• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Ulica Pokątna v
« Wstecz 1 … 5 6 7 8 9 Dalej »
1972/lato/czerwiec/9 - Rachunek sumienia || Przetasowanie kart

1972/lato/czerwiec/9 - Rachunek sumienia || Przetasowanie kart
Widmo
It's getting dark in this
little heart of mine
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Alanna Carrow
#1
08.10.2023, 00:22  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.12.2023, 15:30 przez Morgana le Fay.)  
adnotacja moderatora
Rozliczono - Brenna Longbottom - osiągnięcie Bajarz II

Strach miał wielką siłę. O wiele większą niż przeciętny człowiek zazwyczaj się spodziewa, sprawiał, że chociażby wciąż trwało się przy ludziach, z którymi tak naprawdę nie chciało się mieć nimi cokolwiek wspólnego. Albo że nie uciekało się, gdzie pieprz rośnie, od razu, gdy tylko orientowało się w faktycznym stanie rzeczy.
  Clare nie uciekła - i teraz miała ciężki orzech do zgryzienia. Wykonać zadanie? Źle. Zignorować polecenie? Jeszcze gorzej, przynajmniej jeśli chodziło o konsekwencje, jakie poniesie. Nawiać? Dokąd? Do Patricka? Czy uwierzyłby jej w ogóle? Może by jednak uznał, że próbuje go w jakiś sposób omamić, zamydlić oczy, cokolwiek - wszystko, dosłownie wszystko, z wyjątkiem przyjęcia prawdy do wiadomości. Bo powroty z Zaświatów nie były znowu takie częste, a przynajmniej nie słyszało się o tym co chwilę; w zasadzie przeważnie w interesie wracających dusz było zachować dyskrecję. Zresztą... jeśli jednak weźmie sprawy w swoje ręce, to zawsze może spróbować to wszystko wypaczyć, sprawić, że koniec końców zamierzony efekt nie zostanie osiągnięty. A przynajmniej nie w pełni. Czy rozwiązywałoby to wszystkie jej problemy? Niekoniecznie - całkowite niepowodzenie mogło ściągnąć na głowę niezadowolenie Czarnego Pana (co nie należało do bezbolesnych rzeczy), a jeśli pójdzie zbyt dobrze... raczej nie była aż taka głupia, znając głoszone przez Voldemorta idee i dodając do tego efekty, jakie miała osiągnąć - szło ostrzec pewien wzór, nić prowadzącą do całkiem konkretnego miejsca.
  Co nie zmieniało faktu, że nocami rzygała niczym kot, nie tyle nie mogąc spać, co będąc zżeraną przez wyrzuty sumienia. I strach. Wydawałoby się, że śmierć ją w pewnym sensie wyzwoliła; tymczasem... historia zdawała się jednak zataczać koło. Voldemort, zamiast rodziców. Zabójstwo, zamiast przymusowego męża. Bała się wtedy, bała się teraz. A ukrywanie tego... uch, tyle lat już nurzała się w całych oceanach kłamstw, że to po prostu było kolejnym kamykiem w ogródku. Głazem właściwie, niemniej musiała robić dobrą minę do złej gry, w zasadzie wręcz najgorszej.
  Spec od mugolskich urządzeń był z niej żaden, więc zanim nadeszła "godzina 0", nie omieszkała pojawić się w niemagicznym Londynie i przejść się po sklepach, celem przyjrzenia się, jak to-to wszystko wygląda. I czego potencjalnie mogłaby użyć - o ile natknie się na to w mieszkaniu Harrisów. Wielkie pudła, od których po ich otwarciu czuło się chłód - no nie bardzo, a już na pewno nie w kategoriach "ups, to tak niechcący". Mniejsze pudła, z okienkiem i wirującym w nich bębnem - hmmm... na przypadek średnio się to jednak kwalifikowało. "Ekspres do kawy" też wyglądał dość nieszkodliwie, a największe zagrożenie, na pierwszy rzut oka, stanowił jedynie szklany dzbanek. Ale czy to dałoby się ująć w "przypadkowej" kategorii? Cholera, co wyprawiała - wędrowała alejkami sklepów, jak gdyby nigdy nic i jednocześnie planowała, jak w jaki sposób wykonać zadanie? Jeszcze nie zdążyła przelać tej krwi, a już miała wrażenie, że ręce ma w niej unurzane aż po łokcie. Nie, wróć, nie tylko ręce, to wręcz podpadało pod utytłanie się czerwienią po sam czubek głowy.
