• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Inne części Anglii v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[18.05.1972] "The art of eye contact."

[18.05.1972] "The art of eye contact."
Gentleman
✦Oh, these violent delights...✦
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Kayden jest wysoki i szczupły, z lekkim zarysem mięśni i wyraźną linią szczęki. Czarne jak noc włosy ma rozwichrzone przez wiatr, zadziornie opadające na czoło. Oczy barwy gwiazd, srebrne i przenikliwe. Cera blada, niesamowicie ciężko ją opalić. Ubiera się elegancko, zwykle w biel i czerń, czasem kroplę czerwieni. W chłodne dni na barki narzuca czarny płaszcz. Woń cynamonu i wiśni jest zawsze obecna, dryfując wokół niego w zmysłowym tańcu.

Kayden Delacour
#1
06.08.2023, 14:09  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.09.2023, 12:45 przez Morgana le Fay.)  
adnotacja moderatora
Rozliczono - Laurent Prewett - osiągnięcie Piszę, więc jestem

Leśne ścieżki nie były idealnym podłożem pod eleganckie buty, tak jak dziki las nie pasował do ekstrawaganckiego stylu. To był chyba jedyny raz, kiedy Kayden mógł założyć coś swobodniejszego i czuć się z tym dobrze, bez drobnego poczucia winy, że prezentuje się gorzej od innych. Toksyczna myśl, którą już od dziecka wpoił mu ojciec. Ubrał więc najzwyklejszą, białą, jedwabną koszulę, bez żadnych ozdób, która sprawdzała się idealnie na słońce, czarne spodnie oraz ciemnobrązowe derby. Spacery z jego rodzicielką zawsze kończyły się na ubłoconych butach i rozwichrzonych włosach. Uwielbiała naturę. Uwielbiała patrzeć tymi błyszczącymi, ciemnoniebieskimi ślepiami na otaczające ją lasy, wrzosowiska, pola i stawy. Jak to artystka, miała duszę wrażliwą na piękno. Jej pasja przerastała jej chęć zabłyśnięcia przed ludźmi. Podziwiał ją za to.

Kroczył koło niej w ciszy, z ręką w kieszeni spodni — niezbyt taktownie, ale nie przejmował się tym teraz. Byli w końcu sami, na terenach porośniętych trawami, kwiatami i mchem. Drugą rękę miał zaciśniętą na jej skórzanej walizeczce, w której trzymała swój podręczny zestaw do malowania. Zaklęta w środku sztaluga, płótna, farby olejne i pędze aż się wyrywały na wolność, żeby zaczęła nimi malować. Na razie chyba jednak cieszyła się spacerem ze swoim synem u boku i drepczącym im po piętach miniaturowym piesku o bielutkiej jak śnieg sierści, który wtykał nochala w liście, trawy i pnie drzew, merdając ogonkiem. - Charly, viens là! - Przywołała psinę, który już zaczął wpychać się w jakiś pniak. - Nie miej takiej poważnej miny, Kayden... Odstraszasz słońce. - Westchnęła, idąc przy nim z rękami za sobą. Była drobną kobietą, szczupłą, o filigranowej budowie. Sięgała mu co najwyżej do ramienia, ciemne włosy miała w większości rozpuszczone, resztę splecione warkoczami i upięte z tyłu. Nosiła się jak dama, w liliowej sukni i bibelotach na szyi, lecz było w niej jakieś takie... ciepło. Takie, którego Kayden chyba nie odziedziczył. Bardziej przypominał ojca. I z charakteru i z wyglądu, jedynie włosy miał po Abeille. Kobieta wdychała leśne powietrze z delikatnym uśmiechem na różanych ustach, wyraźnie napawając się tym spokojem i wsłuchując w ćwierkanie ptaków. - Porozmawiaj ze mną... nie odzywasz się od rana. Coś cię trapi, synku? - Miała łagodny głos, a akcent francuski, choć starała się, jak mogła, żeby nie przeinaczać słów.

Nie zamierzał się z niczego spowiadać, a już na pewno nie z tego, co go faktycznie trapiło. Co go zżerało od środka i nie dawało spokoju. Ten widmowy dotyk na dłoni, którego chciał się pozbyć. - Praca mnie trapi. - Odparł, mówiąc jedynie półprawdę, bo nie to zaprzątało mu umysł od paru dni. Chyba tylko dlatego zgodził się na tę małą wycieczkę, żeby jakoś odciągnąć myśli, bo to, co skutecznie odstraszało je do tej pory, mieszało mu w głowie jeszcze bardziej. Nie potrafił się zmusić do udawania, że wszystko jest tak jak dawniej. Bo nie było... Zmienił się jego pogląd na rzeczy, o których dotychczas nie miał pojęcia. Które tylko widział z daleka albo słyszał półszeptem. To nie było wcale łatwe do przełknięcia, ani też do zignorowania. Nie miał dokąd uciec. - Praca? Oh mon, co się stało? Chyba cię nie zwolnili? - Zapytała z wytrzeszczonymi oczami. Kayden zmarszczył brwi, ale po chwili parsknął cicho na widok jej zmartwionej miny. - Nie, nie zwolnili... - Pokręcił głową. Westchnął głęboko i rozejrzał się po lesie, pragnąc nagle zmienić temat. - To gdzie my właściwie idziemy? - Zapytał, ciekaw, co tym razem wymyśliła. Ostatnio przytargała go aż pod Aldwick Beach, na kamienistą plażę w Bognor Regis. Malowała tam godzinami, podczas gdy on zanudzał się na śmierć. Tym razem wybrała coś bliżej Winchester, przy terenach hrabstw Hampshire i Wiltshire. Abeille bardzo szybko podłapała temat z szerokim uśmiechem, całkowicie zapominając o poprzednim. - Idziemy do pobliskiego rezerwatu, zobaczyć konie. - Oznajmiła raźno. - Jeszcze tylko kawałek, un morceau de route... Jesteśmy niedaleko New Forest.

New Forest...? Coś mu zadzwoniło, ale nie miał pojęcia, w której części pamięci miał wyrytą tą nazwę. Był jednak pewien, że gdzieś już ją słyszał. Może w pracy ktoś coś wspomniał? Może... a może tylko mu się zdawało. Nie skomentował więc, bo nie był pewny. Jego matka uwielbiała konie, więc nie miał nic przeciwko. Lubił, jak była szczęśliwa. Jak promieniała. Chociaż to było w stanie odegnać jego ponure myśli i równie ponurą minę. Uśmiechał się subtelnie, pozwalając jej prowadzić, choć to Charlie pierwszy znalazł kompleks budynków z szarego kamienia i ciemno-czerwonymi dachówkami, szczeknięciem ogłaszając wszem i wobec, że dotarli na miejsce. Abeille wzięła psinę na ręce i ruszyła, by spotkać się z właścicielem rezerwatu. Kay szedł za nią jak cień, wciąż z ciekawością w srebrnych oczach i słabym uśmiechem na twarzy.



[Obrazek: qEyGuHF.gif]

✧ The bear loved the deer, it was obvious.
It ripped the deer's throat out, and then licked the dying deer
with the most passionate affection ✧
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#2
06.08.2023, 14:41  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.08.2023, 14:41 przez Laurent Prewett.)  

