08.10.2023, 00:22 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.12.2023, 15:30 przez Morgana le Fay.)
adnotacja moderatora
Rozliczono - Brenna Longbottom - osiągnięcie Bajarz II
Strach miał wielką siłę. O wiele większą niż przeciętny człowiek zazwyczaj się spodziewa, sprawiał, że chociażby wciąż trwało się przy ludziach, z którymi tak naprawdę nie chciało się mieć nimi cokolwiek wspólnego. Albo że nie uciekało się, gdzie pieprz rośnie, od razu, gdy tylko orientowało się w faktycznym stanie rzeczy.
Clare nie uciekła - i teraz miała ciężki orzech do zgryzienia. Wykonać zadanie? Źle. Zignorować polecenie? Jeszcze gorzej, przynajmniej jeśli chodziło o konsekwencje, jakie poniesie. Nawiać? Dokąd? Do Patricka? Czy uwierzyłby jej w ogóle? Może by jednak uznał, że próbuje go w jakiś sposób omamić, zamydlić oczy, cokolwiek - wszystko, dosłownie wszystko, z wyjątkiem przyjęcia prawdy do wiadomości. Bo powroty z Zaświatów nie były znowu takie częste, a przynajmniej nie słyszało się o tym co chwilę; w zasadzie przeważnie w interesie wracających dusz było zachować dyskrecję. Zresztą... jeśli jednak weźmie sprawy w swoje ręce, to zawsze może spróbować to wszystko wypaczyć, sprawić, że koniec końców zamierzony efekt nie zostanie osiągnięty. A przynajmniej nie w pełni. Czy rozwiązywałoby to wszystkie jej problemy? Niekoniecznie - całkowite niepowodzenie mogło ściągnąć na głowę niezadowolenie Czarnego Pana (co nie należało do bezbolesnych rzeczy), a jeśli pójdzie zbyt dobrze... raczej nie była aż taka głupia, znając głoszone przez Voldemorta idee i dodając do tego efekty, jakie miała osiągnąć - szło ostrzec pewien wzór, nić prowadzącą do całkiem konkretnego miejsca.
Co nie zmieniało faktu, że nocami rzygała niczym kot, nie tyle nie mogąc spać, co będąc zżeraną przez wyrzuty sumienia. I strach. Wydawałoby się, że śmierć ją w pewnym sensie wyzwoliła; tymczasem... historia zdawała się jednak zataczać koło. Voldemort, zamiast rodziców. Zabójstwo, zamiast przymusowego męża. Bała się wtedy, bała się teraz. A ukrywanie tego... uch, tyle lat już nurzała się w całych oceanach kłamstw, że to po prostu było kolejnym kamykiem w ogródku. Głazem właściwie, niemniej musiała robić dobrą minę do złej gry, w zasadzie wręcz najgorszej.
Spec od mugolskich urządzeń był z niej żaden, więc zanim nadeszła "godzina 0", nie omieszkała pojawić się w niemagicznym Londynie i przejść się po sklepach, celem przyjrzenia się, jak to-to wszystko wygląda. I czego potencjalnie mogłaby użyć - o ile natknie się na to w mieszkaniu Harrisów. Wielkie pudła, od których po ich otwarciu czuło się chłód - no nie bardzo, a już na pewno nie w kategoriach "ups, to tak niechcący". Mniejsze pudła, z okienkiem i wirującym w nich bębnem - hmmm... na przypadek średnio się to jednak kwalifikowało. "Ekspres do kawy" też wyglądał dość nieszkodliwie, a największe zagrożenie, na pierwszy rzut oka, stanowił jedynie szklany dzbanek. Ale czy to dałoby się ująć w "przypadkowej" kategorii? Cholera, co wyprawiała - wędrowała alejkami sklepów, jak gdyby nigdy nic i jednocześnie planowała, jak w jaki sposób wykonać zadanie? Jeszcze nie zdążyła przelać tej krwi, a już miała wrażenie, że ręce ma w niej unurzane aż po łokcie. Nie, wróć, nie tylko ręce, to wręcz podpadało pod utytłanie się czerwienią po sam czubek głowy.
Im bliżej było wyznaczonego dnia, tym bardziej nie mogła patrzeć na otrzymaną już złotą kopertę i leżące obok niej dokumenty, poświadczające przynależność do organizacji. I coraz bardziej rzygała nocami, aż dziw, że jeszcze nie pożegnała wszystkich swoich wnętrzności. Naprawdę, coś takiego w zasadzie jedynie by ułatwiło sprawę, bo bez tych części składowych ciała trudno mówić o jakimkolwiek funkcjonowaniu, a co dopiero o wykonaniu zadania. Zadania, które zdawało się zaciskać na jej szyi, coraz mocniej i mocniej.
Może jednak...?
... strach wygrał, tak jak wygrywał za każdym pieprzonym razem przez miniony rok. Ale coś odnosiła wrażenie, że długo już tak nie pociągnie.
Trochę to trwało - uniepodobnienie się do siebie. Carrow nie należała do żadnej organizacji, nie miała też wiele wspólnego z odkryciami wszelkiej maści; ba, miała tam też być prasa i naprawdę pokazywanie się tam jako Alanna Carrow było strzałem we własną stopę. Toteż zdała się na magię specyfików. Włosy przyciemniła, pod podkładem i warstwą pudru ukryła morze piegów, do tego podjęła wysiłki, by kosmetykami wykonturować twarz w sposób, w którym optycznie rysy uległyby zmianie. Naprawdę nie mogła tam być sobą - i tak już podejmowała duże ryzyko, a dodatkowo świecenie własną facjatą było proszeniem się o powszechne "o, ta pani jest podejrzana, trzeba by z nią porozmawiać".
Niemniej, koniec końców, była tu. W domu promugolskich Harrisów, samej nie do końca będąc pewną, jakim to sposobem jest w stanie wciąż utrzymywać maskę i uśmiechać się do gospodarzy. Z wiedzą, że za jej sprawą wkrótce ma dojść do tragedii. Nawet jeśli nie skończy się to śmiercią Harrisa, to wciąż: będzie winną czyjegoś bólu.
Wędrowała przez dom gdzieś na końcu grupki, gromadnie wydającej z siebie wszelkie ochy i achy, uważnie lustrując spojrzeniem jego wnętrze. Nie. Wyposażenie. Wszystko wydawało się wyglądać naprawdę niegroźnie, ale, ale... musiała znaleźć sposób. Jak również i sposób na nie tyle odłączenie się od wszystkich, co... nie, odciąganie Vivianne na bok chyba nie wchodziło w grę, jeszcze zniknięcie gospodyni domu wzbudzi podejrzenia!