  Im bliżej było wyznaczonego dnia, tym bardziej nie mogła patrzeć na otrzymaną już złotą kopertę i leżące obok niej dokumenty, poświadczające przynależność do organizacji. I coraz bardziej rzygała nocami, aż dziw, że jeszcze nie pożegnała wszystkich swoich wnętrzności. Naprawdę, coś takiego w zasadzie jedynie by ułatwiło sprawę, bo bez tych części składowych ciała trudno mówić o jakimkolwiek funkcjonowaniu, a co dopiero o wykonaniu zadania. Zadania, które zdawało się zaciskać na jej szyi, coraz mocniej i mocniej.
  Może jednak...?
  ... strach wygrał, tak jak wygrywał za każdym pieprzonym razem przez miniony rok. Ale coś odnosiła wrażenie, że długo już tak nie pociągnie.



   Trochę to trwało - uniepodobnienie się do siebie. Carrow nie należała do żadnej organizacji, nie miała też wiele wspólnego z odkryciami wszelkiej maści; ba, miała tam też być prasa i naprawdę pokazywanie się tam jako Alanna Carrow było strzałem we własną stopę. Toteż zdała się na magię specyfików. Włosy przyciemniła, pod podkładem i warstwą pudru ukryła morze piegów, do tego podjęła wysiłki, by kosmetykami wykonturować twarz w sposób, w którym optycznie rysy uległyby zmianie. Naprawdę nie mogła tam być sobą - i tak już podejmowała duże ryzyko, a dodatkowo świecenie własną facjatą było proszeniem się o powszechne "o, ta pani jest podejrzana, trzeba by z nią porozmawiać".
   Niemniej, koniec końców, była tu. W domu promugolskich Harrisów, samej nie do końca będąc pewną, jakim to sposobem jest w stanie wciąż utrzymywać maskę i uśmiechać się do gospodarzy. Z wiedzą, że za jej sprawą wkrótce ma dojść do tragedii. Nawet jeśli nie skończy się to śmiercią Harrisa, to wciąż: będzie winną czyjegoś bólu.
   Wędrowała przez dom gdzieś na końcu grupki, gromadnie wydającej z siebie wszelkie ochy i achy, uważnie lustrując spojrzeniem jego wnętrze. Nie. Wyposażenie. Wszystko wydawało się wyglądać naprawdę niegroźnie, ale, ale... musiała znaleźć sposób. Jak również i sposób na nie tyle odłączenie się od wszystkich, co... nie, odciąganie Vivianne na bok chyba nie wchodziło w grę, jeszcze zniknięcie gospodyni domu wzbudzi podejrzenia!
Tło narracyjne
koniecpsot1972
zasady korzystania
rzuty kością
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Czarodziej nieznanego statusu krwi, będący baśniopisarzem oraz autorem książki Baśnie Barda Beedle'a. Żył w XV wieku, ale większość jego życia pozostaje dla nas tajemnicą.

Bard Beedle
#2
08.10.2023, 12:15  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.10.2023, 21:36 przez Morgana le Fay.)  
Odkryj wiadomość pozafabularną
Bard prowadzony przez graczkę Brenny L.

Carson Harris był wyraźnie pasjonatem, który z wielkim zapałem opowiadał o każdym mijanym eksponacie, odpowiadał na pytania i z dumną miną prezentował działanie mugolskiego ekspresu do kawy. Vivianne z kolei okazała się promienną, sympatyczną kobietą, dbającą o całe stadko gości, którzy przetaczali się przez ich dom, wypełniony mugolskimi sprzętami. Budynek był duży, a cały jego parter zamieniono – może na stałe, a może tylko na potrzeby tego wydarzenia? – w nieco zagracone „muzeum”, gdzie wystawiono zdobycze mugolskiej technologii. Nie zabrakło tutaj niczego, co dałoby się znaleźć w mugolskich sklepach w roku 1972. Zaprezentowano im między innymi lodówki, działające jak zaklęcie chłodzące („i wcale nie trzeba go odnawiać! Może działać nawet kilka lat!”), a także tajemnicze urządzenie, które nazwali „telewizorem”. To wywołało w naukowcach największe zaintrygowanie, przewodziło bowiem głos i czarno – biały obraz.