Nie miał dobrego nastroju. Zajmował się więc pracą, bo w pracy myślało się o... pracy. O wszystkich obowiązkach i zadaniach, jakie miałeś do wykonania. Nie było czasu ani miejsca na nic innego. Kiedy tylko zwalniał albo się zatrzymywał, wszystko wracało. Znowu zaczynało zaprzątać jego głowę, lekko kuło. Kiedy zaczynało Laurent zazwyczaj musiał to z siebie wyrzucić. I za każdym razem nie wiedział jak i gdzie. Powinien być mądrzejszy i w pełni zaufać ciotce. Dopuścił się już przy niej tylu głupot, że jego... upodobania chyba nie byłyby dla niej wielkim szokiem. Tylko po co ryzykować? Przecież ten wstyd potrafił wbić się tak głęboko, ze gdyby był igłami wbijanymi do oczodołów to dotarłby do samych stóp. Trzęsło nim, kiedy myślał, że miałby o tym powiedzieć na głos. Zawrzeć normalną relację, która zawierałaby w sobie jeszcze bardziej rozmowy na tematy intymne i bardzo prywatne.

Był zmęczony. Bo jeśli zatrzymanie się sprawiało, że znowu zaczynał czuć ból i ciężar w sercu to znaczy, że zatrzymywać się nie mógł. Oznaczało to też tyle, że sen był jednym z najbardziej przykrych doświadczeń. Wtedy cichła ziemia, cichł świat. Tylko morze szumiało, wiatr grał w listowiu. Czasem nocne stworzenia odezwały się, wkradały dźwiękami do jego sypialni. Lecz świat był cichy. Gasło światło. Nastawała ciemność. Pochłaniała go i przywodziła obrazy przed oczy. Niewiele tutaj próbowało, choć fantazje wodziły jego dłońmi po własnym ciele w tej pustej sypialni, ale w końcu ciało się rozprężało. I cóż? Znów pozostawał chłód nocy i jej pustka. Ona i te wariujące i dobijające myśli. Starał się sobie powtarzać, że przesadza, że nie ma się czym przejmować, nie ma nad czym rozpaczać ani czego przeżywać. Tak, starał. Starania te nie przynosiły odpowiednich skutków.

Nie spodziewał się gości tego dnia, albo inaczej - spodziewał, ale nie TAKICH. Prawo równych i równiejszych obowiązywało w tym świecie od lat, kim był Laurent, żeby je przerwać? Biznesmenem, a ci kierowali się w końcu atrybutami walczącymi o uznanie i dochód, nie o prawa równości. Nie to, żeby nie przechodziło to blondynowi przez głowę. Ale następnie myślał o wszystkich tych pełnych wzgardy spojrzeniach i jakoś magicznie myśli mogły zostać wyrzucone do kosza. Myśli o tym, żeby naprawdę próbować świat zmieniać. Florence mu jednak powiedziała kiedyś, że zmieniał go na tyle, na ile potrafił. Przecież New Forest nie było NICZYM.

Cienie dwóch abraksanów przecięło niebo, kiedy dwójka dzielnych podróżników przeszła kolejne połacie zielonej, późno wiosennej trawy. Wzleciały nad lasem prawie muskając swoimi kopytami korony drzew po czym zawróciły i wylądowały na polane przed stajnią częściowo przytuloną do drzew. Miały swoich jeźdźców, którzy właśnie zsiadali z koni. Jakże znajomy widok - rodzic z dzieckiem, ojciec z córką. Znajomy - bo rodzinna wycieczka tych, którzy mogli sobie na to pozwolić. Stajenny od razu do nich podbiegł i złapał lejce abraksanów, by te stały spokojnie i pomógł panience zejść z siodła wielkiego stworzenia. Z tej perspektywy można było obmieść wzrokiem prawie wszystkie budynki, jakie tu powstały, włącznie z najbardziej oddalonym domem mieszkalnym Prewetta. Tego samego, który właśnie podszedł do rozmawiajacej dwójki jeźdźców, kiedy stajenny odprowadzał abraksany, by z nimi porozmawiać. Choć konkretniej - z mężczyzną.

- ... wątpliwości, kiedy usłyszałem, że Edward ma konkurencje. - Wąsaty mężczyzna, na pierwszy rzut oka czarodziej czystej krwi, obrzucił Laurenta ciekawskim spojrzeniem błyszczących z zaintrygowania oczu. - Ma Pan wyjątkowe szczęście do lokalizacji. Hmph... - Mężczyzna rozejrzał się.

- To prawda, miałem dużo szczęścia. - Lauren uśmiechał się niezmiennie do mężczyzny, bo i przecież taka była jego rola. Niezależnie od tego, co ten powie. Nasz klient - nasz pan.

- Ale do koni może się pan jeszcze przyłożyć. Trochę im brakuje... czystości. - Machnął lekko dłonią jakby coś odganiał, a córka dodatkowo uwiesiła się jego boku z "taatooo proszęęę", na co on westchnął teatralnie. - Wpisz mnie w kalendarz, wrócimy z córką za tydzień. Idziemy się przebrać. - Wziął dłonią córkę i poprowadził ją w kierunku przebieralni po rzeczy. Lauren odprowadził ich uśmiechem. I by go utrzymał, ale wtedy zobaczył... no kogoś, kogo zobaczyć się nie spodziewał.

To był moment, kiedy zdziwienie i niepokój pokazały się na jego twarzy, niepewność, zanim ta znów zamieniła się w dokładnie tę samą maskę sympatii i uprzejmości.

- Państwo Delacour, jak mi miło. - Przywitał się swoim słodkim głosem, otwierając ręce. Ubrany w lnianą, zwiewną koszulę i lniane spodnie - brakowało tylko skrzydeł do obrazu anioła stąpającego po tym łez padole. Wyszedł im naprzeciwko. Choć bardzo chciał powiedzieć, że dzisiaj nie ma czasu. - Czy mogę służyć?



○ • ○
his voice could calm the oceans.
Gentleman
✦Oh, these violent delights...✦
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Kayden jest wysoki i szczupły, z lekkim zarysem mięśni i wyraźną linią szczęki. Czarne jak noc włosy ma rozwichrzone przez wiatr, zadziornie opadające na czoło. Oczy barwy gwiazd, srebrne i przenikliwe. Cera blada, niesamowicie ciężko ją opalić. Ubiera się elegancko, zwykle w biel i czerń, czasem kroplę czerwieni. W chłodne dni na barki narzuca czarny płaszcz. Woń cynamonu i wiśni jest zawsze obecna, dryfując wokół niego w zmysłowym tańcu.

Kayden Delacour
#3
06.08.2023, 16:46  ✶  

Gdzie uciec myślami, kiedy wszystko sprawia ból? Gdzie się schować? Gdzie odpocząć? Każdy zakamarek głowy wypełniony po brzegi wątpliwościami, strachem, niepokojem, goryczą i wszystkim tym, co w nocy spędza sen z powiek. Próbujesz się odprężyć, odpocząć, dać organizmowi chwilę na spoczynek, ale w głowie ci huczy, szepty znikąd nie dają spokoju, maltretują godzina po godzinie, a ty nie potrafisz odpłynąć i zniknąć, chociaż na chwilę z tego świata. Zaznać tej ulgi nieistnienia duszą, bo ciało wciąż oddycha, choć świadomość odsuwa się w słodkie zapomnienie. W końcu widzisz za oknem świt, słyszysz ćwierkanie ptaków, szum miasta, rozmowy i wiatr, buszujący wśród drzew... a ty? Ciebie nic nie ukoiło. Ani sen, ani cisza. Ta przerażająca, pusta cisza. Pustka w oczach, które zamykają się same z braku snu, a które zostać w tym stanie nie potrafią. Czy istnieje gdzieś miejsce, gdzie cisza nie jest taka irytująca? Gdzie się schować, żeby poczuć ulgę? Wystarczyło się zachlać, żeby stracić świadomość, ale jemu to nie pomagało. Do tej pory uciekał w ramiona kobiet. Teraz jedyne co przy nich czuł, to niechęć do samego siebie. Na cóż mu było rozgrzane ciało, skoro i tak szybko stygło, jak węgle zgaszone wiadrem wody... Może to przejdzie? Może zapomni? Może powinien się skupić na czymś innym... Czarno mu było na duszy, czarno na sercu, a milczenie stawało się powoli słowem świętym, bo sekrety zatrzymywało dla siebie. Tak było lepiej, bo w zgodzie z tym, co mówili inni. Jeśli masz się ośmieszyć, to lepiej milcz.

