• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Inne części Anglii v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[noc 27/28.06.1972] Brenna & Laurent | Dreams Where Ur Murdered

[noc 27/28.06.1972] Brenna & Laurent | Dreams Where Ur Murdered
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#11
04.10.2023, 21:45  ✶  

Złapał Brennę pod ramię - to, po której nie płynęła jej krew. Z przerażeniem obserwował, jak jej nogi są miękkie, jak nie ma w nich na tyle siły, żeby nawet w pełni się podnieść. Musiała bardzo mocno uderzyć w drzewo. Czy poczynione zostały jeszcze jakieś szkody? Przesuwał oczyma po jej sylwetce, czy jeszcze gdzieś była krew. Czy żebra miała całe, czy mogła oddychać, czy to w ogóle dobry pomysł, żeby wstawała? Nigdy nie był tego pewien. Nie był medykiem, ale znał się na fizjonomii na tyle, żeby wiedzieć, że jeśli rzeczywiście coś masz połamanego to ruszanie się nie było najmądrzejszym pomysłem. A tutaj mieli trochę możliwości przemieszczania się, po prostu musiałby... och, musiałby ich tutaj zostawić. Ją i Cane'a, który sam podpierał się ciężko swojego boku, próbując nawet cicho oddychać, nie wspominając o jakimkolwiek innym poruszaniu się. Mogła nie uważać się za wybrańca czy za Dumbledora, ale zdaniem Laurenta nie musiała nim być. Była... Brenną. Tylko tyle i aż tyle. Zawsze chroniących wszystkich Brenną.

Nie zamierzał się z nią kłócić, czy coś jej jest czy nie jest - bo było. I żeby to stwierdzić też nie musiał być medykiem i nie potrzebował dyplomu z medycyny. Było i to całkiem sporo, skoro tak się prezentowała - nie miał pojęcia też, co podziało się w tamtej kotłowaninie i modlił się, żeby Duma nic jej nie zrobił, nie zahaczył przypadkiem zębem. Gdybym tylko wiedział... Ale nie wiedział. Nie znalazł na niej żadnych widocznych w tym mroku śladów obrażeń, nie chciał jej świecić też światełkiem różdżki przed oczami, ale może powinien? Jeszcze gotowa go była pogonić...

- Nic mi nie jest. - Faktycznie, nawet go nic nie drasnęło. Spojrzał krótko na Dumę, który teraz siedział i uparcie lizał się po boku, pisnął ze dwa razy. Będzie musiał poczekać, kochany psina. Wyglądało na to, że nic mu poważnego nie było, może jakieś zaklęcie go jednak tam drasnęło. Potem, potem. Wszystko potem... - Poczekaj chwilę... Brenno..! - Bogowie, ta kobieta..! Uniósł różdżkę, trzymając Brennę, żeby przelać swoją energię życiową na nią. Może nie powinien, bo zaraz zacznie tutaj biegać, jakby naprawdę nic jej nie było, ale był świadom równie dobrze jak ona, że wcale nie byli bezpieczni. Szczególnie, że ciągle nie wiedział, czy ta zawierucha nie ściągnie tutaj jakiegoś stworzenia.

- Jestem..! - Odezwał się słabym głosem Cane.

- Już po ciebie idę! Poczekaj! - Zawołał i puścił Brennę, dotykając na moment swoją klatkę piersiową. - Brenno nie biegaj tylko, zaraz się stąd wydostaniemy, dobrze? - Z tego wszystkiego nawet zapomniał, że Brenna mogła się teleportować stąd po prostu i chociażby... iść szukać pomocy, albo cokolwiek. Ale nie pomyślał o tym. Pobiegł zaraz do Cane'a, który wylazł ze swojego ukrycia, złapał go, by i puścić go przodem, trzymając jego rękę.

- Wszystko w porządku? Brenno... Brenno... - Mężczyzna miał płaczliwy głos, ale się trzymał. Laurent ściągał swoje brwi, i przesunął dyskretnie różdżką w powietrzu, by i jemu rozdzielić trochę swojej siły. Zrobiło mu się słabo i niedobrze, ale tym razem z ubytku sił. Puścił go, na moment samemu się zatrzymując, kiedy mężczyzna na własnych siłach podszedł do Brenny.

