Laurent tonął w pracy po uszy. I chociaż ustabilizowanie swojego własnego biznesu, z dala od rodzinnego grona (pozornie, bo w zasadzie można powiedzieć, że był filią Prewett jeśli chodzi o hodowlę abraksanów) dawno miał za sobą, to ciągle, nieustannie, było coś do roboty. Głównie przez to, że Laurent non stop sobie też coś do roboty wynajdywał. Wszystko wymagało poprawy, wszystko chciał robić sam, gdyby nie jego współpracownik. Alexander, to blondyn dawno by osiwiał, albo skończył przykuty do łóżka przez rodzinę. Argument? "Za mało o siebie dbasz!". Musimy martwić się o ciebie samego za ciebie. Być może powinien się o to złościć, czasami nawet to robił, tak minimalnie, ale uważał to za naprawdę kochane. Urocze. Nawet jeśli naprawdę nie chciał nikogo martwić. Potrafił nadal znaleźć czas dla wszystkich - bo jeśli już czas wolny brał to właśnie po to, żeby rozmawiać z osobami, które chciał trzymać blisko siebie, chciał być dla nich oparciem i jednocześnie oparcie w nich znajdować. Czasem, nawet jeśli kochał swój rezerwat, chyba tak jak każdy normalny człowiek - miał dość. Zmęczenie potrafiło ogarnąć każdego i nie było w tym niczego złego, dopóki potrafiło się stworzyć bezpieczną przestrzeń do wypoczynku. Miejsce, gdzie oddychasz. Głęboko. Gdzie stres przemijał i nic nie wiązało wnętrzności w obrzydliwy supeł.
Ten brak czasu i skupienie w pełni na pracy miał naprawdę bardzo różne skutki. Między innymi to, że kiedy dostał od kuzynki zaproszenie do Mirage w ten jeden, konkretny dzień, to nawet nie pomyślał, że może chodzić o cokolwiek więcej niż chęć zobaczenia się. Tak po prostu. Z rana nawet nie otworzył jeszcze poczty, nie zdążyło dotrzeć do niego, że to przecież TEN DZIEŃ! Dzień, którego nie przepuściłoby sporo osób. I to nie tak, że nie był świadomy, że to akurat 21 kwietnia, ale chyba każdy z was zna to uczucie, kiedy wasze życie toczy się tak szybko, że orientujecie się, że to wasze urodziny, dopiero kiedy ktoś wam wyskoczy przed twarz z "wszystkiego najlepszego!". Dla Laurenta to był dokładnie taki dzień. Szczególnie, że należał do osób, które nie organizowały wielkich imprez urodzinowych, nie wyczekiwały tego dnia z wielką ekscytacją. Dla niego to był dzień jak każdy inny. Umilony przez upominki i miłe gesty, życzenia... To nie tak, że nie lubił urodzin - lubił! Uwielbiał możliwość do wystrojenia się i to, że było się w centrum zainteresowania i spojrzeń wszystkich! Kochał tę uwagę, jaką dostawał. Zwyczajnie w tym roku to jakoś wszystko przeleciało koło nosa. Rozmyło się w codzienności i prozie zajęć. Obowiązki ponad przyjemności. Choć... bez przyjemności Laurent by chyba nie potrafił funkcjonować. Nie, bez chyba. Na pewno by nie potrafił funkcjonować.
Nie musiał się szczególnie przedstawiać czarodziejowi pilnującemu przejścia i nie wpuszczającemu byle kogo do środka. Uśmiechnął się tylko do niego i przekroczył przez próg świetlistego, bogatego wejścia, by zanurzyć się w splendorze kasyna. Nigdy nie był dobry w rozgrywkach tego typu i kasyna go do siebie też nigdy nie przyciągały. Jeśli je odwiedzał to tylko w ramach nawiązania kontaktów biznesowych, czy stricte towarzyskich - dokładnie tak, jak dziś. I dziś chodziło o to drugie. A nawet więcej, niż drugie, bo Seraphine należała do tych ludzi, którzy mieli specjalne miejsce w jego życiu jak i serduszku. Ubrany w eleganckie szaty czarodzieja utrzymane w barwach ciemnej zieleni pomieszanej z lazurem prezentował się w tym miejscu jak najbardziej na miejscu. Błękitna krew - postawa blondyna nie pokazywała niczego mniej! Zaczepił pierwszą lepszą osobę odpowiedzialną za obsługę lokalu, by poprowadziła go do kuzynki. Dla niego prawie jak drugiej siostry.