Zastanawiał się, jak inni ludzie dawali sobie z tym radę. Jak opanowali tę sztukę niemyślenia? Wstawali rześcy, wypoczęci, zadowoleni... Gdzie tkwił szkopuł? Jaki to sekret poznali, którego on poznać nie mógł? Gdzie szukać? Może po prostu za dużo myślał... może w ich wypadku, otępienie było tym błogosławieństwem. Samoświadomość ludzi inteligentnych dobijała. Kiedy nie myślałeś, po prostu żyłeś teraźniejszością. Głupcy mieli więc ten sekret wbity głęboko w siebie... Umiejętność wrodzona.

Srebrne ślepia wystrzeliły w górę, kiedy tylko dostrzegł ruch nad ich głowami. Abraksany. Zmarszczył brwi, śledząc wzrokiem przelatujące im nad głowami stworzenia. Znów go dopadł podziw do tych skrzydeł, do widoku gnających po niebie koni. Dopiero po niecałej minucie dotarło do niego, na co patrzy i spojrzał na rodzicielkę. - Abraksany? Mówiłaś, że idziemy zobaczyć konie. - Powiedział, trochę z wyrzutem, bo jednak konie, a latające konie to była dość spora różnica. Głównie w inteligencji, choć te zwykłe także były piekielnie mądre. Nie zmieniło to faktu, że podświadomie poczuł lekki niepokój na tę nowinę. - Tak mówiłam? - Zapytała Abeille z szerokim uśmiechem, głaskając pieska po pyszczku. - Hmm... Może... Czy to robi jakąś różnicę? - Kayden syknął cicho z frustracji, odwracając głowę w bok i spoglądając na drzewa. Czy wspominałam już, że Kayden nie lubi niespodzianek? Nie? No, to teraz wiadomo dlaczego... To chyba jakieś jaja są... Albo okrutny żart z góry, tych, którzy lubili patrzeć na ludzkie zmagania i walkę z samym sobą. Ile razy jeszcze się na niego przypadkiem natknie? To jakaś kara? Za co, do jasnej cholery?

Na jego widok wszytko powróciło, jakby go ktoś biczem trzasnął po twarzy. Te płonące spojrzenie w klubie, te morskie oczy, ten fantomowy dotyk na jego dłoni... Echo nieznanego żaru, które go dopadło przed paroma dniami, odbiło się od niego jak od kamiennej ściany. Zdziwienie, którego nie udało mu się ukryć, szybko zniknęło, zastąpione przez neutralną maskę spokoju. Widać jednak było, że wcale nie planował tego spotkania. Zdradzieckie serce przestało na chwilę bić, oddech zamarł... a potem na powrót powrócił, pozostawiając po sobie ślad czegoś, czego nie potrafił nawet nazwać...

Matka Kaydena rozpromieniła się na widok blondyna, obdarzając go szczerym uśmiechem. Piesek w jej dłoniach wystawiał pyszczek, żeby obniuchać nieznajomego, a ogon majtał mu radośnie na prawo i lewo. - Dzień dobry, panie Prevett. Piękna pogoda na spacer, prawda? - Przywitała się uprzejmie kobieta. - Korzystając ze słońca, postanowiliśmy odwiedzić pański rezerwat, żeby zobaczyć piękno pańskich stworzeń. Jeśli to oczywiście nie problem... Byłabym dozgonnie wdzięczna, jeśli udałoby mi się uchwycić ich zjawiskowość na płótnie. Chciałabym pokazać ludziom, jak niezwykły jest pański rezerwat. - Kayden zerknął na nią z ukosa. Ah, no tak... który biznesmen oparłby się rozgłosowi? Szczególnie, że jej obrazy olejne były dość popularne i zachwycały techniką, w jakiej tworzyła. Kayden walczył ze sobą przez chwilę, jakby chciał jednak coś powiedzieć, coś zagadać, żeby jednak nie milczeć jak jakiś palant... ale jakoś zabrakło mu słów. Jemu... Zabrakło słów. Miał ochotę wydłubać sobie oczy.



[Obrazek: qEyGuHF.gif]

✧ The bear loved the deer, it was obvious.
It ripped the deer's throat out, and then licked the dying deer
with the most passionate affection ✧
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#4
06.08.2023, 17:18  ✶  

Boże, nie... Ale Boga tu nie było. Tylko anielskie stworzenia, jakimi były abraksany. Nimi nikt jeszcze nie dotarł tak wysoko, by Boga odnaleźć.

Musiał utrzymać uśmiech. Musiał utrzymać spokój. Ale patrzył na tę miłą kobietę i czuł się po prostu zmęczony. Teraz jeszcze bardziej. Miał wrażenie, że jeśli tylko na moment straci skupienie, to jego wargi zacząć drgać, niezdolne do utrzymania tego zwyczajowego wyrazu. A przecież nic się nie stało. Do niczego nie doszło, nic nie zostało zmienione. Nic. I nikt.

- Dzień dobry, kolego. Jak się wabi? - Och, zwierzęta! Każdego rodzaju, każdej rasy, brzydkie, ładne - nie miało znaczenia. Kayden po prostu kochał je wszystkie. Przy nich nie trzeba udawać uśmiechu. Instynktownie potrafiły wyczuwać samopoczucie. Trącić nosem, kiedy wiedziały, że coś jest nie tak. Laurent wyciągnął dłoń do zwierzęcia, ale nie pogłaskał go. Dał mu się obwąchać, chociaż już widział, że to stworzenie po prostu rwało się do zabawy. Na pewno było to dla niego przeżycie - nowe otoczenie, tyle zapachów, tyle ruchu... - Prosiłbym o pilnowanie go, by nie zaburzył spokoju abraksanów. - Zwrócił się od razu do kobiety. Czasami właściciele uważali, że "nie, nie, ich pies to jest najgrzeczniejszy!". Potem puszczali go i nagle okazywało się, że niekoniecznie. Skoro nigdy zwierzę w takich warunkach nie przebywało to niby jak mieli przewidzieć, jak się zachowa? Laurent nie martwił się o abraksany. Owszem, pewnie niektóre by się spłoszyły. Ale wystarczyłoby, żeby się nawinął pod kopyta Michaela i... i pieska by nie było. Ludzie mogli uważać, że abraksany, jak konie, były łagodnymi stworzeniami. Nie były. Owszem, niektóre miały w sobie bardzo dużo spokoju, ale nadal potrzebowały silnej ręki i kontroli.