- Wyprowadzę was... stąd. Proszę, nie zbaczajcie z drogi, tutaj nie jest bezpiecznie. - Wbrew temu, co chyba myślał Cane, kiedy tutaj wbiegał. I kiedy chciał biec dalej, pogoniony przez Brennę. - Duma, do domu. - Polecił jarczukowi. Ten szczeknął w odpowiedzi i ruszył do przodu żwawym krokiem. Ociekając krwią, która spływała po jego krótkim, czarnym włosiu. Laurent ruszył za nim, ale podszedł uprzednio do Brenny i Cane'a. - Potrzebujecie pomocy? Poradzicie sobie? Możesz na pewno iść, Brenno? - Upewnił się, gotów być chociażby stelażem dla wariującego błędnika, gdyby była taka potrzeba.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
Chichot losu
I’m not looking for the knight
I’m looking for the sword
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
widmowidz
zawód
detektyw BUM
Brązowe włosy, ciemne oczy, wzrost wysoki jak na kobietę, bo mierzy sobie około 179 centymetrów wzrostu. Twarz raczej sympatycznie ładna niż piękna, nie wyróżniająca się przesadnie i rzadko umalowana. Brenna porusza się szybko, energicznie, głos ma miły i rzadko go podnosi. Ubiera się różnie, właściwie to okazji - w ministerstwie widuje się ją w umundurowaniu albo w koszuli i garniturowych spodniach, kiedy trzeba iść gdzieś, gdzie będą mugole, w Dolinie w ubraniach, które ujdą wśród mugoli, a na przyjęcia i bale zakłada typowe dla tej sfery zdobione szaty lub suknie. W tłumie łatwo może zniknąć. Jeżeli używa perfum, to zwykle to jedna z mieszanek Potterów, zawierająca nutę bzu, porzeczki i cedru, a szamponu najczęściej jabłkowego, rzecz jasna też potterowskiego.

Brenna Longbottom
#12
04.10.2023, 22:26  ✶  
– Nie trzeba, Lauri. Dam sobie radę – powiedziała łagodnie, odpychając dłoń Laurenta, kiedy poczuła, że zaczął przelewać ku niej swoją energię, przerywając proces. Nie było z nią dobrze, ale nie było też bardzo źle: obrywała w życiu dostatecznie wiele razy, aby potrafić to ocenić. Nie byłaby może w stanie podjąć pościgu i sprawnie walczyć, ale utrzyma się na nogach. Miała w sobie wystarczająco wiele uporu, aby być w stanie działać. Choć pozwoliła mu sobie pomóc, gdy wstawała, nie protestowała wobec ujęcia pod rękę, nie przyjęła już tego wsparcia, którego usiłował udzielić własnym kosztem.
Powinna prawdopodobnie go zganić za używanie tego zaklęcia. A w gruncie rzeczy to aresztować. Ale zasadniczo, Brenna musiałaby aresztować i samą siebie, gdyby chciała tak ściśle przestrzegać litery prawa. I to za więcej niż jedną rzecz. Jeżeli nawet w jej głowie zrodziły się jakieś wątpliwości wobec Prewetta, gdy zobaczyła, jak swobodnie używa nekromancji, to w tej chwili w żaden sposób nie dała ich po sobie poznać. Ruszyła po prostu w stronę Cane’a, idąc ku niemu w ślad za Laurentem.
– Nic mi nie jest, Cane. Tylko trochę się poobijałam – zapewniła, podchodząc bliżej. Zdołała nawet rzucić lumos i na końcu różdżki zapłonęło światło. Uniosła ją lekko, by oświetlić Cane’a: nie wyglądał dobrze. Właściwie wyglądał bardzo źle – on w przeciwieństwie do Laurenta z pewnością oberwał. Sam czarodziej mierzył teraz Brennę trochę przerażonym spojrzeniem.
– Przepraszam, Bre. Gdybym nie…
– Nie zrobiłeś nic złego – ucięła, bo wcale nie chciała, aby opowiadał o wszystkich szczegółach tutaj. Nie teraz, kiedy nie byli pewni, czy są bezpieczni. I niekoniecznie przy Laurencie. Stanął po ich stronie, a Brenna nie chciałaby uwierzyć, że wsparłby śmierciożerców, ale… nie mogła być pewna, czy nie powie paru słów za dużo. Do Edwarda Prewetta, do Victorii, do Oriona, do Atreusa. A sprawa z każdym z nich była cholernie skomplikowana, nawet jeżeli Brenna nie wierzyła i w to, by ktoś z tych ludzi nosił na ręku mroczny znak.
– D…dam radę – wykrztusił Cane. Na czole perlił się mu pot, a koszulę miał uwalaną krwią, ale z trudem mógł się poruszać. – Ja… ja nie mam różdżki. Wytrącili mi ją z rąk…
– Załatwimy ci nową – obiecała Brenna. – Damy radę iść. Pozwolisz nam skorzystać z kominka? Cane nie może się teleportować.
Nie byłby w stanie zrobić tego nawet normalnie. Nie bez powodu uciekł właśnie tutaj, na teren rezerwatu. A teraz w dodatku nie miał różdżki. Musiała go gdzieś odesłać – i w tej chwili do głowy przychodził jej głównie Dziurawy Kocioł. Ostatecznie Warownia, chociaż wolałaby nie wciągać mężczyzny aż tak głęboko w Zakon Feniksa. Tak czy inaczej, to miało być rozwiązanie na chwilę, gdy już zdecydują, czy zgłaszać sprawę… i czy uda się wykreślić jej udział w tej… później coś wymyślą.


Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#13
04.10.2023, 22:43  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 04.10.2023, 22:44 przez Laurent Prewett.)  

Starał się wyciszyć swój umysł, nie nakręcać na zaklęcie, które się w nim powtarzało uparcie, a które brzmiało mniej więcej: borzeborzeborze... Jak można było się domyślić - nie było to zbyt efektywne zaklęcie. Obejrzał się jeszcze raz na miejsce, gdzie zniknęła im tamta dwójka. O zgrozo, mimo całe swojej niechęci wobec Śmierciożerców to miał nadzieję, że mimo wszystko nie zginą. Na śmierć nie zasługiwał nikt. Na karę - owszem. Ale zgodną z prawem. Choć też nie potrafił powiedzieć, żeby było mu bardzo żal osób, którym życie innych nie robiło różnicy. Którzy odmawiali tego życia osobom, które nie posiadały czystego rodowodu. Nadszedł dzień,
którego bałem się najbardziej.
Dzień, gdzie nie tylko widmo Dantego przysłoniła jego słońce, ale do jego ukochanego lasu wdarli się Śmierciożercy. Liczył się z tym już w momencie, kiedy zdecydował się coś zmienić. Z widmami, z Ministerstwem. Starał się uważać, jak wypowiada się o tej terrorystycznej organizacji, żeby nie ściągać na siebie zbyt wielkiej uwagi. Nie przyszli tutaj zresztą nawet do niego, po niego, nie przyszli żeby brudzić w New Forest. Przybyli tutaj za porządnym mieszkańcem okolicy. Tylko tyle albo aż tyle.

- Proszę się nie przejmować różdżką, spróbuję jej poszukać jutro rano, a jeśli nie to tak jak mówi Brenna - zakup nowej to nie problem. - Zapewniał mężczyznę, chcąc go uspokoić. Uspokoić go, podczas gdy jemu samemu było daleko do spokoju. Adrenalina ciągle buzowała w jego żyłach i napędzała go, ale serce waliło jak młotem i już czuł, że ma problemy z oddychaniem. Spojrzał po ciemnych gałęziach drzew, ale nigdzie nie widział Fuego. Wyglądało na to, że uciekł, kiedy tylko poczuł zagrożenie. Dobry chłopiec. Laurent miał tylko nadzieję, że w całej tej sytuacji nie zwrócił na siebie tyle uwagi, żeby wzbudzić zainteresowanie mężczyzn. Niestety w takich chwilach tak bywało, że czarny scenariusz ciężko było po prostu usunąć. Że feniksowi znów mogło coś grozić. Że... stworzeniom tutaj mogło coś grozić. Mugolom w okolicy? Czuł ciśnienie pulsujące w głowie i słyszał własną krew, kiedy uniósł różdżkę i zaczął ich prowadzić przez New Forest w stronę swojego domu.

- Oczywiście! Mogę sprowadzić mojego medyka, na pewno chcecie się teleportować? Albo mogę pójść do Munga po lekarza... - Chyba im mniej ruchu w takim przypadku tym lepiej? Laurent ciągle oglądał się z niepokojem za siebie, za ramiona. Ten las nigdy go nie przerażał. Ale teraz, wśród tych dźwięków nocy, kiedy każdy ruch liści brzmiał jakby zaraz ktoś miał wyjść z krzewów - teraz się go bał. Bo wkradli się tu ludzie, którzy ten strach powodowali. Mimo tego to nie strach był główną dominą jego odczuć. Bo ta determinacja wcale nie zniknęła z jego oczu. Płomień, którego nie było tam od czasów szkolnych, znowu zaczął się w nim tlić. Cel. Czuł, że ma cel.

Zwolnił trochę i zrównał się z Brenną i mężczyzną, żeby pilnować go z drugiej strony. Asekurować, żeby nie upadł. Złapał go pod ramię - nie protestował. Czujnie sprawdzał jego siły życiowe - potrzebował pomocy, to było jasne. Ale pilnował, żeby im tutaj nie upadł i żeby te obrażenia się nie pogłębiały. Żeby utrzymać jego zdrowie, dopóki nie sprowadzą pomocy. Albo dopóki... oni gdzieś się nie ulotnią.

