Nie wszystkie wątki w historii były proste do rozpisania. Nie wszystkie były łatwe do akceptacji. O jeszcze innych nie mogłeś zapomnieć. Historia zataczała szerokie koła i czasami lubiła wracać do punktów wyjścia. Mijał czas, mijały dni, tygodnie i lata, a ty w końcu odkrywałeś, że znajdowałeś się dokładnie w tym samym punkcie, w którym już kiedyś byłeś. Nic dwa razy nie mogło zdarzyć się tak samo, więc odkrywasz, że po prostu zmieniłeś się ty, zmieniło się trochę to miejsce, zmieniły się warunki. Napiera na ciebie mimo to nieznośne de ja vu. Laurent miał to de ja vu, kiedy z samego ranka pojawił się na tym niewielkim, uroczym ryneczku, spoglądając na rozpoczynający się z wolna ruch. On - potencjalnie anonimowy w tłumie, choć zdarzyłyby się pewnie osoby, które pewnie skojarzyłyby go z imienia i nazwiska. Tak zapytane i wyłapane, pojedynczo... a może nie? Może naprawdę był tu całkowicie anonimowy? To całkiem zabawne, że człowiek najbardziej samotny mógł czuć się właśnie w tłumie. Ale będąc wśród tylu ludzi już doświadczał tego dziwnego i nieprzyjemnego poczucia bycia obserwowanym. Już właziło mu to pod skórę, dręczyło, drapało ramiona. Ale te wszystkie wrażenia jakoś rozpływały się w codzienności. Dziękował Bogu za to, że miał wokół siebie ludzi, którzy byli w stanie go udźwignąć. Którzy mu pomagali. Pojedyncze siwe włosy zdobiły już platynowe włosy, blizny zbierały się na jego ciele jak kolejne klątwy wszystkich nieprzygód, które zaczęły szarpać jego życiem. Albo to on nim zaczął szarpać? Fatum. Florence napisała, że ma wrażenie, że widzi nad nim jakieś fatum, albo raczej - że ma takie wrażenie. Czy to się miało skończyć tragicznie? Bohater wyklęty, wyniesiony na drzwiach? Nie miał drastycznych wizji, a przynajmniej tak mu się wydawało, bo jakoś bez problemu mógł sobie wyobrazić swoje martwe ciało. I ta wizja wcale nie była przerażająca, przynajmniej nie w tej chwili. Pewnie dlatego, że świeciło słońce, ogrzewało jego bladą skórę i zmęczoną twarz wszystkimi przeżyciami, kiedy on ciągle biegał jak szalony i ciągle do przodu, do przodu, do przodu... nie wiedział nawet, kiedy zasypia i kiedy się budzi. Chwile takie, jak ta, dziwnie bezbronne, były takimi, na jakie nie można było sobie pozwolić w obliczu tych wszystkich szaleństw, jakie się tutaj działy. I jednocześnie to była ta wrażliwość, którą czuł, że mógł mieć. Właśnie przy tej osobie, która obiecała mu to spotkanie.
Czyli kim właściwie? Przyjacielem? Znajomym? Już na pewno nie kochankiem? Przechodził wielokrotnie ze statusu kochanków do przyjaźni, ale to była jakaś wyższa szkoła... jazdy. Umysł Laurenta nie gnał przed siebie jak szalony. Był wręcz ślamazarny, ale przy tym tak przyjemnie spokojny, że mógłby się zanurzyć w tej chwili na całą wieczność. Stojąc przy tej niezapalonej teraz latarence, bo czemu ktoś miałby ją zapalać o takiej godzinie?, miał wrażenie, że czas był więcej niż jednostką względną. Był jednostką, która nie obejmowała jego osoby schowanej pod wskazówką zegara. Wskazówka się przesuwała, a on całkowicie bezwiednie razem z nią. A mimo to lekko odetchnął i wyciągnął z kieszeni spodni zegarek, żeby spojrzeć, która jest godzina. Jeszcze nie taka, żeby ruszać dalej. Może powinien? Może nie powinni się w ogóle spotykać, to była jakaś głupota z jego strony. Ze strony Philipa tym bardziej. Tak, wystarczyło tylko delikatnie dotknąć strunę, która echem poniosła się po jego ciele, żeby ze stanu przyjemnego otępienia, jakby ciągle nie do końca się obudził, wpaść na fale niosącą ze sobą zwyczajny smutek. Obejmujący serce tak samo, jak obejmuje się kochankę - czule i z westchnieniem na ustach. Schował zegarek i podniósł wzrok. Niestety świat nie miał dla niego dobrych wiadomości - Philip Nott pojawił się, całkiem przypadkiem, na Alei Horyzontalnej. Laurent mimo wszystko uśmiechnął się na jego widok nie wiedząc, czy bardziej jest mu smutno, czy w zasadzie jednak cieszy się, że go widzi. Mógł sobie wmawiać (i jemu też), że nie wiedział, co się dzieje, ale wiedział. Tylko nie wolno było o tym głośno mówić ani myśleć.
- To całkiem dziwne spotykać się na śniadaniu, tak po prostu, po tylu latach znajomości. - Po tylu latach wymykania się po nocach, nim wstawał świt i utrzymywania owszem, pozytywnych stosunków, ale wcale nie "bliższych" w oczach całego świata. - Miło cię widzieć. Prezentujesz się tak samo zjawiskowo, jak zwykle. - Biorąc pod uwagę przyzwyczajenia Philipa Laurent również zadbał o to, żeby odpowiednio się ubrać - w elegancką, letnią biel z dodatkiem złotej biżuterii. Proponując Nottowi śniadanie zabrałby go pewnie na jakieś zadupie, do zacisza. Znając Philipa ten pewnie zabierze go do jakiejś restauracji, gdzie srogo przepłacało się za to, co się miało zjeść. Choć też smakowało to odpowiednio dobrze i wyglądało jeszcze lepiej. - Czy zostanę porwany do najdroższej restauracji po tej stronie Tamizy? - Zażartował.