- Owszem, sprzyja spacerowi jak i jeździe konnej. - Potwierdził. - Żaden problem! - Wyglądało to tak, jakby się rozpromienił. Ach, no kłamstwem byłoby powiedzenie, że to mu trochę nie polepszyło humoru, bo może sam nie był jakoś nadmiernie utalentowanym malarzem (a nie był wcale), ale właśnie - obrazy! Spojrzał w kierunku Kaydena. No tak. W zasadzie to mógł wcześniej połączyć kropki, ale kompletnie to do niego nie dotarło. Chyba odziedziczył po matce miłość do zajmowania się sztuką..? Nawet jeśli ta polegała na czymś bardziej odtwórczym niż twórczym. Nadal - było to grzebanie się w bardzo precyzyjnych rzeczach. Nie zmieniało to jednak tego, że tak, problem to był. Ale właśnie - czego człowiek nie zrobi dla pieniędzy... Choć tu raczej - dla dobrej renomy. - Zapraszam. Omówimy szczegóły, chętnie usłyszę, czego pani oczekuje. - Lekko się pokłonił i wskazał gestem kierunek do biura. - Alex! - Zawołał na stajennego, który właśnie zajmował się osiodłanymi wcześniej abraksanami. - Pożegnaj gości. - Wykonał w jego kierunku gest, który wyglądał trochę tak, jakby go do siebie przywoływał, ale Alex nie podszedł, a tylko skinął głową na znak zrozumienia.

Dla jednych nudna, dla innych ciekawa rozmowa - chyba zależy od tego, kto czego oczekuje. Bo Laurent przedstawił możliwości, tego, co mógł zorganizować na... na już, podpytał, czego tak naprawdę pani Delacour oczekuje, zeszło na temat czysto finansowy czy raczej dogadania się w sprawie, tak naprawdę, ewentualnej współpracy, blablabla... Laurent widział w tym korzyść dla siebie, więc nie widział powodów, by wołać tu o grube pieniądze, gdy to miejsce mogło widnieć pod obrazem jednej z takich artystek. Sprawa została załatwiona szybko i sprawnie. Niestety nie można było mówić o gwarancji obejrzenia stworzeń w Rezerwacie, bo zwyczajnie wymagało to przygotowania, ale mógł ją oprowadzić, jeśli sobie tego życzyła. Za to na pewno mógł spełnić to, po co przyszła - zachwycić ją abraksanami. Można się było więc zabrać do organizacji. Nakazał Aleksowi przygotować rumaki i znaleźć Michaela, a sam oprowadził kobietę razem z Kaydenem, który... cóż... Laurent się bezpośrednio do niego nie odzywał, ciągle zajęty kobietą. I tak minęły kolejne dwie godziny.

Problem pojawił się, kiedy Abeille usiadła ze swoim stelażem, kiedy poczuła wenę i... Laurent tak stanął obok Kaydena patrząc na nią przez moment w bezruchu. Obserwując, jaka kobieta jest zafascynowana i jak zalotnie mrużyła do niej oczy jedna z klaczy, zaczepiając ją z ciekawości o jej płótno i jak ona to robiła, że pojawiały się na tym barwy.

- Napijesz się kawy? Może brandy? Pan? Kayden? - Zwrócił się w końcu do Kaydena. - Powinienem pozostać przy formalnościach? - Nie pytał ze złośliwością czy uszczypliwie. Pytał całkowicie poważnie. I darował sobie nawet uśmiech.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
Gentleman
✦Oh, these violent delights...✦
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Kayden jest wysoki i szczupły, z lekkim zarysem mięśni i wyraźną linią szczęki. Czarne jak noc włosy ma rozwichrzone przez wiatr, zadziornie opadające na czoło. Oczy barwy gwiazd, srebrne i przenikliwe. Cera blada, niesamowicie ciężko ją opalić. Ubiera się elegancko, zwykle w biel i czerń, czasem kroplę czerwieni. W chłodne dni na barki narzuca czarny płaszcz. Woń cynamonu i wiśni jest zawsze obecna, dryfując wokół niego w zmysłowym tańcu.

Kayden Delacour
#5
06.08.2023, 19:14  ✶  

Coton de Tulear, jak sama nazwa wskazuje, był malutką kulką futra, pełną miłości i radości do wszystkiego, co się ruszało. I co się nie ruszało też. Toteż gdy tylko Laurent wyciągnął do niego dłoń, ten bez zastanowienia zaczął ją lizać i trącać mokrym, zimnym noskiem, prawie wyrywając się Abeille z rąk. - Ma na imię Charly. - Powiedziała z uśmiechem, choć imię "Charlie" trochę inaczej brzmiało z jej ust, aniżeli typowego anglika. - Naturellement, nie będzie sprawiał problemu. Kayden go popilnuje... - Powiedziała bez zająknięcia się, jakby to było oczywiste. Kayden rzucił jej niezadowoloną minę, ale go kompletnie zignorowała. Wpakowała mu psa w ręce, zabierając swoją skórzaną teczkę z przyrządami do malowania, rozanielona, że będzie mogła sobie pomalować abraksany. Kayden silił się na spokój, wzywając wszystkich bogów, bożków natury i cokolwiek tam jeszcze po niebie nie łaziło, żeby ten spokój utrzymać. Zrobił kwaśną minę, próbując utrzymać tą rozdygotaną kulkę szczęścia w rękach. Trzymał się na uboczu, idąc za matką, która natychmiast zaczęła pytać dosłownie o wszystko, co dotyczyło abraksanów. Kayden nie zdziwiłby się wcale, gdyby nagle oznajmiła, że chce jednego na własność. Ostatnia nadzieja w ojcu, że powiedziałby kategoryczne "nie."

Nie... Słowo to zadzwoniło mu w uszach. To samo kategoryczne nie, którego użył niedawno. Bez zastanowienia. Znaczy nie... zastanowił się, ale jego myśli oczywiście jak zwykle dotyczyły tylko jego. Czy naprawdę tak ciężko mu było pozbyć się tej sztywnej maniery i wyniosłości? Przecież nie był kompletnie nieczuły... prawda? Prawda? Nie, przecież wtedy coś poczuł... Serce mu inaczej zabiło, grało inną melodię, wpadł w trans... Ah, gówno prawda. Zdawało mu się. Nic się nie zmieniło. Nic.

Dwie godziny, w których zamęczał się myślami i walczył sam z sobą. No i z psem, bo Charlie jakoś łebkiem kiwał na wszystko i patrzył się i wąchał i... O. Mój. Boże. Konie. Jak przyprowadzili abraksany, to już w ogóle dostał palipitacji serca, nie gorzej niż sam Kayden, kiedy to wzbił się w powietrze w powozie, ciągniętym przez Michaela. Abeille spokojnie wodziła pędzlem po płótnie, zaczynając swoją pracę z farbami, natomiast Kayden usiłował zachować kamienną minę, ale jakoś mu to nie wychodziło. Nie z powodu samego Laurenta, który obok niego stał, a z powodu rzucającego się psa, który Abeille jakoś lepiej słuchał od niego. Przez niego nawet nie mógł się skupić na poczuciu winy czy dręczących go myślach, bo starał się nie wypuścić zwierzaka, żeby nie zaczął skakać jak pink-pong. - N-nie musisz... Kurde, Charlie... Nie trzeba, ja... Uspokój padaczkę! - Charlie wyłaził z siebie, żeby dosięgnąć Prevetta i polizać go po twarzy. Ta mała kulka miała zadziwiającą siłę, a słodka mordka i czarne paciorki zamiast oczu skierowane były w stronę blondyna z nabożną czcią. Gdyby kto jego pytał, to już dawno by go puścił, żeby wlazł pod kopyta. Może by się nauczył, że jednak nie warto. Ale matka by go chyba zabiła własnoręcznie, gdyby nie upilnował jej kochanego dziubdziusia... Miała świra na punkcie psów. Koni też. W ogóle zwierząt. - Nie musisz- - Zaczął znowu, ale kulka radości zaczęła mu lizać twarz i Kay miał trudności z utrzymaniem poważnej rozmowy czy w ogóle skupieniu się na swoich słowach.



[Obrazek: qEyGuHF.gif]

✧ The bear loved the deer, it was obvious.
It ripped the deer's throat out, and then licked the dying deer
with the most passionate affection ✧
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#6
06.08.2023, 19:33  ✶  

Tak. Nie znał Księcia Cichych Alejek, którego osnuwał tytoniowy dym. Nie znał go, a chciał wtedy poznać. Chciał poznać jego ciało i udowodnić mu, że to jego będzie do niego doskonale dopasowane. Chciał nauczyć się każdej jego kości, którą wyczułby przez skórę i każdego mięśnia, które napinałyby się w rozkoszy. Chciał nauczyć się każdego jego westchnienia. Wszystko to przez jedną noc. Jedną krótką, ale jakże ciepłą noc. Nie znał go, a był pewien, że jego matka jest jego przeciwieństwem. Królowa Poranka. To nie księżyc zdobił jej lico, jak lico jej syna - to słońce. Była otwarta, ciepła, stonowana i na Laurencie sprawiła wrażenie osoby mądrej. Pełnej pasji, kreatywnej i mądrej. A to były bardzo dobre cechy. Traktowała go z szacunkiem - a już sam ten fakt sprawił, że zamieniła okropny ciężar tego dnia, jakim zafundowała mu tę niespodziewaną wizytę z jeszcze bardziej niespodziewanym gościem w całkiem przyjemny. Lubił ludzi, którzy szanowali jego, jego zwierzęta i czas. A takich było... zbyt mało. Dlatego poogrzewał się chwilę w jej blasku, nawet jeśli nie były to chwile bardzo długie.

Unikał kontaktu wzrokowego, choć teraz... teraz spojrzał w jego oczy. Ciągle przymykane i dlatego, że skupiał wzrok gdzie indziej. Te piękne, jasne oczy. Ciekawe, jak dużo było w nich plamek..? Czy to był czar jasnych przebarwień, czy może gra ciemniejszych rysów na księżycowej tęczówce..? Jak namalowałaby go ta kobieta, która teraz mogła namalować, jego zdaniem, najpiękniejszego abraksana - bo Michaela. Michaela, który zresztą sam pilnował całej reszty gromady, będąc ich przewodnikiem. I chociaż potrafił się w jednej chwili tego człowieka wystraszyć, żeby w drugiej mieć ochotę na psotę i zastanowić się, czego się w ogóle bał, tak teraz miał właśnie ten moment - moment czego tu się bać. Pełna radości i życia psina bardzo chciała pobiegać i się pobawić, domagała się ruchu, przecież tu tyle ciekawych rzeczy..! A tu co? Trzymany w niewoli, na pańskich rękach..!

Laurent nie wytrzymał i najpierw cicho prychnął, starając się jeszcze opanować, przykładając palce do ust, a potem po prostu szczerze się zaśmiał, mając tę scenę przed oczami.

- To nie padaczka. To miłość. - Poprawił mężczyznę. Choć jak go poprawił i dotarło do niego wypowiedziane słowo klucz to już mu uśmiechnięte wargi zadrżały, wzrok spuścił, ale wyciągnął dłonie po psa. - Daj mi go, proszę. - Rozumiał, jeśli nie miał zamiaru tego robić... ale jeśli go oddał to Laurent z miłością uśmiechnął się do psiaka, przygarniając go w ramiona. - Chciałbyś się pobawić, prawda? - Zwrócił się do niego jak do człowieka, kiedy kulka skoczyła mu do twarzy. Ale złapał jej psyk i usadził w swoich ramionach. - Nie wolno. Nie wolno. - Powtórzył kilka razy, choć utrzymanie tej energii w tym małym ciałku... oj nie, to nie było możliwe. Potrzebował ruchu, a trzymanie go tak siłą niczemu zdrowemu nie służy. - NIE. - Powiedział tak dosadnie i ostro, że wręcz zupełnie to do niego nie pasowało. Psina wydała z siebie smutny odgłos i położyła po sobie uszy. - Na wszystko jest czas, Charlie. Musisz chwilę wytrzymać. - Laurent podniósł wzrok na Kaydena, ale zatrzymał swoje spojrzenie na poziomie jego ramion, może trochę szyi. - To żaden problem. Charliemu przyda się odrobina ruchu, a tutaj puścić go nie mogę. Jeśli jednak wolisz pozostać z panią Delacour w pełni rozumiem. Nie będę się narzucał. - Gotów był oddać chwilowo smutnego psiaka, który baardzo delikatnie i nieśmiało teraz podlizywał dłoń Laurenta.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
Gentleman
✦Oh, these violent delights...✦
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Kayden jest wysoki i szczupły, z lekkim zarysem mięśni i wyraźną linią szczęki. Czarne jak noc włosy ma rozwichrzone przez wiatr, zadziornie opadające na czoło. Oczy barwy gwiazd, srebrne i przenikliwe. Cera blada, niesamowicie ciężko ją opalić. Ubiera się elegancko, zwykle w biel i czerń, czasem kroplę czerwieni. W chłodne dni na barki narzuca czarny płaszcz. Woń cynamonu i wiśni jest zawsze obecna, dryfując wokół niego w zmysłowym tańcu.

Kayden Delacour
#7
06.08.2023, 20:31  ✶  

No właśnie, czego tu się bać? Człowiek jak każdy inny... Może trochę zbyt poważny momentami, chwilami złośliwy i zimny, a czasem... czasem po prostu przez twarz przechodziły mu różne miny, kiedy próbował się bronić przed pieską miłością. Położył mu dłoń na łepku i oplótł ramionami jak kaftan bezpieczeństwa. Srebrne oczy rozszerzyły się ze zdziwieniem na dźwięk lukrecjowego śmiechu. Nie miał jednak czasu tego skomentować albo chociażby pomyśleć o komentarzu. Pies zadarł gwałtownie główkę, żeby uwolnić się z człowieczej rąsi i walnął Kaydena w szczękę, aż mu zęby zadzwoniły. Ten został w takiej pozycji z odchyloną w górę głową i przymknął oczy, błagając o cierpliwość. Po chwili jednak wargi mu zadrżały i subtelnego uśmiechu nie zdołał powstrzymać. - Mhm... miłość. - Mruknął, oddając blondynowi psa z lekką ulgą i rozmasował bolącą szczękę. Charlie od razu powitał nową znajomość z merdającym wesoło ogonkiem i niuchającym noskiem. Uspokoił się przy Laurentym, jakby od razu wyczuwając, że jest w dobrych rękach. Zajął się zapachami, bo oczywiście czuł na nim miliony, więc łebek wciskał w każdy centymetr jego ubrania.