Puścił dopiero, kiedy znaleźli się już w jego ogrodzie, żeby podbiec do drzwi na miękkich kolanach i otworzyć je. Nie oglądał się na nich - machnął tylko ręką dając znać, żeby wchodzili. Duma wbiegł przed nim, węsząc wokół, robiąc przebieg po wszystkich pomieszczeniach. Normalnie przywołałby go do porządku, bo był nauczony by czekać na wyczyszczenie łap, ale teraz porządek w domu był ostatnim o co się martwił. Jednym ruchem różdżki rozpalił światła.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
Chichot losu
I’m not looking for the knight
I’m looking for the sword
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
widmowidz
zawód
detektyw BUM
Brązowe włosy, ciemne oczy, wzrost wysoki jak na kobietę, bo mierzy sobie około 179 centymetrów wzrostu. Twarz raczej sympatycznie ładna niż piękna, nie wyróżniająca się przesadnie i rzadko umalowana. Brenna porusza się szybko, energicznie, głos ma miły i rzadko go podnosi. Ubiera się różnie, właściwie to okazji - w ministerstwie widuje się ją w umundurowaniu albo w koszuli i garniturowych spodniach, kiedy trzeba iść gdzieś, gdzie będą mugole, w Dolinie w ubraniach, które ujdą wśród mugoli, a na przyjęcia i bale zakłada typowe dla tej sfery zdobione szaty lub suknie. W tłumie łatwo może zniknąć. Jeżeli używa perfum, to zwykle to jedna z mieszanek Potterów, zawierająca nutę bzu, porzeczki i cedru, a szamponu najczęściej jabłkowego, rzecz jasna też potterowskiego.

Brenna Longbottom
#14
04.10.2023, 22:57  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.03.2024, 14:54 przez Brenna Longbottom.)  
Cel.
Brenna też miała cel. W jakimś innym życiu – gdzie nigdy nie pojawił się Voldemort – może po prostu żyłaby zwykłym życiem – ale w tym skupiała się głównie na próbach ochrony ludzi, tych bliskich i tych mniej bliskich przed śmierciożercami. Ustawiła się więc z prawej strony Cane’a, wciąż z różdżką, chociaż jej palce, pokryte krwią, ślizgały się po drewnie i nie była pewna, ile zdoła rzucić zaklęć, a biodro i żebra sprawiały, że utykała z każdym krokiem nieco bardziej. Szła jednak do przodu bardzo uparcie.
– Nie – zaprotestowała, dość gwałtownie, kiedy Prewett wspomniał o Mungu. Ale zaraz uświadomiła sobie, że w gruncie rzeczy byłoby dobrze, gdyby Cane dostał ochronę Ministerstwa, a tych dwóch zaczęto by szukać oficjalnie. – Nie do mnie.
– Bre?
– Przecież nie chcesz się ukrywać – powiedziała Brenna z pewnym znużeniem, kiedy zbliżali się coraz bardziej do domu. Gdyby chciał, pomogłaby mu, ale podejrzewała, że ten mężczyzna tego nie zechce. – Pomogę ci znaleźć inne lokum, ale właściwie najlepiej, jeśli tych dwóch zaczną ścigać oficjalnie. Tylko…
Zawahała się.
Bo wiedziała, że Cane zrobi dokładnie to, o co poprosi, ale dlaczego Laurent Prewett miałby dla niej kłamać?
– Tylko? – spytał Cane, dość cicho.
– Najlepiej, gdyby nikt nie wiedział, że naprawdę dobrze znam Cane'a – stwierdziła w końcu sucho. Kiedyś chciała zwracać na siebie uwagę, odciągnąć ją od Idy i od Patricka. Ale teraz pół świata patrzyło na Stewarda, a Moody… Brenna nie wiedziała tak naprawdę, co robiła dotąd, była jednak świadoma, co spotkało ją teraz. A to oznaczało, że ona powinna chociaż na jakiś czas przestać robić wokół siebie tyle zamieszania. Tyle że nijak jej to nie wychodziło. – Nie byłoby dobrze, jeśli do uszu śmierciożerców dotarłoby, że po godzinach pracy pomagam komuś z rodziny mugoli. A zwłaszcza nie powinni o tym usłyszeć Edward Prewett i Victoria Lestrange. Wiem, że to twój ojciec, Laurent, ale pewnie narobiłby mi kłopotów. A Tori kocham, ale… jej rodzina ceni sobie czystość krwi, a wola rodu zawsze była dla niej ważna. Niekoniecznie chcę, żeby wszyscy wiedzieli, że przyjaźnię się z mugolakami. To ściągnie dużo uwagi.
Nie patrzyła na Prewetta.
Choć całą sobą czekała na reakcję. Bo od niej… zależało wiele. Niekoniecznie dobro samej Brenny – w końcu wielu już i tak widziało w niej zdrajczynię krwi i wiedziała, że śmierciożercy wykorzystają każdą okazję, by jej zaszkodzić. Ale być może pewna idea, rodząca się jej w głowie… już tak.


Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#15
05.10.2023, 09:18  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.10.2023, 09:19 przez Laurent Prewett.)  

Brenna rozminęła się z celem, a Laurent chwycił go w swoje dłonie. Chronić. Miał małe możliwości, żeby bronić najbliższych i w większości, jego zdaniem, wychodziło to po prostu źle. Nie wszystkim pomóc się dało. Nie wszyscy pomocy chcieli. W jeszcze innych wypadkach nie wszyscy potrzebowali akurat twojej pomocy. Może nazywanie tego celem to za dużo powiedziane? Bo w końcu musiałoby mieć to swoją metę, musiałoby mieć kroki do wypełnienia, żeby udało się wykonać każde z nich i rzeczywiście stanąć tam, gdzie ten "cel" uznałbyś za ukończony. Czy koniec Voldemorta mógłby być takim celem..? Wizją tego, że wtedy świat byłby lepszym miejscem?

