Leśne ścieżki nie były idealnym podłożem pod eleganckie buty, tak jak dziki las nie pasował do ekstrawaganckiego stylu. To był chyba jedyny raz, kiedy Kayden mógł założyć coś swobodniejszego i czuć się z tym dobrze, bez drobnego poczucia winy, że prezentuje się gorzej od innych. Toksyczna myśl, którą już od dziecka wpoił mu ojciec. Ubrał więc najzwyklejszą, białą, jedwabną koszulę, bez żadnych ozdób, która sprawdzała się idealnie na słońce, czarne spodnie oraz ciemnobrązowe derby. Spacery z jego rodzicielką zawsze kończyły się na ubłoconych butach i rozwichrzonych włosach. Uwielbiała naturę. Uwielbiała patrzeć tymi błyszczącymi, ciemnoniebieskimi ślepiami na otaczające ją lasy, wrzosowiska, pola i stawy. Jak to artystka, miała duszę wrażliwą na piękno. Jej pasja przerastała jej chęć zabłyśnięcia przed ludźmi. Podziwiał ją za to.
Kroczył koło niej w ciszy, z ręką w kieszeni spodni — niezbyt taktownie, ale nie przejmował się tym teraz. Byli w końcu sami, na terenach porośniętych trawami, kwiatami i mchem. Drugą rękę miał zaciśniętą na jej skórzanej walizeczce, w której trzymała swój podręczny zestaw do malowania. Zaklęta w środku sztaluga, płótna, farby olejne i pędze aż się wyrywały na wolność, żeby zaczęła nimi malować. Na razie chyba jednak cieszyła się spacerem ze swoim synem u boku i drepczącym im po piętach miniaturowym piesku o bielutkiej jak śnieg sierści, który wtykał nochala w liście, trawy i pnie drzew, merdając ogonkiem. - Charly, viens là! - Przywołała psinę, który już zaczął wpychać się w jakiś pniak. - Nie miej takiej poważnej miny, Kayden... Odstraszasz słońce. - Westchnęła, idąc przy nim z rękami za sobą. Była drobną kobietą, szczupłą, o filigranowej budowie. Sięgała mu co najwyżej do ramienia, ciemne włosy miała w większości rozpuszczone, resztę splecione warkoczami i upięte z tyłu. Nosiła się jak dama, w liliowej sukni i bibelotach na szyi, lecz było w niej jakieś takie... ciepło. Takie, którego Kayden chyba nie odziedziczył. Bardziej przypominał ojca. I z charakteru i z wyglądu, jedynie włosy miał po Abeille. Kobieta wdychała leśne powietrze z delikatnym uśmiechem na różanych ustach, wyraźnie napawając się tym spokojem i wsłuchując w ćwierkanie ptaków. - Porozmawiaj ze mną... nie odzywasz się od rana. Coś cię trapi, synku? - Miała łagodny głos, a akcent francuski, choć starała się, jak mogła, żeby nie przeinaczać słów.
Nie zamierzał się z niczego spowiadać, a już na pewno nie z tego, co go faktycznie trapiło. Co go zżerało od środka i nie dawało spokoju. Ten widmowy dotyk na dłoni, którego chciał się pozbyć. - Praca mnie trapi. - Odparł, mówiąc jedynie półprawdę, bo nie to zaprzątało mu umysł od paru dni. Chyba tylko dlatego zgodził się na tę małą wycieczkę, żeby jakoś odciągnąć myśli, bo to, co skutecznie odstraszało je do tej pory, mieszało mu w głowie jeszcze bardziej. Nie potrafił się zmusić do udawania, że wszystko jest tak jak dawniej. Bo nie było... Zmienił się jego pogląd na rzeczy, o których dotychczas nie miał pojęcia. Które tylko widział z daleka albo słyszał półszeptem. To nie było wcale łatwe do przełknięcia, ani też do zignorowania. Nie miał dokąd uciec. - Praca? Oh mon, co się stało? Chyba cię nie zwolnili? - Zapytała z wytrzeszczonymi oczami. Kayden zmarszczył brwi, ale po chwili parsknął cicho na widok jej zmartwionej miny. - Nie, nie zwolnili... - Pokręcił głową. Westchnął głęboko i rozejrzał się po lesie, pragnąc nagle zmienić temat. - To gdzie my właściwie idziemy? - Zapytał, ciekaw, co tym razem wymyśliła. Ostatnio przytargała go aż pod Aldwick Beach, na kamienistą plażę w Bognor Regis. Malowała tam godzinami, podczas gdy on zanudzał się na śmierć. Tym razem wybrała coś bliżej Winchester, przy terenach hrabstw Hampshire i Wiltshire. Abeille bardzo szybko podłapała temat z szerokim uśmiechem, całkowicie zapominając o poprzednim. - Idziemy do pobliskiego rezerwatu, zobaczyć konie. - Oznajmiła raźno. - Jeszcze tylko kawałek, un morceau de route... Jesteśmy niedaleko New Forest.
New Forest...? Coś mu zadzwoniło, ale nie miał pojęcia, w której części pamięci miał wyrytą tą nazwę. Był jednak pewien, że gdzieś już ją słyszał. Może w pracy ktoś coś wspomniał? Może... a może tylko mu się zdawało. Nie skomentował więc, bo nie był pewny. Jego matka uwielbiała konie, więc nie miał nic przeciwko. Lubił, jak była szczęśliwa. Jak promieniała. Chociaż to było w stanie odegnać jego ponure myśli i równie ponurą minę. Uśmiechał się subtelnie, pozwalając jej prowadzić, choć to Charlie pierwszy znalazł kompleks budynków z szarego kamienia i ciemno-czerwonymi dachówkami, szczeknięciem ogłaszając wszem i wobec, że dotarli na miejsce. Abeille wzięła psinę na ręce i ruszyła, by spotkać się z właścicielem rezerwatu. Kay szedł za nią jak cień, wciąż z ciekawością w srebrnych oczach i słabym uśmiechem na twarzy.
![[Obrazek: qEyGuHF.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=qEyGuHF.gif)