Och tak, Laurent zareagował całkowicie naturalnie na ten trzask. Naturalną reakcją było właśnie cofnięcie się, skierowanie spojrzenia na źródło dźwięku. A to, och, to... Laurent zrobił gładziutki krok w tył, gapiąc się szeroko otwartymi oczami na kawałki szkła, na krew, na dłoń Atreusa, który teraz sam gwałtownie się podniósł i poszedł do zlewu, chwytając za ścierę. A blondynowi, jak często na widok krwi, na moment zakręciło się w głowie, przełknął ślinę w suchym gardle i przez moment chciał się złapać krzesła, ale to dziwne wrażenie rozpływania się świata przeminęło. Za to nie przeminął strach, który wręcz podrósł na sile, zebrał się gulą pod gardzielą. Specyficzny zapach ostrej whiskey nie był tutaj problemem, choć dziwnie mieszał się z ziołową herbatą. Problemem był ten żelazisty zapach.
- Nie masz za co przepraszać, nic się nie stało... - Odezwał się pośpiesznie po tych paru sekundach własnego zawieszenia. - Zostaw! Zostaw... pokaleczysz się bardziej... - Złapał za rękę Atreusa chcąc go zatrzymać przed zbieraniem tego szkła szmatą i sam wyciągnął różdżkę gotów zebrać szklankę w jedną całość, żeby żadne odłamki nie zostały, żeby nikt sobie krzywdy nie zrobił. Ale nie zamierzał bardziej protestować ponad to, co zrobił czy powiedział, żeby odwieźć mężczyznę od jego... potrzeby posprzątania. Szczególnie, że już miał ranną dłoń i... ach, cholera, chyba tym trzeba było się zająć? Laurent był najgorszą możliwą osobą do pomocy przy takich rzeczach, gdyby Atreus mu teraz tę dłoń przyłożył do twarzy to na pewno by mu zmiękły kolana i opadłby na tę podłogę licząc gwiazdki tańczące mu przed polem widzenia. Chciał powiedzieć, żeby uważał, żeby się upewnił, czy żaden kawałek szkła nie został w jego dłoni, ale... to wszystko było jakieś chore, jakieś niezdrowe.
Rozbiła się rzeczywistość jak szklanka w dłoni Atreusa.
Czy świat da się tak samo naprawić jak szklankę? Jednym zaklęciem? Naprawić to, co zniknęło, czego nie można było złapać na powrót? Pęknięcia w tej rzeczywistości pozwoliłby Atreusowi polecieć, może odkryłby w sobie nową moc? Nowe możliwości? Lecz nie. Nie było nad tym kontroli, tak jak Atreus nie kontrolował swojego życia. I tak pękał świat coraz mocniej i mocniej... Jakby sam chciał sobie zacisnąć palce na krtani, żeby siebie samego bardziej nie zranić. Najgorsze było to, że w tym wszystkim nadal brało go na żarty. To nie nadzieja umiera ostatnia. To czarny humor, co, Atreusie? Tak cholernie, cholernie przykro... Laurent nie miał siły, żeby go pozbierać i posklejać, jeśli nie mogła tego zrobić taka Florence czy Orion to... przecież jemu nic nigdy nie wychodziło w połowie tak dobrze jak Bulstrodom.
Laurent ruszył po apteczkę Florence i przyniósł ją do kuchni, żeby chociaż można było założyć bandaż z gazą na tę ranę. Bo niczego więcej zrobić nie mógł.
- Tak, to jest moja wina, bo zapytałem, zanim dobrze się zastanowiłem. Szukałem odpowiedzi i nie pomyślałem o konsekwencjach. - Powiedział nad wyraz stanowczo jak na siebie samego. Laurent prawie zawsze był... miękki. Ustępliwy. Nie chciał wchodzić w konflikty, bo go przytłaczały. Zawsze starał się przemyśleć swoje słowa, a tutaj? Wypłynęły jakoś same. Głupota. Nie powinien był sobie na to pozwalać. Trzeba potem spijać konsekwencje swoich czynów. - Zrobiłeś coś dobrego, więc możesz się teraz skupić na szukaniu odpowiedzi. - Kontynuował. - To da się odwrócić. Wiem, że to łatwo powiedzieć, ale może zamiast sięgać po znieczulający alkohol jednak czynnie zacząłbyś brać udział w szukaniu rozwiązania. - Nie mówił tego z wyrzutem, z naganą... nie o to chodziło. - Atreusie, zawsze podziwiałem twoją siłę. Przecież możesz to unieść. Doprowadzić do końca. Zawalczyć. - Laurent chciał... chociaż troszkę pozlepiać te pęknięcia w tym mikrokosmosie. Podtrzymać most między ich światami, który był teraz targany jak przez huragan. Tak niewiele wiedział o tym, co to był dokładnie za sztorm i co się działo, że czuł się jak osoba próbująca zalepić plasterkami dziurę w aorcie. - Chciałbym zobaczyć, jak błyszczysz na końcu tej walki. I wygrywasz. - Bo nawet jeśli ptak uważa, że latanie to choroba to przecież w naturze każdego z nich było zawzięte trzepotanie skrzydłami.