Sięgnął po chusteczkę, żeby otrzeć swoją twarz. Doprowadzić się do porządku w stopniu chociaż minimalnym, zanim to wszystko znowu weźmie szlak. Zanim znowu straci kontrolę i będzie wyglądał jak dziecko, które nie potrafi nad sobą panować. Było mu wstyd różnych rzeczy ze swojego życia, ale teraz było mu wstyd głównie o to, że nie potrafił sobie poradzić ze swoimi problemami. Że płakał tutaj, przed nią, choć nie było się już nad czym użalać - a przynajmniej to mówił samemu sobie w huraganie swej głowy. Zasłużył sobie na to wpadając w niemoralne sidła, bo był za słaby, bo nie potrafił docenić tego, co miał, tylko szukał uniesień tam, gdzie nie powinien. Zamiast pogodzić się z rzeczywistością wzięło go na samodzielność, a świat to zweryfikował, najbardziej paskudną prawdą, jakiej nie mógł znieść - że sobie z tym nie poradził. To, jak człowiek był uparty, było czasem wstrząsające, czasem żałosne, a niekiedy po prostu smutne. Laurent nie potrafił tego powiedzieć wtedy i gdyby nie to wydarzenie w szpitalu i Florence... nadal by tego nie powiedział. Nadal nie chciał, żeby wiedział o tym ktokolwiek. Sam chciał to zamknąć na tej piwnicy i nie patrzeć na to, co tam pochował, jakie obrzydlistwa tam leżały pokryte białym prześcieradłem, żeby wyglądały lepiej niż w rzeczywistości.
Miał teraz tak niewiele odwagi, żeby spoglądać na Florence. I nie robił tego. Tak bardzo nie chciał nigdy o tym mówić, tak bardzo chciał zabrać ten sekret ze sobą do gorobu - ale o to był. W końcu ujrzał światło dzienne i został napompowany morskim powietrzem. Napinające się ciało podpowiadało, że nawet jeśli wydawało się, że nie było już sił ani na dalszy płacz, ani na opieranie się i wypieranie faktu, że zatajanie prawdy niczego nie zmieni to jeszcze te łzy i syndrom wyparcia uderzą. Mogą się pojawić w każdej możliwej chwili, jeśli tylko pociągnąć jeszcze kilka zdań do przodu. Teraz jednak już się wysłowił - i nie chciał przerywać tylko po to, żeby wisiała nad nim wizja konieczności wrócenia do tego. Co będzie jednak dalej? Jak będzie miał spoglądać na Florence po tym, jak jej powiedział? Ta rozmowa chyba ściągnie mu sen z powiek i zdrowe funkcjonowanie, kiedy słońce już wstanie i będzie nakazywało żyć dalej.
- Nie wiem... nie jestem pewien. - Nawet wtedy do końca nie był pewien. - Byli kolosem. Piramidą z siecią połączeń. Myślałem, że... - zatrzymał się na moment, żeby wziąć głęboki oddech w swoje płuca. Uniósł oczy do nieba, kiedy znowu słone krople ześlizgnęły się po jego policzkach i musiał je zetrzeć chustką. - ... że problem już nie istnieje. Naprawdę... sporej części nie pamiętam. - Opuścił głowę i zamknął oczy, zaciskając palce na nasadzie nosa. - Dante. Tak kazał na siebie mówić. - Mężczyzna, który nawet nie był przystojny, ale nie musiał być. Jego urok drzemał w jego charyzmie. I wtedy nie podejrzewał, że ulegnięcie temu urokowi może go doprowadzić do takiej tragedii. - Wpadłem w oko pewnej kobiecie, która miała z nim własny rachunek do wyrównania. Równie straszna osoba, ale to było bez znaczenia. Chcieliśmy tego samego. Myślałem, że Dante nie żyje. - To była historia w pigułce, ale właściwie - cała. Streszczona, bo Laurent naprawdę nic chciał przywoływać tych wspomnień, które już i tak zalały go falą odbierającą dech w piersi. Jakby się topił, a przecież doskonale pływał. - Zabrałem część złota i uciekłem. To tyle. Cała piękna historia. - Daleko od Londynu. Choć... akurat jego tworzenie New Forest było już wtedy w drodze. To nie tak, że pieniądze były tutaj główną motywacją. Nie. To była jedynie resztka z pańskiego stołu. Tylko Pan tego zamku był jakiś dziwny. Jak trup. Bo i jedzenie, które ze stołu spadło, było zgniłe.
Teraz, z perspektywy czasu, może rzeczywiście były jakieś znaki. Nawet jeśli wtedy Laurent był właśnie tym, kim był - po prostu Laurentem. Chudł wtedy, ale zwalał to na pracę nad New Forest. Był bardziej zajęty. Ale przecież rezerwat. Wszystkie takie małe rzeczy, które nie były wtedy niczym wielkim, niczym wyróżniającym się. Rzeczy, które Laurent zbywał śmiechem i uśmiechem i dawał o siebie zadbać, wpadając na obiad od czasu do czasu do tłumnego domu Bulstrode. Teraz dopełniały obrazu.
- Nie chcieli mnie... nie chcieli mnie zabić. Tego jestem pewien. Próbowałem się bronić. Jedno złe zaklęcie z ich strony zawaliło stary dach nad moją głową.