Ostre zaprzeczenie było dla Laurenta kolejną dozą szoku. Nie. Czemu nie? Jakie ukrywanie się? Przed czym się Brenna ukrywała? Przed Śmierciożercami? Przecież była brygadzistką! Owszem, nie z rodziny mugolskiej, ale nadal brygadzistką - z jej charakterem pewnie skopywałaby tyłki nie tylko tym z Nocturnu, ale też tym, którzy się chowali za białymi maskami i wyglądali jak sama Śmierć, która przyszła powiedzieć "dobranoc". Żyła normalnie. A może nie? Może rzeczywiście chowała się gdzieś po godzinach pracy... ale wędrowała wszędzie normalnie. A może... nie? Nie rozumiał jej słów ani ich wymiany zdań. Jeszcze raz: to BRYGADZISTKA! Czemu miałaby nie chcieć zgłaszać tego do Ministerstwa? Czemu Cane miałby nie chcieć... ach. Jasne, rozmawiał o tym z Norą. Wróg mógł być wszędzie. Lecz jeśli próbujesz coś zakopać głęboko to staje się bardziej narażone na atak, niż kiedy położysz to w jasnym słońcu. Z bardzo prostej przyczyny - wtedy więcej oczu patrzy.

Jej zakończenie o tym, że lepiej, żeby nikt nie wiedział, że tu była, zatrzymało go już w zdumieniu. Zatrzymał się przed swoim kominkiem - tym samym, przy którym siedzieli ostatnim razem, kiedy wywoływał ducha. Powinni byli iść, leczyć się, wołać o pomoc, gdziekolwiek zamierzali iść razem, jeśli nie chcieli jego pomocy - nie dziwił się, tutaj mogło być niebezpiecznie, chyba lepiej, żeby stąd poszli, jeśli mężczyzna był ścigany przez Śmierciożerców. Choć Laurent ciągle nie wiedział, że nimi nie byli. To, co powiedziała następne brzmiało... z sensem. Laurent odruchowo pokiwał głową... nie, zaraz. To nie miało żadnego sensu. Otrząsnął się z tego szoku i poklepał parę razy po klatce piersiowej, mając nadzieję, że ucisk z niej zaraz sam zniknie. To, co mówiła, było absolutną abstrakcją.

- Czy ty... Brenno, czy ty... - Patrzył na nią z niedowierzaniem, bo jej kontury nagle całkowicie mu się rozmywały. - Mówisz mi, żebym nie zaufał dwóm osobom, którym powierzyłbym swoje życie? Którym ufam najbardziej na świecie? - Bardzo lubił Brennę i również miał do niej zaufanie. Ale... Atreus był z nim zawsze. Victoria od roku była mu niezwykle bliska. A jeśli kłamałby Atreusa to miałby kłamać też Florence? Oriona? Ach... Florence? Nie potrafiłby. Dla Laurenta drobne kłamstwa, niedopowiedzenia, nie były problemem, ale to nie o to nawet chodziło. To byłoby niewłaściwe. I nawet by nie był w stanie. - Nie zrozum mnie źle, nie chcę cię narażać na niebezpieczeństwo, ale... jeśli nawet brygadzistka boi się walczyć z tą plagą, z... - Przerażało go to. Przerastało. - Jak ja wyjaśnię, że dwójka Śmierciożerców zaatakowała mnie i Cane'a w New Forest? - Zabrzmiałoby bardzo dziwnie, gdyby powiedział, że nie potrafi za dobrze czarować. Bo akurat jego różdżka i jego wola doskonale ze sobą współpracowały, kiedy przychodziło ochronić Cane'a czy las. Ale to był raczej wyjątek niż reguła. - Edward może nie jest święty, może nie przepada za waszą rodziną, ale wie, co to jest wdzięczność. Już drugi raz ocaliłaś mi życie. - Nie powinni teraz w ogóle ciągnąć tego tematu. Spojrzał na Cane'a. Potrzebował teraz pomocy, a nie pogawędek. Problem tkwił też w tym, że w jego głowie nie mieściło się to, co powiedziała Brenna. Lepiej, żeby Śmierciożercy nie wiedzieli, że pomagam mugolom... - Idź, jeśli chcesz. Zabiorę Cane'a do Munga.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
Chichot losu
I’m not looking for the knight
I’m looking for the sword
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
widmowidz
zawód
detektyw BUM
Brązowe włosy, ciemne oczy, wzrost wysoki jak na kobietę, bo mierzy sobie około 179 centymetrów wzrostu. Twarz raczej sympatycznie ładna niż piękna, nie wyróżniająca się przesadnie i rzadko umalowana. Brenna porusza się szybko, energicznie, głos ma miły i rzadko go podnosi. Ubiera się różnie, właściwie to okazji - w ministerstwie widuje się ją w umundurowaniu albo w koszuli i garniturowych spodniach, kiedy trzeba iść gdzieś, gdzie będą mugole, w Dolinie w ubraniach, które ujdą wśród mugoli, a na przyjęcia i bale zakłada typowe dla tej sfery zdobione szaty lub suknie. W tłumie łatwo może zniknąć. Jeżeli używa perfum, to zwykle to jedna z mieszanek Potterów, zawierająca nutę bzu, porzeczki i cedru, a szamponu najczęściej jabłkowego, rzecz jasna też potterowskiego.

