Naprawdę nie narzekał, kiedy przychodziło mu w ramach robienia dobrego wrażenia i zawierania interesów lecieć do innego kraju. Nawet by sam mógł szepnąć słówko czy dwa na uszko swojego ojca, żeby ten go posłał. Zazwyczaj nie musiał. Tak i w tym wypadku nie było inaczej. Francja, piękny kraj o zupełnie innym klimacie architektury niż Anglia otwierała przed nim swoje drzwi niczym droga dziewka rozłożona na czerwonym dywanie. Chętna do wpuszczenia go, ale niekoniecznie chętna do tego, żeby potem wypuszczać. Francja była uzależniająca. W swoim pięknie, artyzmie, w zapachach i kwiatach, które rosły tutaj w szklarni posiadłości Dupont. Może i podparyska posiadłość nie była wielka, ale wystarczająco przestronna, żeby dało się tutaj zagubić na chwilę czy dwie. Nie dlatego, że Laurent stronił od towarzystwa, och nie! Dlatego, że stronił od towarzystwa pijanych ludzi, których zupełnie nie rozumiał.
Poziom trzeźwości we krwi odmierzał możliwość porozumienia i pełnię władz nie tylko umysłowych, ale i cielesnych. Te były już bardzo wątpliwe u co poniektórych gości. Na tyle, że żona jednego czy drugiego szlachetnego panicza wyprowadzała go do karocy, przepraszając serdecznie za męża. Strasze. Lub żałosne. Przecież jeszcze nie wystrzelili fajerwerków. Ten poziom i brak możliwości nawiązania wspólnego porozumienia miał tutaj jednak odrobinę dalej idące znaczenie. Głębszy sens, jeśli wierzyć poetom - drugie dno. Jak zwał, tak zwał. Rzeczywistość ograniczała to do faktu bardzo prostego - bariera językowa. Oczywiście nie był tutaj jedynym gościem z Anglii, nie był nawet jedyny ze swojej rodziny, ale w pewien sposób było to dla niego wręcz frustrujące. Dla niego jako dla osoby kochającej brylować w towarzystwie i czującej nieustanną potrzebę, by pojawić się to tu, to tam, poczarować piękne niewiasty i... równie eleganckich panów. Love is love. Laurent niekoniecznie poszukiwał miłości. Za to kochał poszukiwania westchnień i pełnych miłości spojrzeń. Tak więc gdy procenty we krwi rosły, jakoś też i towarzystwo chętnie porozumiewało się ze sobą po francusku. Nie zostało wiele do północy, kiedy nogi selkie poniosły go z dala od towarzystwa...
Kiedy jego wołająca o obecność morza krew przyprowadziła go do tej szklarni. Było tu ciepło pomimo zimowego wieczoru, który śniegiem barwił szyby i puchem okrywał dach. Bajeczny widok. Ruchem różdżki rozjaśnił pomieszczenie, żeby spojrzeć na wymyślne rośliny, jakie tu zasadzone. Niektóre były ziołami kryjącymi się między krzewami i pomniejszymi drzewkami, inne z kwiatów zachwycały kloszami. Intensywny zapach kwiatów był czymś, co bardzo chętnie wymienił na woń wina i szampana. Odłożył lampkę na stolik, na bok, żeby nie przeszkadzała. I tak nie zamierzał tego wypijać. Nie zrozumcie mnie źle - nie dlatego, że nie chciał. Nie mógł. Ale to był mały sekrecik selkie, o którym niekoniecznie wszyscy musieli wiedzieć. Próba ukrywania tego, że nie możesz pić alkoholu i tłumaczenia, że zwyczajnie nie możesz, niekoniecznie docierała do wszystkich i w większości kończyła się upowszechnionym wrażeniem, że "próbujesz ich obrazić". Nonsens. Z pewnymi zachowaniami niestety nie dało się dyskutować. Można było za to radzić sobie innymi sposobami. Bo przecież tam, gdzie ani słowo, ani czyn nie pomoże, tam należało być wystarczająco sprytnym i poradnym, żeby wyślizgnąć się z problemu niezauważenie. I to była najbardziej bezpieczne z rozwiązań, jakie do tej pory napotkał na swojej drodze.