– Trochę jak myślodsiewnia, prawda? – zachwycał się Derik Werell, jeden z pracowników Ministerstwa oraz członek klubu, zajmującego się mechanizmami.
– Albo jak połączone zdjęcia, tylko te jeszcze mówią, to doprawdy niesamowite… – wtórowała mu kobieta, na której szyi znajdowała się plakietka świadcząca o przynależności do klubu maszynerii.
– Zaraz wyjaśnię państwu, jak to działa! – zapewnił rozpromieniony Carson. – Potem zademonstrujemy działanie wirówek, a na końcu przejdziemy do kuchni, moja żona za moment przygotuje dla wszystkich herbatkę. Zademonstrujemy też wtedy działanie pralki, doprawdy wspaniałego urządzenia, które pierze równie skutecznie, a nawet skuteczniej niż skrzaty!
Podnosił głos, trochę z powodu podniecenia, trochę aby wszyscy go słyszeli. Większa część „wycieczki” znajdowała się teraz razem z nim w salonie, gdzie ustawiono telewizor i kilka innych urządzeń. Krążyli po pomieszczeniu: ten oglądał telewizor, ktoś inny przyglądał się temu, co jak rozpoznałby każdy mugol – było jedną z maszyn, jakie widywało się w mugolskich kasynach. Parę osób zostało jednak w poprzedniej sali, oglądając wciąż ekspresy do kawy i lodówki, to je otwierając, to zamykając i wsuwając do środka ręce. Dało się słyszeć czyjś podniesiony głos: ktoś nie dowierzał, że coś takiego jest możliwe bez magii. W efekcie doszło do lekkiego rozproszenia gości. Być może był to ten moment, w którym Alanna miała szansę wymknąć się tak, by nikomu nie wydała się dziwna jej nieobecność. Wątpliwe, by goście zafascynowani zdobyczami mugolskiej technologii w tej chwili zauważyli, że znika... Może ktoś przypomni sobie później, gdy Brygadziści będą badać przyczyny wypadku, że kogoś zabrakło w pomieszczeniu, ale w końcu właśnie dlatego zmieniła swój wygląd, prawda?
Zwłaszcza, że pani Harris wycofała się, kierując do kuchni, prawdopodobnie po to właśnie, by przygotować tam herbatę, która zaraz miała zostać podana gościom, gdy zakończeniu ulegnie pierwszy etap wszystkich prezentacji i przyjdzie pora na rozmowę oraz śledzenie "wirowania pralki", jak wcześniej wspominano. Kobieta przeszła do sporego pomieszczenia, gdzie już wystawiono stół, krzesła i poza zwykłymi sprzętami, jakie dało się znaleźć w niemal każdym, zamożnym, czarodziejskim domu… tak, na balatach były także te wszystkie przedziwne „wirówki” i inne małe urządzenia, które zdawały się Alannie szczególnie mordercze i stała tutaj także mugolska pralka, a obok niej kosz z rzeczami, które miały zostać wsadzone do środka.
Widmo
It's getting dark in this
little heart of mine
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Alanna Carrow
#3
09.10.2023, 17:57  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 09.10.2023, 20:03 przez Alanna Carrow.)  
Gospodarze wydawali się sympatyczni, przez co coraz bardziej miała ochotę po prostu stąd wyjść – nawet i trzaskając drzwiami – oraz się stąd wynieść. A potem nawiać daleko stąd, bardzo, bardzo daleko stąd, żeby nie zostać dopadniętą przez Voldemorta. Czarnego Pana, jak musiała go nazywać, żeby nie wzbudzić przypadkiem żadnych podejrzeń.
