
#7
09.11.2022, 17:14  ✶  

Czasem traciła cierpliwość, będąc zmuszoną do prowadzenia całego domu, kiedy żadna decyzja nie mogła być podjęta bez jej udziału lub gdy nie można było obrać nowego kierunku bez konsultacji z nią. Czasem, bo przecież to właśnie sprawowana nad wszystkim kontrola dawała kobiecie poczucie przynależności, powagi, decyzyjności. Umacniała ją w przekonaniu, że rodzina Crouch wiedzie prym we własnej domenie i jest to tylko i wyłącznie jej zasługa. Prawie wyłącznie, ale przecież szczegół ten nie był już tak istotny.

Z wyraźnie rysującym się na twarzy zadowoleniem sięgających stalowo błękitnych oczu przyjęła zgodę syna na zaproponowany plan - gdzieżby śmiał się jej sprzeciwić!

- W trzecią sobotę marca, czy ty mnie wogóle słuchasz? - westchnęła ciężko czarownica, nawet nie zwracając uwagi na to, że wznosi on wzrok ku niebu, wyraźnie markotniejąc. Naturalnym było, aby czarodziej po śmierci małżonki odbył żałobę, bolejąc nad jej stratą. Tyle że krew w ich żyłach wrzała i domagała się przedłużenia linii - a kim oni byli, aby się sprzeciwiać odwiecznym, rządzącym światem prawom?

- Wybierzemy się do domu mody Rosierów, przyda ci się komplet nowych szat. Sprawdź w terminarzu, czy aby na pewno jutro ci odpowiada - oznajmiła zamiast spytać, bo przecież na pewno nie ma nic innego do roboty. Dopiła swoją herbatę i podniosła się z miejsca, krótkim gestem wygładzając materiał eleganckiej spódnicy.

- Skończyłeś? Wybieram się do Ministerstwa, nie mam więc czasu na dłuższe pogawędki. - Prawdą jednak było, że najbliższą rozprawę miała dopiero za kilka godzin, a więc wcale się tak nie spieszyła. Lubiła natomiast sprawiać wrażenie poważnej, zajętej kobiety, a te nie marnowały ani chwili na zbędne posiedzenia. Zamiast odejść, nie czekając na odpowiedź, przystanęła, kładąc czule dłoń na ramieniu syna. - Jesteś moją największą dumą, Martin. Niezmiernie cieszę się, że patrzymy w tym samym kierunku. - Tylko delikatnie naciągnęła prawdę, bo choć tłumacz nie był jej ulubionym dzieckiem, miał predyspozycje, by się nim stać. I oby się tak stało, mówiło spojrzenie pani Crouch, gdy z ciepłym uśmiechem czekała, aż ten życzy jej miłego dnia.

Tłumacz
These scars don’t lie,
I’m living in an empty time
Falling through space,
I’m living in an empty place.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Ubrany na czarno. Z bliznami na twarzy. Puste spojrzenie. 180cm.

Martin Crouch
#8
13.11.2022, 16:00  ✶  

— Oczywiście, że słucham.

Martin nie nosił żałoby po Kordelii. Nie miał okazji jej poznać. Była w jego oczach obiektem w rękach matki. Niezbędnym elementem jego poprawnego i godnego życia. I to nad utratą tego bolał mężczyzna. Szansą na poczucie "normalności". Od zawsze był marzycielem, bujał w obłokach tworząc nierealne wizje, oczekując od życia nie wiadomo czego. Ból zaznany od srogiej realności sprowadził go na ziemię. Nie miał wygórowanych marzeń. Zostanie przykładnym mężem to coś, nad czym był w stanie sprawować kontrolę. A jak się okazało — nawet tego nie dane mu było sprawdzić.

Dom mody zawirował na kolejnej orbicie jego zmartwień. Nic gorszego od sterczenia w miejscu i czekaniu aż pobrane zostaną miary, potem przymiarki, przypadkowe wkłucia szpilek... Na całe szczęście Crouchowie byli na tyle bogaci, że mogli sobie zafundować prywatne spotkanie, nie w godzinach największego tłoku.

Drobny żarcik o terminarzu wyjaskrawił beznadziejną sytuację Martina. Praca w zaciszu własnego domu wiązała się z wygodą ale i zbyt dużą elastycznością, wykorzystywaną przez innych.

Wyprostował się mimowolnie pod dotykiem matki. Wiedział, że nie obdarzyła go fałszywym pochlebstwem. Był to bardziej kolejny krok ku dążeniu do celu. Jeśli coś powtarza się wiele razy, to w końcu staje się prawdą. Martin zdecydowanie miał duże predyspozycje, by spełnić wolę pani Crouch. Jego uległość i bierność wobec życia stanowiła zaletę. Poczucie zagubienia i wyobcowania wręcz pchała go w ręce matki. Był gotów, wręcz chciał wstąpić w kolejny mariaż. Chociaż nim aż targało na samą myśl i najchętniej zwlekałby z tym wieczność.

Widmo
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Elisabeth Crouch
#9
24.11.2022, 15:47  ✶  

Kordelia Avery była czarownicą o potencjale, jaki zamierzała wykorzystać. Małżeństwo wiążące ze sobą dwie rodziny przynieść miało korzyści, z których Elisabeth Crouch nie zamierzała tak prędko zrezygnować. Już kilka miesięcy wcześniej, poszukując w tajemnicy kolejnej kandydatki na żonę Martina, przypomniała sobie o istnieniu młodszej siostry nieboszczki. Posłała też liścik do państwa Avery z zapytaniem czy aby wybierają się na bal charytatywny i otrzymawszy twierdzącą odpowiedź podjęła decyzję o własnej obecności.

Wymowne milczenie syna wystarczyło dla zrozumienia jego akceptacji. Sama uwielbiała bywać w domu mody Rosierów w godzinach szczytu, gdzie widywała się z koleżankami na przymiarce kapeluszy. Idealna pora oraz miejsce do plotkowania w świetnym gronie.

Oczekiwała dnia, w którym zdecyduje się zmienić zdanie, postawić, zabrać głos. Czy mógł nabrać odrobiny charakteru? Mając pod ręką jego ojca jako wzór trudno było sobie wyobrazić, by Martin kiedykolwiek zmężniał. Chciała dla niego jak najlepiej, to w nim pokładała wszelkie nadzieje na podtrzymanie świetności rodu, wierzyła, że to właśnie on - skoro inni nie do końca dali radę - poniesie na swych barkach obowiązki wobec nazwiska. Zawsze sądziła, że to dobrze, że słucha jej w każdej kwestii, przyjmując zdanie matki za swoje. Patrzyli wtedy w jednym kierunku, zgadzali się we wszystkim, a Elisabeth nawet nie chciała zawracać sobie głowy wątpliwościami, że może być inaczej.

Skinęła tylko głową, zadowolona z decyzji syna i odstąpiła go o krok.

- Do zobaczenia wieczorem - pożegnała syna śpiewnym tonem i rytmicznym, zdecydowanym krokiem opuściła jadalnię z poczuciem dumy oraz zadowolenia z produktywnego poranka.

Koniec sesji
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Elisabeth Crouch (1603), Martin Crouch (1121)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa