26.08.2023, 23:58 ✶
Niektóre rzeczy, choć w gruncie rzeczy dobre, potrafiły rozdzierać serce niemal tak samo – jeśli nie bardziej – jak te złe. Bo tak, to w zasadzie było dobre wspomnienie. Odbył podróż, odnalazł swą matkę, która na niego czekała i odszedł – wiedząc, że w gruncie rzeczy jego córki powinny dać sobie radę.
Tak, były dorosłe.
I tak, wspomnienie to niosło ze sobą nadzieję. Nie tylko dla kuzynek, ale i dla samej Mavelle – bo gdy jej samej przyjdzie wsiąść po raz ostatni w Ekspres… kogo spotka na końcu? Może matkę, której nie miała szansy dobrze poznać i o której prawie już nie myślała? Może tam, w Limbo, uda się odzyskać to, co utraciła? Bo tak, miała wspaniałą siostrę, brata – jakkolwiek by nie spojrzeć – ogólnie rzecz biorąc rodzinę, którą kochała całym swoim sercem.
Ale zawsze było to puste miejsce, którego nic i nikt nie potrafił wypełnić – nawet jeśli Bones wydawało się, że ono nie istnieje, bo przecież nie sięgała pamięcią aż tak daleko, a jeśli już, to wspomnienia były bardzo mgliste. Bo Choć Elise się starała, nie da się ukryć, to wciąż… Po prostu pewne rzeczy nie były możliwe, choćby każdy się dwoił i troił.
- Tak, chyba tak – zgodziła się cicho. Raczej zasługiwały na to, by wiedzieć, że do ostatniej chwili (i jeszcze dłużej) wciąż były na pierwszym miejscu. I że może – może? Bo co dokładnie się stało, gdy odwróciła wtedy cykl, by nie rozpłynąć się w tym wszystkim…? - na końcu ich drogi ponownie się spotkają.
Nie zareagowała, gdy drzwi się otworzyły. „Spadaj” zamarło na końcu języka – Brenna była ciut szybsza. I delikatniejsza. Tyle że w istocie, nie mogły tak trwać w nieskończoność, o czym przypomniał im Apollo. Jak nic, musieli się już niecierpliwić… Po raz ostatni pociągnęła nosem i niechętnie wypuściła Brennę z objęć, dość szybko ocierając wolną już dłonią oczy.
Dość tych łez.
- Ale przecież... – zaczęła protestować. Nie, Brenna nie mogła jej tak… zaraz. Mogła. Mimo wszystko była ten stopień wyżej – bo Bones wybitnie do awansu się nie spieszyło i nie bardzo chciała się piąć po szczeblach, uważając, że jednak najlepiej jej jest dokładnie tam, gdzie była – a to, owszem, dawało Longbottom pewne uprawnienia. Zwłaszcza że był w pracy. Westchnęła ciężko, ramiona opadły.
- Może i koniec – mruknęła bez większego przekonania. Bo nadal przecież czuła, że coś nie do końca jest tak, jak należy i nawet już nie chodziło o ten cholerny chłód, który stał się już nieodłączną częścią jej samej – Zobaczymy – odetchnęła głębiej. Tyle słów, jakie mogłaby powiedzieć. Oprotestować. Uprzeć się. A jednak… tak, w zasadzie tak, potrzebowała chwili dla siebie. Może nawet więcej niż chwili.
Uśmiechnęła się blado, smutno, sięgając po różdżkę.
- Zdołam – zapewniła. Oczywiście że zdoła, nie było innej możliwości; nie mogła przecież okazać się jeszcze słabszą niż już myślała, że jest. Może to i nic złego, ale to był Nokturn, to raz, dwa, naprawdę musiała wziąć się w garść – Powodzenia zatem, Brennie – dorzuciła cicho.
I zniknęła.
Cóż, przynajmniej tego dnia raczej nie skończy w najpodlejszej spelunie na Nokturnie...
Tak, były dorosłe.
I tak, wspomnienie to niosło ze sobą nadzieję. Nie tylko dla kuzynek, ale i dla samej Mavelle – bo gdy jej samej przyjdzie wsiąść po raz ostatni w Ekspres… kogo spotka na końcu? Może matkę, której nie miała szansy dobrze poznać i o której prawie już nie myślała? Może tam, w Limbo, uda się odzyskać to, co utraciła? Bo tak, miała wspaniałą siostrę, brata – jakkolwiek by nie spojrzeć – ogólnie rzecz biorąc rodzinę, którą kochała całym swoim sercem.
Ale zawsze było to puste miejsce, którego nic i nikt nie potrafił wypełnić – nawet jeśli Bones wydawało się, że ono nie istnieje, bo przecież nie sięgała pamięcią aż tak daleko, a jeśli już, to wspomnienia były bardzo mgliste. Bo Choć Elise się starała, nie da się ukryć, to wciąż… Po prostu pewne rzeczy nie były możliwe, choćby każdy się dwoił i troił.
- Tak, chyba tak – zgodziła się cicho. Raczej zasługiwały na to, by wiedzieć, że do ostatniej chwili (i jeszcze dłużej) wciąż były na pierwszym miejscu. I że może – może? Bo co dokładnie się stało, gdy odwróciła wtedy cykl, by nie rozpłynąć się w tym wszystkim…? - na końcu ich drogi ponownie się spotkają.
Nie zareagowała, gdy drzwi się otworzyły. „Spadaj” zamarło na końcu języka – Brenna była ciut szybsza. I delikatniejsza. Tyle że w istocie, nie mogły tak trwać w nieskończoność, o czym przypomniał im Apollo. Jak nic, musieli się już niecierpliwić… Po raz ostatni pociągnęła nosem i niechętnie wypuściła Brennę z objęć, dość szybko ocierając wolną już dłonią oczy.
Dość tych łez.
- Ale przecież... – zaczęła protestować. Nie, Brenna nie mogła jej tak… zaraz. Mogła. Mimo wszystko była ten stopień wyżej – bo Bones wybitnie do awansu się nie spieszyło i nie bardzo chciała się piąć po szczeblach, uważając, że jednak najlepiej jej jest dokładnie tam, gdzie była – a to, owszem, dawało Longbottom pewne uprawnienia. Zwłaszcza że był w pracy. Westchnęła ciężko, ramiona opadły.
- Może i koniec – mruknęła bez większego przekonania. Bo nadal przecież czuła, że coś nie do końca jest tak, jak należy i nawet już nie chodziło o ten cholerny chłód, który stał się już nieodłączną częścią jej samej – Zobaczymy – odetchnęła głębiej. Tyle słów, jakie mogłaby powiedzieć. Oprotestować. Uprzeć się. A jednak… tak, w zasadzie tak, potrzebowała chwili dla siebie. Może nawet więcej niż chwili.
Uśmiechnęła się blado, smutno, sięgając po różdżkę.
- Zdołam – zapewniła. Oczywiście że zdoła, nie było innej możliwości; nie mogła przecież okazać się jeszcze słabszą niż już myślała, że jest. Może to i nic złego, ale to był Nokturn, to raz, dwa, naprawdę musiała wziąć się w garść – Powodzenia zatem, Brennie – dorzuciła cicho.
I zniknęła.
Cóż, przynajmniej tego dnia raczej nie skończy w najpodlejszej spelunie na Nokturnie...
Koniec sesji