  Na wszystkich bogów, istniejących czy nie – naprawdę, czy będzie w ogóle w stanie spojrzeć w oczy Vivianne? Czy da radę rzucić na nią zaklęcie, którego skutki, najlepiej, miał ujrzeć cały czarodziejski świat, dobitnie tm samym pokazując, czym grozi wchodzenie w mugolski świat?
  Właściwie, to nawet nie była do końca pewna, jakim cudem była w stanie zachować teraz taki nieziemski wręcz spokój, jakby to był kolejny dzień z życia. Jakby naprawdę była tu tylko po co, żeby się pozachwycać mugolskimi urządzeniami, zapoznać się z nimi bliżej, wymienić się spostrzeżeniami z innymi, zgromadzonymi tu osobami.
  Wyglądało na to, że niemalże całe życie pełne kłamstw procentowało w tej właśnie chwili. Cóż. Nie, żeby była z tego dumna, bo wcale a wcale tak nie było.
  - Skuteczniej niż skrzaty? – „zdumiała się” na użytek otoczenia. I również na użytek otoczenia dzierżyła w dłoni notes, w którym czyniła notatki na temat tych wszystkich ustrojstw, jakie przyszło im oglądać. No wiecie, pamięć bywa zawodna, a jak się coś zapisze, to nie ma mowy, żeby umknęło…
  Wyłapała moment, w którym Vivianne się wycofała. Do tego grupa się rozproszyła, zatem… teraz albo nigdy? Żołądek boleśnie zacisnął się w supeł. Teraz albo nigdy, lepszej okazji mieć chyba nie będzie. Tak że niby to przypadkiem zatrzymała się na dłużej przy jednym z eksponatów, na tyle długo, żeby to podpadało pod „patrzcie, to taki wspaniały przedmiot, musiałam go nawet naszkicować do publikacji!”. W istocie, nie omieszkała sporządzić szkicu… wszak pozory musiała utrzymywać, nieprawdaż? Każdy detal się liczył.
  Wymknęła się, w ślad za panią Harris. A że nie zrobiła tego od razu – ciśnięcie czaru ot tak, prosto w plecy, w drodze do kuchni, nieszczególnie wchodziło w grę. Zatem powędrowała dalej, znów – zatrzymała się na krótką chwilę, zwłaszcza przy tych bardziej „morderczych” urządzeniach, porównując je z tymi, które zapamiętała z wizyty w sklepie. Hm, chyba się nadadzą, chyba że zdąży w ostatniej chwili wpaść na jakiś inny pomysł… w co wątpiła. Upewniła się, że może swobodnie wyjąć różdżkę, po czym przeszła dalej, do kuchni, przywołując na twarz nieco zakłopotany uśmiech.
  - Och, najmocniej przepraszam, myślałam, że idę za pozostałymi, a najwyraźniej pomyliłam kierunki... – przepraszała. Najmocniej przepraszała i była w tym prawda, bo przecież miała jej zaraz zrobić krzywdę. Jej i jej mężowi. Ale słowa były słowami miały stworzyć inny obraz sytuacji… - To ja spróbuję znaleźć drogę z powrotem… chyba że pani pomóc? – nie omieszkała spytać; wprawdzie była tu gościem, ale jak gość sam się oferował, no to… I czekała.
  Czekała na moment, w którym Vivianne odwróci się do niej plecami – czy to po to, by sięgnąć do szafki, czy to po to, żeby zająć się dalszym przygotowywaniem, zgodziwszy się wcześniej z tym, że tak, Carrow (a raczej Fletchley, jak w fałszywych papierach stało) wróci do pozostałych. Moment – żeby machnąć różdżką, namieszać w głowie, zaszczepić myśl, że gdy przejdzie do dużego pokoju, że gdy będzie mąż i świadkowie, to musi postąpić w dość konkretny sposób…

Odkryj wiadomość pozafabularną
Zauroczenie
Rzut PO 1d100 - 10
Akcja nieudana

Rzut PO 1d100 - 38
Slaby sukces...

Rzut PO 1d100 - 64
Sukces!
Tło narracyjne
koniecpsot1972
zasady korzystania
rzuty kością
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Czarodziej nieznanego statusu krwi, będący baśniopisarzem oraz autorem książki Baśnie Barda Beedle'a. Żył w XV wieku, ale większość jego życia pozostaje dla nas tajemnicą.

Bard Beedle
#4
09.10.2023, 20:29  ✶  
Gospodarze faktycznie byli sympatyczni. Byli kochają się parą, dwójką pasjonatów, dobrymi ludźmi, którzy wierzyli, że czarodzieje mogą wiele się od mugoli nauczyć i że mugole potrafią osiągnąć zdumiewające rzeczy, pomimo braku magii. Którym zdawało się, że można zbudować lepszy świat, oparty jeśli nie na współpracy, to przynajmniej na odrobinie zrozumienia i odrzuceniu uprzedzeń. Byli też zapewne trochę w tym naiwni – bo prawdopodobnie nie do końca zdawali sobie sprawę z tego, jakie niebezpieczeństwo grozi im przez otwarte głoszenie takich teorii.
W świecie, który w tej chwili pomagała budować Clare Avery, dla takich jak oni nie było miejsca. Alanna Carrow, której ciało zajęła, nie uznawałaby ich pewnie za wartych życia – w końcu bratali się z mugolami i odbierali wpływy „prawdziwym czarodziejom”. Tym z wielopokoleniowych rodzin czarodziejów – ostatecznie chociaż w jej rodzinie trafił się ktoś półkrwi, to należała do starej, magicznej rodziny…
– Och… pani… Fletcher? – powiedziała Vivianne, która właśnie nastawiła wodę i machała różdżką, aby rozstawić filiżanki i talerzyki na stole. Kobieta spojrzała na Carrow odrobinę zaskoczona, bo nie była pewna, w jaki sposób można było skręcić za nią zamiast za resztą grupy, ale nie, nie wydawała się mieć żadnych podejrzeń względem Alanny. Dlaczego miałaby je mieć? Nie sądziła, że znalazła się na celowniku lorda Voldemorta. A już na pewno nie dopatrywała się żadnych złych intencji u nikogo, kogo zaprosiła tego wieczora do swojego domu. Uśmiechnęła się do niej nawet, sympatycznym uśmiechem, który czynił lekko pucołowatą twarz kobiety jakby ładniejszą.
– To bardzo miło z pani strony, ale nie woli pani pójść posłuchać, jak mój mąż wyjaśnia, w jaki sposób działa telewizor? – spytała uprzejmie, a potem odwróciła się, by sięgnąć do jednej z szafek i wyciągnąć z niej ciasteczka, które zamierzała podać do herbaty.
To był ten moment, w którym Alanna mogła użyć zaklęcia.
Słyszała gdzieś z tyłu szmer rozmów, hałas wielu ludzi przemieszczających się po małej przestrzeni, ale nikt nie znajdował się tuż za nią. Pani Harris stała odwrócona plecami, nie wyłapała momentu, w którym Carrow wyciągnęła różdżkę. Czar trafił ją w plecy, a pudełeczko z ciasteczkami wypadło kobiecie z rąk.
Alanna musiała teraz się spieszyć.
Zaklęcie się udało, a ona była naprawdę dobra w zauroczeniu.
Nie był to imperius, nie miała więc absolutnej władzy nad panią Harris. Alanna nie miała dużo czasu i nie mogła wydawać jakichś bardzo skomplikowanych instrukcji – ale mogła zaszczepić jakąś drobną sugestię… Pytanie, co chciała zrobić dokładnie?
Widmo
It's getting dark in this
little heart of mine
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Alanna Carrow
#5
21.10.2023, 01:51  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 21.10.2023, 02:21 przez Alanna Carrow.)  
Fakt, że nie wypadała z roli w momencie, w którym bardzo, bardzo nie chciała jej odgrywać, był na tyle zaskakujący, że w zasadzie dziwiła się sama sobie. Zamiast zaprzeczyć, wypchnąć Vivianne z kuchni, z przykazem natychmiastowego zakończenia całej tej imprezy, obojętnie jak, byleby wszystko zostało zamknięte na trzy spusty i dziękuję, do widzenia, nie ma tu czego szukać, nie ma kogo zabijać, nie ma przed kim się prezentować, będąc ochlapanym posoką. A jednak… jednak.
  Jak to świadczyło o tym, kim była?
  - Fletchley – poprawiła gospodynię, przywołując ciepły uśmiech na twarz. I już, kolejny wyrzut sumienia. Stała naprzeciw kobiety, która sama się do niej uśmiechała, tak bardzo nie podejrzewając, że jej rozmówczyni naprawdę nie przyszła tu z dobrymi zamiarami, że nie było tu żadnego przypadku w całej tej „pomyłce” (no dobra, niby niektórzy potrafią się zgubić we własnym domu, bo taką mają wspaniała orientację w terenie. Niby. Ale to i tak mocno naciągane, szyte tak grubymi nićmi, że bardziej się chyba nie dało.
  - To naprawdę drobiazg... – zaczęła zapewniać panią Harris, kiedy stało się właśnie to. Ten moment. Chwila, w której mogła zaszczepić jej myśl, sugestię. I tylko tyle wystarczyło, bo nie potrzebowała tu imperiusa (i nie chciała nawet wiedzieć, czy byłaby w stanie rzucić Niewybaczalne; prawdopodobnie nie, bo nie znajdowała w sobie prawdziwej chęci do rzucenia takiego czaru), żeby nakłonić kobietę do… do…
  … zdała sobie sprawę z tego, że nie da rady. Że tu jednak leżała granica jej wytrzymałości i tego, co była zdolna zrobić w imię zachowania tożsamości. Zabijać od początku nie miała zamiaru, ale i też skrzywdzenie tak sympatycznych gospodarzy nie było czymś, co zrobiłaby Clare Avery. Alanna Carrow? Zabiłaby bez skrupułów, wpatrzona w Czarnego Pana niczym w obrazek. Ale nie była Carrow, mimo wszelkich prób wejścia w jej buty.
  Po prostu to już było za dużo.
  Krzywda i ewidentnie wykazanie, że mugole są groźni – bo ich twory miały zostać ukazane jako te niebezpieczne. A Avery zawsze żywiła sympatię do tych, co wywodzili się z niemagicznych rodzin, tych, którzy pochodzili z nieczarodziejskiego świata. Całe to gadanie o czystej krwi – była ponad to. Więc jedynie podsunęła myśl, że coś źle złapała to pudełko z ciastkami, przez co się wyśliznęło spomiędzy palców. I że muszą uważać, bo swoim stylem bycia i postępowaniem mogą przyciągać bardzo niepożądaną uwagę, a stąd już blisko do tragedii.
  - … ale jeśli naprawdę pani nie potrzebuje żadnej pomocy, to pójdę posłuchać o działaniu telewizora – zasygnalizowała i – jeśli nie została zatrzymana – odwróciła się na pięcie i odeszła z zamiarem wmieszania między pozostałych gości. Oraz odegraniem swojej roli, do końca, jako członkini jednej z organizacji, zachwycającej się mugolską myślą techniczną.
  A potem musiała zniknąć. Nie tylko z domu Harrisów.
Tło narracyjne
koniecpsot1972
zasady korzystania
rzuty kością
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Czarodziej nieznanego statusu krwi, będący baśniopisarzem oraz autorem książki Baśnie Barda Beedle'a. Żył w XV wieku, ale większość jego życia pozostaje dla nas tajemnicą.

Bard Beedle
#6
21.10.2023, 12:03  ✶  
– Bardzo przepraszam – powiedziała Vivianne, uśmiechając się do Alanny z zakłopotaniem. Starała się być dobrą gospodynią i zadbać o swoich gości, ale ludzi w domu było sporo, a ona była z jednej strony bardzo podniecona całą imprezą, z drugiej podenerwowana, że coś pójdzie nie tak. Nie, nie spodziewała się żadnego ataku, niczego podobnego, po prostu zastanawiała się, czy dadzą radzę zaprezentować wszystko dokładnie tak, jak chcieli i przekonać nie tylko zgromadzonych, ale i reporterów, że mugole potrafią być niesamowicie przemyślni. – Wyleciało mi z głowy, a nie widzę stąd plakietki bez okularów. Wiedziała pani, że okulary też wymyślili mugole? Niestety, niektórych wad wzroku nie jest w stanie naprawić na stałe nawet magia i wtedy… Och, przepraszam, na pewno panią zanudzam – powiedziała, znowu się do niej uśmiechając. Bo tak, była po prostu sympatyczną osobą, bardzo zafascynowaną mugoloznastwem. Chyba nawet po niemal dwóch latach trwania wojny, nawet po grozie Beltane, wciąż nie zdającą sobie w pełni z powagi sytuacji i z tego, co działo się w tej chwili w Anglii.
Pani Harris spoglądała na kobietę, gdy ta urwała i po prostu stała.
Nie miała pojęcia, jaka burza trwała w jej głowie.
Nie wiedziała, że właśnie ważyły się jej losy.
Że wydano na nich wyrok i że nie tylko jej mąż miał zginąć, ale ona miała być tej śmierci winną. Że Alanna – Clare początkowo chciała jedynie doprowadzić tu do wybuchu i ewentualnie ran, zamiast zabijać. I że w tej chwili zmieniła zdanie, że oto doświadczała tutaj przełomowego momentu w życiu.
Potrząsnęła głową, kiedy zaklęcie przestało działać. Moment na zaszczepienie sugestii w jej głowie pojawił się… i rozwiał jak sen złoty. Pani Harris otworzyła usta, niepewna, co się właściwie stało. Roztarła skronie.
– Och… tak, tak oczywiście – zapewniła nieobecnym tonem, kiedy Alanna, a raczej pani Fletchley powiedziała, że faktycznie pójdzie posłuchać o działaniu telewizora. Nie próbowała jej zatrzymywać, bo i czemu by miała? Była skonsternowana, niepewna, co się stało, ale założyła, że może to ze stresu. Odwróciła się z powrotem do szafek, sięgnęła ponownie po różdżkę. Na stole zaczęły piętrzyć się talerzyki, filiżanki, herbata zabulgotała w czajniku – elektrycznym, oczywiście, bo chciała podać herbatę przygotowaną tym mugolskim sposobem. Pan Harris tymczasem entuzjastycznie opowiadał historię o powstaniu telewizora, o tym, jak ten działa, przytaczał dane i snuł historie o tym, jakie mają programy telewizyjne mugole, co w nich można zobaczyć. Pozwalał sobie nawet na fantazje o tym, co można by osiągnąć, gdyby telewizory nie psuły się na skutek użycia magii i były w każdym czarodziejskim domu – jakie informacje mogliby sobie nawzajem przekazywać czarodzieje. Zanim przeszli do kuchni na herbatkę i ciasteczka Clare miała moment, w którym mogła się wymknąć i teleportować… i cóż, powinna go wykorzystać.
W końcu było dość jasne, że śmierciożercy najpóźniej godzinę, dwie po konferencji prasowej zorientują się, że zadanie nie zostało wykonane. A wtedy może od razu nie założą, że zdradziła – wszak Alanna Carrow zawsze była wierna jak pies i znana ze swojej nienawiści do mugoli – ale że coś poszło nie tak. I zostanie wezwana, aby udzielić wyjaśnień. Jeżeli więc chciała uciekać, te dodatkowe czterdzieści minut, gdy wszyscy będą czekali na koniec prania, aby obejrzeć, jak brudne rzeczy w koszu na pranie stają się czyste całkiem bez użycia magii, mogło zdecydować o jej być lub nie być.
Tego dnia w domu Harrisów wszystko przebiegło dokładnie tak, jak powinno. Przedstawiono mugolskie wynalazki, ucięto sobie pogawędki, a potem Vivianne i jej mąż razem stanęli przed prasą, aby streścić im przebieg spotkania i opowiedzieć o mugolskich wynalazkach. Żadnej śmierci, żadnej krwi, żadnych wybuchów.
Alanna Carrow, a raczej Clare Avery w jej ciele, wkraczała jednak na nową drogę. Czy miała być ciemniejsza czy jaśniejsza wobec tej, którą kroczyła dotąd…?
I czy miało to znaczenie?
W końcu od dawna była martwa.
Koniec sesji
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Alanna Carrow (1807), Bard Beedle (1519)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa