Pij Otto, pij – pomyślał smutno, schodząc wzrokiem niżej ku prawej ręce mężczyzny i trzymanej w niej nadpitej butelce whisky.
Zaczynało szarzeć. Byli na dworze. Niedaleko Little Hangleton, w przyjemnie ustronnym i cichym miejscu, które głupio wybrał sam von Gloeden, bo miało zapewnić im w rozmowie nutę tak potrzebnej prywatności. Przedzierali się przez dziko rosnącą, wysoką trawę. Ulysses czuł jak jego skórzane pantofle coraz głębiej zapadały się w grząską ziemię.
Jeszcze tylko kilka metrów dzieliło ich od osłoniętego zaroślami jeziora. Coraz wyraźniej słyszeli rechot żab i ciche pluski, gdy wskakiwały do wody. Spokojny i cichy wieczór, taki w którym można zniknąć niepostrzeżenie.
- Ja ją naprawdę strasznie kocham – zaczął znowu von Gloeden. – Czy to coś dziwnego, że oczekuję od mojej żony wierności? Stania po mojej i tylko mojej stronie? Małżeństwo nie jest tylko umową handlową, małżeństwo to jedność ciał, dusz i myśli… - wraz z upływem kolejnych słów jego głos się podnosił i pobrzmiewało w nim coraz więcej rozżalenia.
- Jesteś niepoprawnym romantykiem – rzucił w odpowiedzi Ulysses. – Może myślałaby podobnie, gdyby sama cię wybrała.
Ale zamiast Vespery, decyzję podjął ich ojciec. I chociaż Gloeden potrafił wspaniale warzyć eliksiry i mógł się poszczycić czystą i długą linią krwi, jednocześnie okazał się dość pompatyczny, egzaltowany i skłonny do popadania w przesadę. Miał też tę bardzo nieodpowiednią cechę, że po tym jak zawiodły stosowane przez niego prośby, spróbował grozić nie tylko żonie, ale i całej rodzinie Rookwoodów. Chester Rookwood musiał nie dość dobrze poznać historię Ottona, bo ten okazał się nie tylko otwarcie pro mugolski, ale i bezdennie głupi.
- Pownienem faszerować ją amortencją od pierwszego dnia – warknął ostrzej von Gloeden. – Byłaby wtedy posłuszna i tak zapatrzona we mnie, że nie musiałbym nawet kiwać palcem.
Pragmatyczny umysł Ulyssesa zgodził się w tym momencie z Ottonem. Rzeczywiście, taki opis związku, jaki zdążył mu przedstawić dzisiejszego wieczora, świetnie pasował do otumanienia małżonki amortencją.
- I wystarczyłoby ci takie małżeństwo? – odpowiedział pytaniem na pytanie młody Rookwood. – Puste spojrzenie omamionej eliksirem żony?
Jemu by nie wystarczyło, ale gdy myślał o aranżowanych małżeństwach, dużo bliżej było mu do tego, jak postrzegała je Vespera. Od wybranej przez ojca małżonki zaś, Ulysses wymagałby przede wszystkim rozsądku i respektowania jego granic. Nie potrzebował ani jej uczuć (czy prawdziwych, czy zbudowanych na amortencji to już nie miało znaczenia), ani bliskości.
- Nie. Oczywiście, że by mi nie wystarczyło – rzucił gorzko Otto. Pociągnął z butelki. Żaby kumkały coraz głośniej, jakby wołając ich by szybciej ku nim zmierzali. – Wiesz, że ja bym ciebie nie zdradził, nie? – zapytał nagle von Gloeden.
Ulysses zmarszczył brwi, ale była to jedyna oznaka niezadowolenia słowami rozmówcy.
- Powiedziałbym w ministerstwie, że popierdolony jest tylko wasz ojciec i moja żoneczka – mówił dalej Otto a mars goszczący na czole Rookwooda tylko uległ pogłębieniu. - Ty jesteś w porządku.
Jesteś głupi. Jesteś taki głupi – pomyślał, znowu skupiając spojrzenie na plecach von Gloedena. Dla Ottona to wszystko było takie proste, ale analityczny umysł Ulyssesa wiedział, że mężczyzna bredził. I jednocześnie czuł narastającą w sobie irytację, gdy uświadamiał sobie, że u męża Vespery granica między miłością a chęcią zniszczenia żony była od początku mocno zatarta.
- Uważaj, bo się potkniesz – rzucił na głos, obserwując jak Gloeden zatoczył się zamroczony alkoholem. Tam sobie wpadniesz. – Zaraz podejdziemy do stawu. Tam będzie miejsce, gdzie można przysiąść.