02.09.2023, 20:08 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.09.2023, 20:09 przez Jane Potter.)
Gdyby madame Rosier ograniczała się wyłącznie do niwelacji zmarszczek mimicznych, cały proces przebiegłby w dość prosty i szybki sposób. Rzeczywistość wyglądała jednak zupełnie inaczej, gdy kobieta była klientką Jane, a nie jedynie pośrednikiem w ich pozyskiwaniu. Pozwalała sobie na więcej swobody, nie zerkała nerwowo na zegarek w oczekiwaniu na równie nerwową, przyszłą pannę młodą, która miała przybyć na przymiarki, a na domiar złego nic nie popychało jej w kierunku głównej sali sklepu. Zamiast tego raczyła Jane kolejną filiżanką aromatycznej, choć nieco cierpkiej herbaty i po raz dziesiąty w ciągu godziny wypytywała o zdanie na temat najnowszej linii lakierów do paznokci zareklamowanych w ostatnim numerze Czarownicy. I za nic nie pozwalała Potterównie na bezpieczne odpowiedzi na temat ich irlandzkiej konkurencji.
Zbawieniem okazał się dopiero rodzinny skrzat domowy Mulciberów, wzywający Analise do sytuacji alarmowej związanej z płaszczem protektorki rodu.
W przeciwieństwie do madame Rosier, Jane nie ruszyła się jednak z miejsca, zbyt otumaniona nadmiarem plotek, które przed chwilą usłyszała. Ze spokojem sączyła herbatę, ciesząc się tą chwilą spokoju w zamkniętym już sklepie należącym również do jej własnej matki. Rzadko bywała pozostawiona samej sobie, bez wszechobecnej paplaniny rodziny i przyjaciół, a w ostatnim czasie praktycznie wcale. Wydarzenia związane z Beltane ożywiły Zakon Feniksa na tyle, że wszyscy ci, którzy nie musieli dochodzić do siebie w szpitalu, pozostawali wciąż w pogotowiu. I jak tu prowadzić emocjonujące dysputy o połysku na paznokciach?
Nie dane jej jednak było nacieszyć się samotnością, bo zaraz w drzwiach pojawił się intruz. Monsieur Rosier. Cisnęło jej się to na usta wyłącznie z ironią. Często nazywała klientów z francuska, dochodząc do wniosku, że dodawało to nieco renomy i imitowało zagraniczną elegancję, która bogaczom odpowiadała. Błazenada, która zadowala ukrytych za maską makijażu błaznów.
- Myślisz, że jeśli przemienię cię w mysz i uszyjesz mi suknię, to stanę się Kopciuszkiem? - spytała, wzdychając znad herbaty i nawet nie zastanawiając się, czy Christopher zrozumie jej słowa. Większość mugolskich baśni kojarzyła wyłącznie dzięki Brennie.
Zbawieniem okazał się dopiero rodzinny skrzat domowy Mulciberów, wzywający Analise do sytuacji alarmowej związanej z płaszczem protektorki rodu.
W przeciwieństwie do madame Rosier, Jane nie ruszyła się jednak z miejsca, zbyt otumaniona nadmiarem plotek, które przed chwilą usłyszała. Ze spokojem sączyła herbatę, ciesząc się tą chwilą spokoju w zamkniętym już sklepie należącym również do jej własnej matki. Rzadko bywała pozostawiona samej sobie, bez wszechobecnej paplaniny rodziny i przyjaciół, a w ostatnim czasie praktycznie wcale. Wydarzenia związane z Beltane ożywiły Zakon Feniksa na tyle, że wszyscy ci, którzy nie musieli dochodzić do siebie w szpitalu, pozostawali wciąż w pogotowiu. I jak tu prowadzić emocjonujące dysputy o połysku na paznokciach?
Nie dane jej jednak było nacieszyć się samotnością, bo zaraz w drzwiach pojawił się intruz. Monsieur Rosier. Cisnęło jej się to na usta wyłącznie z ironią. Często nazywała klientów z francuska, dochodząc do wniosku, że dodawało to nieco renomy i imitowało zagraniczną elegancję, która bogaczom odpowiadała. Błazenada, która zadowala ukrytych za maską makijażu błaznów.
- Myślisz, że jeśli przemienię cię w mysz i uszyjesz mi suknię, to stanę się Kopciuszkiem? - spytała, wzdychając znad herbaty i nawet nie zastanawiając się, czy Christopher zrozumie jej słowa. Większość mugolskich baśni kojarzyła wyłącznie dzięki Brennie.