Brenna Longbottom
#16
05.10.2023, 09:38  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.03.2024, 14:55 przez Brenna Longbottom.)  
Brenna chciała, żeby tę sprawę zgłosić Brygadzistom - a raczej aurorom, bo to była ich działka, gdy używano czarnej magii. Oni mogli ruszyć w pościg natychmiast - ona w tym stanie niekoniecznie.
Wolałaby po prostu, aby nikt nie wiedział, że tu była.
Cane zachichotał - trochę nerwowo. Może była to histeria, a może coś w słowach Laurenta go rozbawiło. Zaraz zdusił ten śmiech i złapał się za żebra, a z jego ust wydobył się boleściwy lęk. Brenna zaś przystanęła, spoglądając na Prewetta z krzywym uśmiechem na pokrytych krwią ustach. Zastanawiała się, co mu powiedzieć: bo z jednej strony może i lepiej byłoby, gdyby uwierzył, że tak, bała się, z drugiej, nikomu nie pomogłoby, jeśli ludzie zaczną wierzyć, że nawet Ministerstwo zbyt boi się Voldemorta, aby podnosić różdżki.
- Nie Victorii się obawiam, a tych, którzy są wokół niej. Jej matki, jej wujostwa, kuzynostwa i rodziny... z którą jest powiązana. I wierzę, że Edward Prewett poruszyłby dla ciebie niebo i ziemię, ale gdyby dowiedział się za wiele o mnie... uważasz, że by tego nie wykorzystał? - spytała, przekrzywiając lekko głowę. Jakby z lekkim zamyśleniem. Bo tak naprawdę niezależnie od tego, jaką decyzję podjąłby Laurent, Brenna była w stanie się z tego wyłgać. To nie był jeszcze kryzys, zwłaszcza, że wiedziała, że Cane przedstawi dokładnie taką wersję, o jaką by poprosił. O Atreusie i Orionie nie wspominała, bo bardziej nasuwali się jej Edward i Victoria... a Florence... cóż. Akurat ona ze względu na relację z Patrickiem i tak została już we wszystko wciągnięta, więc Prewett mógł mówić jej, co tylko zechciał. - Jak sądzisz, Laurencie Prewett, dlaczego tuż po zakończeniu służby, znalazłam się w środku nocy na drugim końcu kraju, akurat w momencie, w którym dwóch mężczyzn... nawiasem mówiąc, to raczej nie byli sami śmierciożercy, nie mieli masek... próbowało zabić mugolaka, którego oficjalnie nie znam?
- Posłałem jej wiadomość... a, zaraz. Przepraszam, to było retoryczne - wymamrotał Cane, trochę nerwowo. - Ale wiecie, czy musimy tutaj stać? Bo oni mogą wrócić.
- Przepraszam - powiedziała Brenna, uśmiechając się do niego, bo rzeczywiście, on jak najszybciej musiał trafić w ręce medyków. Ona... cóż, jeśli oficjalnie jej tu ostatecznie "nie będzie", to przyjdzie jej zadowolić się maściami. A potem znów zwróciła spojrzenie na Prewetta. Bo... niestety... ale kilka rzeczy musieli ustalić. - Nie proszę, żeby nie zgłaszać tego aurorom, wręcz przeciwnie, sądzę, że trzeba to zgłosić. W tej chwili decyzja należy do was, uważam, że lepiej, aby od razu ruszono w pościg, ale nie zamierzam was do niczego zmuszać. Proszę, żeby nie wspominać o tym, że Cane poprosił mnie o pomoc, gdy zaczął uważać, że może wpaść w kłopoty, ale nie miał na to dowodów. Bo w pierwszej kolejności pytania w tym względzie chcieliby zadać nie mnie, a Cane'owi. Jeżeli nie chcesz tego robić, rozumiem, możemy wrócić do twojego domu i posłać wiadomość Ministerstwu od razu. Poradzę sobie z tym. A. I nie uratowałam ci życia. Ty uratowałeś Cane'a. Dziękuję za to.
- Też dziękuję - wtrącił jeszcze Cane, jakby nieśmiało. - Za tę tarczę. I przepraszam, że uciekłem w tę stronę, ale gdybym próbowała gdzieś do mugolskiej miejscowości, ktoś niewinny mógłby ucierpieć... Nie sądziłem, że na ciebie wpadniemy.


Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#17
05.10.2023, 11:33  ✶  

Nie rozumiał, co było śmiesznego w tym, co powiedział, ale nie rozumiał tutaj wielu rzeczy. Niektóre historie opowiadały się same. Nie potrzebowały kłamstw ani wyjaśnień. W głowie Laurenta wcale nie rodziło się tysiące pytań na temat tego, co robiła tutaj Brenna, bo było dla niego jasne - Cane ją wezwał. Znali się, wezwał ją, bo ją znał, bo akurat ona mu przyszła do głowy. Człowiek w stresie, a już na pewno walcząc o życie, niekoniecznie myślał racjonalnie. Chciał jakiejkolwiek pomocy, skoro sam nie radził sobie z zastałą sytuacją. Dopiero im więcej słów płynęło z tej strony tym większy miał mętlik. Nie, nie chodziło o to, że nie rozumiał, że ona chce to zgłosić, bo "Cane się nie powinien ukrywać". To znaczy - nie musiał ukrywać. To znaczy... ach, jakkolwiek to ujęła! Natomiast już to, że Brenna chciała, żeby ją pominąć w tym wszystkim sprawiało, że z poukładanej historii, całkowicie prostej, zrobił mu się zupełny mętlik w głowie, w którym nie wiedział, w co wierzyć. Bo tak naprawdę... kim była Brenna? Nie znał jej. Znali się w szkole, ale w obecnych czasach ich znanie się było... troszkę względne, prawda? "Znać się". Kiedy ten świat tak gwałtownie się zmienia, kiedy ona miała taką pracę, a on całą górę swoich sekretów - czym było to "znanie się"?

- Jakie za wiele o tobie... o co tu chodzi? - Rodzina mająca wykorzystać informacje po stronie Victorii, Edward mający wykorzystać informacje o Brennie... Do czego? Co mieliby wykorzystać? Że Brenna ochroniła kogoś, kogo zna? Że wykonywała swoją pracę nawet bez odznaki? To kiedyś tego nie robiła? Przecież ona zawsze grała bohaterkę, jaką rolę specjalną miał w tym Cane, że nagle robił się z tego taki sekret? - Oficj... słucham? - Aż lekko potrząsnął głową, starając się strącić kolejny szok, którym został poczęstowany. - Jak to... ofic... Boże... - Niczego już tutaj nie rozumiał. Zupełnie niczego. Do głowy wpełzały mu myśli, że może chodzi o to, że Brenna nie chciała się po prostu obnosić z relacjami z mugolakami, bo chciała chronić swoją posadę, pracę, rodzinę, bliskich. Chciała być takim asem z rękawa, który pomaga. Jak Zorro z opowieści. Taka alternatywa dla Śmierciożerców, którzy się chowali za maskami, by krzywdzić - ona się chowała za maską, żeby ratować. Laurent odszukał po omacku kanapę, żeby na nią opaść, bo nie miał siły już stać. Jej następne słowa potwierdziły to dziwaczne wyobrażenie. Bardzo dziwaczne. Przecież takie rzeczy działy się tylko w książkach i to tych kiepskiego sortu, gdzie wyobraźnia za bardzo ponosiła pisarza. Laurent miał wrażenie, że przypadkiem znalazł się naprawdę gdzieś, gdzie go w ogóle nie powinno być.

- Cane, ty... czy wyście oboje powariowali? - Nie chciał tego mówić, tak samo wahał się wcześniej, próbując przecedzić to słowo, kiedy kierował słowa do Brenny z tym "czy ty...". I w końcu padło, kiedy usłyszał przeprosiny. - Przecież nie jestem zły, Cane, jeśli potrzebujesz pomocy mogę cię ukryć i w samym sercu tego lasu. Ale New Forest nie jest bezpieczne, szczególnie nocą, kiedy drapieżniki wychodzą na polowanie. - Wyjaśnił, bo chyba jego protest przed uciekaniem w las był zupełnie niejasny. Dobrze się stało w zasadzie. Bo kogokolwiek napotkali, skoro nie był Śmierciożercą, to był naprawdę sprawnym czarodziejem. Był. Ciekawe, czy przeżyje. Ubabrany krwią Duma położył się u stóp Laurenta, oblizując jeszcze pysk z krwi z zadowoleniem. Ale Laurent był taki oszołomiony ciągle i skupiony na tej dwójce, że ten makabryczny widok jeszcze do niego nie docierał. - Dobrze... nic o tobie nie wspomnę, Brenno. Ale muszę to zgłosić. Nie mogę trzymać tego w tajemnicy, co się tu wydarzyło. - Bo... bał się też o siebie. O zgrozo, on był przerażony. Tylko jeszcze tego w pełni nie odczuwał, kiedy jego myśli zajęte były tą dwójką. - Napiszę do ciebie sowę z listem, albo... poślę patronusa z decyzją. Może patronus będzie bezpieczniejszy. - Bo na pewno nikt go nie przechwyci.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
Chichot losu
I’m not looking for the knight
I’m looking for the sword
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
widmowidz
zawód
detektyw BUM
Brązowe włosy, ciemne oczy, wzrost wysoki jak na kobietę, bo mierzy sobie około 179 centymetrów wzrostu. Twarz raczej sympatycznie ładna niż piękna, nie wyróżniająca się przesadnie i rzadko umalowana. Brenna porusza się szybko, energicznie, głos ma miły i rzadko go podnosi. Ubiera się różnie, właściwie to okazji - w ministerstwie widuje się ją w umundurowaniu albo w koszuli i garniturowych spodniach, kiedy trzeba iść gdzieś, gdzie będą mugole, w Dolinie w ubraniach, które ujdą wśród mugoli, a na przyjęcia i bale zakłada typowe dla tej sfery zdobione szaty lub suknie. W tłumie łatwo może zniknąć. Jeżeli używa perfum, to zwykle to jedna z mieszanek Potterów, zawierająca nutę bzu, porzeczki i cedru, a szamponu najczęściej jabłkowego, rzecz jasna też potterowskiego.