Kayden schował ręce do kieszeni spodni i przyglądał się temu obrazkowi ze słabym uśmiechem i przymrużonymi oczami. Nie krzywym, złośliwym czy sztywnym. Normalnym. Takim, jaki mógł sobie pozwolić jedynie, kiedy nikt nie patrzył. Bo nikt nie patrzył. Laurent unikał jego spojrzenia, co było dość... zrozumiałe. Nie winił go. Właściwie to się tego spodziewał. Spojrzał na matkę, która w pełni zajęta była malowaniem. - Nie... wpadła w swój trans, już tak łatwo się z niego nie wydostanie. Szczególnie że ma przed sobą Michaela. - Zachichotał cicho. - Będzie uwieczniony na płótnie w iście majestatycznej pozie, mogę ci to zagwarantować. - Spojrzał na Charliego, który lizał dłoń Laurenta, machając białą kitą. Spokojny. Nie kręcący się już jak nakręcony bączek. - Padaczce przyda się trochę zabawy... - Oznajmił spokojnie i jakoś zeszły z niego nerwy. Napięcie i niepewność.

Ah, na miłość boską, bądźmy dorośli... To nie koniec świata. Nikt w nikogo kamieniami nie rzuca, nikt nikogo nie linczuje, a przynajmniej on nie zamierzał. A bo to raz zdarzyło mu się być zimnym draniem, a potem musieć spojrzeć tej samej osobie w oczy? Nie raz. I na pewno nie ostatni. Czy miał za co przepraszać? Może i miał... na razie tematu nie poruszał. Czuł, że to nie pora. Patrzył na te blond włosy ze spokojem i miał ochotę go jakoś zmusić, żeby zadarł głowę. Spójrz na mnie. Nie zrobił tego jednak nie ruszył się z miejsca, ale wciąż się lekko uśmiechał. - Masz niesamowitą rękę do zwierząt... - Powiedział. To nie był komplement, a przynajmniej tak nie zabrzmiał. To było raczej stwierdzenie faktu, bo mało kto potrafił Charliego uspokoić. Nawet ojciec sobie z nim nie radził, a u matki mógł robić, co sobie tylko wymarzył. Nawet jeść z talerza. Nie spuszczał Laurenta z oczu, korzystając z okazji, że tego nie widział. Jego ruchy, mimikę, mowę ciała... jakby go studiował. Jakby z niego czytał jak z ciekawej książki. Chciał... zrozumieć. Co w nim było takiego, że tak nim wtedy poruszył. Czy to faktycznie była tylko jego fantazja... czy może jednak nie. Logicznie wyjaśnić coś tak nielogicznego, jak emocje.



[Obrazek: qEyGuHF.gif]

✧ The bear loved the deer, it was obvious.
It ripped the deer's throat out, and then licked the dying deer
with the most passionate affection ✧
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#8
06.08.2023, 21:00  ✶  

To była kwestia czasu, zanim ta kulka rozkręci się na nowo. Na razie to było standardowe studiowanie sił, tego, na co sobie może pozwolić i na pewno nie nowego spotkania się ze słowem "NIE", bo ewidentnie ktoś jednak starał się tego psa przy dyscyplinie uchować, ale był nieułożony. Rozpieszczony. Laurent nazywał tego typu psy rozpieszczonymi. To nie była ich wina, że nie potrafiły słuchać, jak z dzieciakami - należało odpowiednio do nich podchodzić i od początku uczyć, co im wolno, a czego nie wolno. Uważał, że ludzie robili krzywdę psom, nie tresując ich odpowiednio. I sobie też. Bo potem co jeden się denerwował na biednego zwierzaka, który tych nerwów nie rozumiał i chciał tylko pokazać swoją miłość. Jak ta kulka teraz wobec Kaydena, która chciała jego uwagi. Laurent ofiarował swoją dłoń psiakowi, pozwalając mu na podgryzanie jego palca i wąchanie z ciekawością.

- Nie oferowałbym jej żadnego innego abraksana. - Co prawda Laurent się uśmiechnął, ale i spojrzał na Kaydena z jakąś taką odrobiną... prawie, jakby się poczuł delikatnie urażony, że w ogóle mógłby paść tu inny pomysł czy inna propozycja! Aczkolwiek było to też powiedziane trochę przez śmiech. Nie wybrzmiał on, ale delikatny żart był również wyczuwalny w tym zdaniu. Pół na pół. Uważny słuchacz i obserwator mógłby powiedzieć, że Laurent zrozumiał przekaz, ale i tak posmak pozostał. Tak było. Domyślał się, a przynajmniej tak zakładał, że Kayden nie miał tu niczego złego na myśli. Był dumny z Michaela. Był jego towarzyszem, powiernikiem, przyjacielem. Żeby wręcz czasem nie powiedzieć - współpracownikiem! Jak dzisiaj. - Och... haha niestety wyobrażam sobie majestatyczne pozy Michaela i nie wygląda to zbyt dumnie... - To, że Michael był bardziej dumnym stworzeniem niż większość czarodziei chyba od pierwszego spotkania nie pozostawiało wątpliwości. I był taki w zasadzie od zawsze. Co czyniło go bardzo, ale to BARDZO trudnym koniem do układania. Mówili, że szkoda na niego czasu. Że jest uparty, że niczego go nie nauczy. Jak można nie dać komuś szansy? Uparcie Laurenta wygrało z upartością Michaela. - Czemu nazywasz go padaczką? - Znowu go to trochę rozbawiło. Obrócił się od polany, by ruszyć wzdłuż stajni w kierunku morza. - Czy pani Delacour woli herbatę do pracy czy może wino? - Nie zamierzał przecież kobiety zostawić tutaj z niczym! A stwierdził, że skoro ma jej syna pod ręką to zapyta już jego, zamiast kłopotać damę.

Ruszyli przez miękką trawę w stronę posiadłości z drobną przerwą przy stajni, kiedy Laurent przywitał się z elegancko ubranym czarodziejem i zamienił z nich parę szybkich słów, a potem powierzył w ręce współpracownika. Kilka wymian słów z Aleksem, żeby wiedział, gdzie go szukać i instrukcje, CO JEŚLI KTOŚ PRZYJDZIE. Padło magiczne zdanie "Nie zawracaj mi głowy nieistotnymi gośćmi". W świecie czarodziei czystej krwi było oczywiste, kto jest NIEISTOTNY.

- Z "ręką do zwierząt" jest jak z "talentem do malowania". Można się z tym urodzić, ale tylko ciężka praca rodzi z tego efekty. - Wyjaśnił ze spokojem, chociaż normalnie irytowało go, jak ktoś używał tego stwierdzenia. Tak, jakby przyszło mu to z łatwością. I większość takich haseł go uczulała. Przez to, jak często słuchał chociażby komentarzy, że przecież jego rodzina miała pieniądze - na nic nie musiał pracować! Wszystko mu przyszło wręcz z łaski czystokrwistych. Ale Kayden ujął to w taki sposób, że sam się sobie zdziwił, że nic nie poczuł. Żadnego ukłucia, żadnego spięcia... to było przyjemne. Nie nowe, ale przyjemne - bo tak też się potrafił czuć, ale to przy osobach bliskich, które znał.

Laurent bardzo dobrze grał swoją rolę. Przywoływał uśmiech na zawołanie i nie sposób było powiedzieć, kiedy jest szczery a kiedy nie. Chyba że każdy z tych uśmiechów był szczery? Tylko pojawiał się tak szybko, na zawołanie. Nie było go, kiedy szli i pojawił się, kiedy tylko Laurent miał się z kim przywitać. I zniknął równie szybko, kiedy ta osoba poszła w swoją stronę. Miał płynne ruchy, ze spokojem, z łagodnością, ale i zdecydowaniem. Wiedział, co robi - takie sprawiał wrażenie. Bez zbędnego pierdoletto - a Anglicy zazwyczaj je uwielbiali.

I kiedy minęli stajnię Laurent w końcu podniósł powoli oczy, by napotkać tą wyszukującą jego spojrzenia stal. Dlaczego? Tutaj poczuł już delikatne rozdrażnienie. Czemu wydawał się szukać tego kontaktu wzrokowego? Ale skoro chciał - dał się złapać w srebrzystą, tkaną pajęczą przędzą sieć.

Tu-dum.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
Gentleman
✦Oh, these violent delights...✦
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Kayden jest wysoki i szczupły, z lekkim zarysem mięśni i wyraźną linią szczęki. Czarne jak noc włosy ma rozwichrzone przez wiatr, zadziornie opadające na czoło. Oczy barwy gwiazd, srebrne i przenikliwe. Cera blada, niesamowicie ciężko ją opalić. Ubiera się elegancko, zwykle w biel i czerń, czasem kroplę czerwieni. W chłodne dni na barki narzuca czarny płaszcz. Woń cynamonu i wiśni jest zawsze obecna, dryfując wokół niego w zmysłowym tańcu.

Kayden Delacour
#9
06.08.2023, 23:09  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.08.2023, 23:12 przez Kayden Delacour.)  

Och... uraził go? - Oczywiście. - Odpowiedział bez złośliwości, ze spokojem. Nie przyszedł tu drzeć kotów. Ani psów. Właściwie to miał nadzieję, że tym namalowanym abraksanem będzie właśnie Michael. Jakoś miał do niego słabość... I wcale nie, dlatego że mu się odkłonił! No, dobra, może właśnie dlatego... - Nie martw się. Moja matka jest dobra w ubarwianiu rzeczywistości. - Powiedział z lekkim rozbawieniem, ale mówił całkowicie poważnie. - Ale nie sądzę, żeby to było konieczne. Twoje abraksany na pewno wyjdą świetnie. - Co do tego nie miał wątpliwości. Cokolwiek malowała, jej ręka była jak ze złota. Jej dusza śpiewała, kiedy maczała pędzle w farbach. Cieszył się, że mogła wypełnić płótna nieco ładniejszymi barwami. Przez ostatnie tygodnie, jej obrazy były dosyć ponure, a nawet makabryczne. W końcu mogła namalować coś, co wywoływało uśmiech na twarzy.

- Bo dostaje padaczki, jak tylko ktoś go weźmie na ręce... - Mruknął. - Ta rasa ma dużo energii w sobie. Parę godzin na dworze może czasem nie wystarczać... - Nie to, żeby w domu nie miał miejsca. Po prostu Charlie to była taka maszynka do produkowania energii. Nie ważne ile się wybiega, bo bieganie tylko jeszcze bardziej go nakręca. - Herbatę... jeśli mogę prosić. - Odparł, bo wiedział, że wina i tak nie tknie. Nie przepadała za jego smakiem, nawet jeśli była odporna na jego działanie. Podążał za Laurentym i Charliem z rękami w kieszeniach, chwilowo mając kompletnie gdzieś dobre maniery. Miał już o co się martwić i nie dotyczyło to dobrych manier.

Kayden pokręcił głową. - Nie rodzisz się z talentem do malowania... możesz urodzić się z wyczuciem estetyki albo dobrym okiem. Albo po prostu z duszą wrażliwą na piękno. Wtedy po prostu jest ci prościej ten talent opanować. Co nie znaczy, że jest to łatwe... Nic w życiu nie jest łatwe, a już na pewno nie wyrażanie siebie... - Powiedział łagodnym tonem. Łagodnym, bo mówił tu o tym, co sprawiało jego rodzicielce przyjemność. O tym, co wpajała mu od dzieciaka. Nie potrafił być na to obojętnym, czy mówić o tym z kwaśną miną. - Nie znam się... na opiece nad zwierzętami, ale podejrzewam, że działa to podobnie. - Dodał, już trochę innym tonem. Niepewnym, bo nie chciał się wypowiadać na temat, o którym nie miał pojęcia. Wiedział tylko, że w jego przypadku też się ta teoria sprawdzała. Nie urodził się z talentem do starożytnych run, ale z zapałem, by tą wiedzę studiować. - Dlatego... mówię, że masz rękę do zwierząt... coś, co zwierzęta w tobie lubią... - Zakończył dosyć kulawo. No, debaty to by nie wygrał, ale jakoś nie miał dzisiaj nastroju do filozofowania.

Za to najwyraźniej miał nastrój do obserwacji, bo faktycznie śledził Laurenta uważnym wzrokiem. Nie oceniał... po prostu się przyglądał. Patrzył z ciekawością, jak jasne włosy poruszają się, gdy szedł. Jak promienie słońca tańczą w tych jasnych kosmykach, przelewając się między nimi jak miód. Jak miękkie były? Słuchał, jak rozmawia z pracownikami, wyłapując jego barwę głosu. Zerkał, jak uśmiecha się tym swoim anielskim uśmiechem. Zastanawiał się, który z nich był szczery. Czy miał ich kilka? Inaczej uśmiechał się do jednych, czy do drugich mrużył przy tym oczy? A może drgał mu kącik ust? Czy morskie oczy były ciepłej barwy, czy zimnej? Tego nie był w stanie stwierdzić, bo nie patrzył się w jego stronę, kiedy szli ku stajni. Zjechał spojrzeniem na jego posturę. Na jego płynne ruchy. Na dłonie... znów poczuł ten fantomowy dotyk na swoim nadgarstku. Przełknął ślinę i podniósł wzrok na jego profil. W myślach pojawiło mu się greckie imię... Apollo. Wyglądał jak Apollo, z tymi anielskimi rysami twarzy i złocistymi włosami. Przynajmniej tak mu się teraz skojarzył, ale zdecydowanie nie wyglądał tak w klubie. Co w nim więc było? Kayden nie uśmiechał się, nie miał w oczach odłamków lodu, ale też nie słońca, jak jego matka... ale mimo tego jego twarz wydawała się łagodna. Spokojna. Skupiona.

Dopiero kiedy niespodziewanie został przyłapany na obserwacji, przymrużone oczy powiększyły się lekko w zaskoczeniu. Zamrugał, jakby dopiero co się budził z jakiegoś transu... W tych lśniących, morskich oczach zobaczył rozdrażnienie, więc odwrócił powoli wzrok, przełykając ślinę. Nie rozumiał. Kompletnie już nic nie rozumiał.

Z zewnątrz był spokojny, w środku znów coś łomotało uporczywie w jego pierś.



[Obrazek: qEyGuHF.gif]

✧ The bear loved the deer, it was obvious.
It ripped the deer's throat out, and then licked the dying deer
with the most passionate affection ✧
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#10
07.08.2023, 00:14  ✶  

- Polubił cię. - Na moment Laurent ledwo co zmarszczył swoje brwi i jeden kącik ust wyciągnął łagodnie w górę, kiedy tak ocenił to "oczywiście". Które zabrzmiało dobrze. Na tyle, ze samego siebie upomniał za tę śmieszną reakcję, której w ogóle nie powinno być. A może powinno? Gdzie była granica między jakimś takim... dziwnym koleżeństwem, zwykłą znajomością (absolutnie niezwykłą) a formalnościami? Kayden pokazał, że życzył sobie ich ściągnięcie, więc blondyn chciał się do tego dopasować. W żadną stronę nie było źle, po prostu... cieszył się z tej drobnostki, którą było rozluźnienie standardów. Nawet mimo tego, że przecież bezpieczniej było nie przywiązywać się do osób, z którymi miało się taki nietypowy problem. Przestań być takim czarującym Problemem. - Szczęściarz. - Powiedział to żartem, ale uważał, że to był łut szczęścia. Bo jakoś nie wierzył, żeby ktoś czystej krwi pokłonił się od tak przed koniem. Za to jak potem ten koń pękał z dumy, jaki był zadowolony! I przede wszystkim uważał, że Kayden został wyróżniony - przynajmniej w jego oczach. Ufał Michaelowi. A Michael uznał, że z tych księżycowych ślepi dobrze patrzy. Dobrze? On jeszcze tego nie dostrzegł. Ale może... może mógłby..? Zobaczyć tam coś więcej poza tym zimnym, stalowym nie. Skinął głową z wdzięcznością. - Nie wątpię w to. - Tak, w to wierzył. Widział już w końcu prace jego matki.

- Ach tak? Rozrabiaka z ciebie, Charlie? - Znał się na zwierzętach, ale nie oznaczało to, że znał się na każdej rasie każdego zwierzaka, którego przed sobą miał! Fakt, że niektóre zwierzęta wymagały ze swojej natury więcej ruchu od innych - nie było w tym niczego złego, dopóki właściciel się na to godził i wiedział, na co się pisze. No i przede wszystkim potrafił psu to zapewnić. Tutaj niczego nie oceniał w tej kwestii. Psiak był pełen życia, wesoły, zadbany. Widać, że był otoczony miłością, a to sprawiało, że Laurent sam się z miłością do tego stworzenia uśmiechał, głaszcząc go, ale nie pacając, żeby go nie rozbawić, skoro grzecznie siedział na razie. Należała mu się potem nagroda.

Podobało mu się, jak Kayden wchodził w taki... filozoficzny ton? Zabawne - nie przyszedł tutaj filozofować, a wyglądał teraz jak grecki filozof wypuszczony na forum. Widział jak wznosi dłoń, jak słońce oblewa błogosławieństwem jego ciało, jak ginie w zagięciach białej szaty i jak odbija się w kolorowych kaflach mozaiki wielkiego forum. Najbardziej zabawne było to, że on wtedy nie wzrastał, nie. On gasł. Kayden samego siebie przyciszał, wyciszał, jakby obawiał się tego, że ktoś mu powie nie. Przestań pierdolić, Kayden, chodź się napić - mniej więcej jakby ktoś miał tak do niego powiedzieć. Było to o tyle oszałamiające, że jakoś kompletnie gryzło się to Laurentowi z jego posturą. Z tym, co sobą prezentował. Przecież Księżyc stworzono do rzeczy wielkich.

I znowu Laurent nie wytrzymał i się roześmiał, przymykając przy tym oczy.

- Hahaha... przepraszam, wybacz... Możesz się ośmielić, bardzo przyjemnie się słucha twoich twierdzeń. Nie ma powodu do stopowania się. Naprawdę. - Zachęcił mężczyznę, bo może tego mu brakowało? O zgrozo... Tak, ten dumny mężczyzna, który nie chciał pokazywać swojego strachu znowu pokazywał się z tak maksymalnie niepewnej strony, że Laurent, tak jak i wtedy na wozie, poczuł, że musi go zapewnić, że wszystko jest w porządku. Bo było. Naprawdę było. - Oczywiście, zgadzam się z tobą. Jednak tutaj pojawia się pewien element dodatkowy. Żeby dobrze tresować zwierzęta i je hodować potrzeba charakteru. A to już nie jest coś, co można w pełni wypracować. - Można się poprawiać, można się doskonalić, ale charakteru nie zmienisz. Nie jesteś w stanie się całkowicie przepoczwarzyć. Chyba że zmieni cię jakaś trauma, ale to nie o to chodziło. - Dziękuję więc. Bardzo trafiony komplement, bo prawdziwy. - Tak, słyszał go często, jak było mówione, ale płynące z tych słów, w takim wydaniu, naprawdę sprawił mu przyjemność.

Przez moment nastała cisza. Laurent otworzył furtkę między żywopłotem, który odgradzał dom od reszty świata. Celowo - żeby chociaż minimalnie oznaczyć zwierzętom teren, na który pchać się nie mogły pod groźbą rozzłoszczenia swojego pana. Pchały się i tak. Zagwizdał i nie trzeba było długo czekać, jak rozległo się głośne, dudniące szczeknięcie i wielki Jurczak przybiegł od strony morza i ogrodu, merdając swoim ogonem i skacząc wręcz w miejscu, jakby całe wieki Laurenta nie widział.

- Siad. - Wyciągnął dłoń do Jurczaka, do jego nosa, żeby mógł ją obwąchać i kucnął. Sprawdzał reakcje małego psiaka, ale ten był chętny do zabawy. I od razu się rozbudził na widok innego psa. Lauren posadził Charliego na ziemi, ale go nie puścił - przewalił go na grzbiet, a nawet nie musiał się z nim nadto siłować. - Leżeć. - Zwrócił się do Jurczaka, a ten się położył. Ale widać było na pysku psa pełne skupienie - na Charlim. Jakby ta bestia chciała to jedno kłapnięcie i Charlie by zniknął z tego świata. Pewnie nawet nie musiałby przegryzać. Jurczak przestał się ruszać, wręcz zamarł, obserwując zdumiewające mikro zjawisko, jakim hałaśliwy Charlie był. - Szczenię. Pilnuj. - Laurent za to uważnie obserwował Jurczaka i jego reakcję. Pstryknął palcami i Jurczak nawiązał z nim kontakt wzrokowy. - Pilnuj. - Różnica w tym, jak zwracał się do Charliego a jak zwracał się do własnego psa była diametralna. Krótkie, proste hasła. Komendy. Jurczak wydał z siebie coś, co chyba miało być szczeknięciem? Ale było tylko jakimś niedorobionym pomrukiem. Laurent puścił Charliego i przybliżył się do Jurczaka, żeby złapać go za obrożę. Nie mógł ich zostawić nie mając pewności, że to będzie dobra, psia znajomość. I że Jurczak naprawdę potraktuje tę małą Padaczkę jak szczenię. Ale zaraz puścił i wstał, cofając się o dwa kroki. Psy zaczęły swój rytuał zapoznawczy.

- Rozumiem, że jesteś ciekaw. - Przerwał ciszę, kiedy po paru minutach jasne było, że psy zaczną się bawić ze sobą. Spojrzał na Kaydena. Na jego przystojną twarz. Obrócił się, ale nie w kierunku domu tylko tak, by go minąć i wejść na ogród, gdzie na zadaszonym tarasie był widok na morze i plażę za wydmami. - Chcesz o tym porozmawiać? - Zapytał wprost. O tym, co wydarzyło się w klubie. Masz rację - nie byli w przedszkolu. Byli na to chyba już za starzy... prawda?



○ • ○
his voice could calm the oceans.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Kayden Delacour (8540), Laurent Prewett (8698)


Strony (3): 1 2 3 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa