23.09.2023, 20:41 ✶
Bellowie przybyli w ostatnich miesiącach w okolice Doliny Godryka. Jesień wymagała od nich przygotowania się na zimę, a w sadowniczej osadzie można było tworzyć zapasy w naprawdę niskich cenach. Edge miał w tym nawet swój udział, bo targowanie się i przenoszenie ciężkich skrzyń znajdowało się w zakresie jego kompetencji, dalsza pomoc - niebardzo, lepiej mu szło budowanie konstrukcji niż krojenie marchwi, a i tak nikt go w kuchni nie chciał, bo im bardziej był zdenerwowany, tym bardziej wszystkich irytował. Długo tułał się więc po okolicach, a wizja zbliżającego się sabatu była jakąś szansą na odetchnięcie od popadania nudną, wyżerającą chęci do robienia czegokolwiek rutynę. Okazało się jednak, że pomijając już nawet kwestie sabatu, Samhain przerwało passę dni zlewających się w jeden, bo tego ranka obudziło go łkanie (dla jasności - to nie był ranek, dobijała już szesnasta, a Flynn położył się o nieludzko późnej godzinie). Kiedy wyszedł z wozu, jego oczom nie umknęło, że spora część rodziny zebrała się w kole i słuchała historii Willy'ego. Flynn zbliżył się tam powoli, próbując wyjrzeć zza głów swoich braci i sióstr i wyłapać, jaką w ogóle miał minę.
- ...przysięgam wam, że nie kłamię, to nie ja zabrałem te pieniądze - mówił chłopaczyna, trzęsąc się przy tym. Alexander stał nad nim z rękoma splecionymi na wysokości klatki piersiowej i nie mówił nic. - Tej nocy nawiedził nas Dullahan!
- Willy, mamy ci uwierzyć, że nasze oszczędności zostały ukradzione przez wróżkę?
- Ale tak było! Pojawił się tutaj znikąd, przecież nikt nie potrafi teleportować się na koniu, nie wiem nawet jak to zrobił, że dostał się do środka i...
Flynn uniósł w górę brwi i przerzucił ciężar ciała z jednej nogi na drugą.
Według tej pełnej emocji opowieści, mityczny (i trochę nietutejszy) Dullahan miał pojawić się, aby okraść wędrowną rodzinę cyrkowców. Flynn zetknął się w swoim życiu z wieloma religiami, ale nie przekonał się do żadnej z nich. Koncepcja życia pozagrobowego była dziwaczna - niby istniały duchy, ale one wydawały mu się jedynie zapisem dawnych wspomnień. Śmierć była końcem, bo wszystko musiało mieć jakiś koniec. Takie święta jak Samhain, dotyczące wędrówki dusz, rozumiał więc jako jakąś luźną interpretację krążącej wokół wszystkiego energii. Traktował je więc, zważywszy na bycie zażartym ateistą, tylko i wyłącznie jako okazję do zabawy i zjedzenia czegoś dobrego. Duchowa sfera omijała go szerokim łukiem. A wróżki? Tak na poważnie - czy ktokolwiek spotkał kiedyś jakąś wróżkę? Patrząc po minie zebranych wokół, najpewniej nikt...
Alexander nie wiedział do końca co powiedzieć. Przekazał wszystkim, żeby rozejrzeli się za potencjalnym złodziejem, ale... Mieli naprawdę mało tropów (o ile to, że złodziej nie miał głowy to żaden trop) i jeszcze mniej jasnowidzów mogących nakierować ich na cokolwiek z sensem.
~ ✶ ~
Flynn i Layla dotarli na sabat osobno. Jest nawet szansa, że nie porozmawialiby tego dnia w ogóle, gdyby dziewczyna była naocznym świadkiem tego, że Willy jednak (potencjalnie) nie kłamał - tego wieczoru, kiedy nad Polaną Ognisk było już ciemno, dziewczyna zauważyła tabliczkę jednej z pobocznych atrakcji sabatu - po przejściu dróżką na uboczu, miało się dojść do upiornego wozu Dullahana, najpewniej atrakcji dla dzieci. Głupio było iść tam samemu, a Flynn znajdował się w zasięgu wzroku i nie miał nic do roboty - właśnie dostał w liścia od jakiejś półwili i dopijał drinka obok szalejącego ognia, prawdopodobnie zastanawiając się, czy do niego nie wskoczyć.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.