Brenna Longbottom
#18
05.10.2023, 12:11  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.10.2023, 12:13 przez Brenna Longbottom.)  
- O szantaż. Przecież twój ojciec próbował już przekupywać mojego ojca - westchnęła Brenna po prostu. Wszystko było tak... cholernie skomplikowane, a jej kręciło się w głowie, wszystko ją bolało i miała trudności w myśleniu jasno. W tej chwili sama trochę żałowała, że w ogóle o to poprosiła - może należałoby jednak od razu wszystko zgłosić i po prostu trzymać się wersji, że wpadła do Cane'a niespodziewanie i podążyła jego tropem.
Problem polegał na tym, że takich "przypadków" było coraz więcej, a Brenna zwyczajnie obawiała się, że nieodpowiednia osoba w Ministerstwie może zacząć węszyć za tymi kontaktami. Bo nie, nie była Zorro - Diego udawał skrajnego idiotę, ona owszem, pajacowała, ale jednak nigdy nie kryła swoich poglądów. Ale już utopiona w różnych nieoficjalnych działaniach: po uszy. A i niedobrze, aby do śmierciożerców dotarła informacja, że konkretnie ona była właśnie w tym miejscu, gdzie znaleźć się nie powinna...
- Nie próbuję cię przekonywać, żebyś tego nie zgłaszał. Istnieje zresztą szansa, że zostaną złapani i... Cane... proponuję, żebyś zatrzymał się na jakiś czas w Dziurawym Kotle, omówimy tam wszystko za dzień albo dwa - poprosiła, zwracając się do czarodzieja. Bo Ministerstwo niech prowadzi śledztwo, ona też miała zamiar szukać, po prostu kanałami nieoficjalnymi. Jeśli aurorzy dopadną ich pierwsi, doskonale, jeżeli nie... może uda się to Zakonowi. Mogła choćby w domu Cane'a spróbować widmowidzenia, skoro z jakichś powodów tam wszystko się zaczęło.
- Cały świat oszalał. Pozostaje się dostosować - mruknęła na pytanie, czy oszaleli. Czy była obłąkana? Nie, nie uważała tak. Czy momentami zachowywała się nieracjonalnie? Oczywiście. Miotała się, bo musiała teraz znaleźć zupełnie nową drogę w stosunku do tej, którą szła ostatnie dwa lata: gdy odciągała uwagę od innych, wypełniała polecenia Patricka i po prostu biegała pomiędzy ludźmi, wyciągając z nich informacje czy powoli wciągając do Zakonu. - Dziękuję. I... Laurent... nie sądzę, żeby chodziło im o ciebie. Jesteś czystej krwi. Ale gdybyś wpadł w jakieś kłopoty, to proszę, poza informowaniem Ministerstwa, poinformuj też mnie. Pamiętaj, że na najwyższych pozycjach tam pracują czystokrwiści czarodzieje. A za maskami kryją się głównie tacy - powiedziała cicho. Laurent bał się o siebie i świetnie to rozumiała. Nie zamierzała przekonywać, by nie szedł do Ministerstwa - chociaż w wielu sprawach uważała, że lepiej tam nie iść wcale, nawet jeżeli sama była pracownicą.
Ale gdyby dzisiejszy dzień albo jakiś inny przypadek wciągnęły Laurenta w kłopoty, wolała o tym wiedzieć.
- Rzuć informację komuś z aurorów albo brygady jak najszybciej. Wyrwałam jednemu z nich różdżkę, być może jeśli się pośpieszą, zdążą ją znaleźć. Aha... i unikaj tego o nazwisku Rookwood. Nie cierpi mugolaków - powiedziała jeszcze, nim znikła.

Koniec sesji


Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Brenna Longbottom (3842), Laurent Prewett (5404)


Strony (2): « Wstecz 1 2


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa