Obiecał mu w końcu wycieczkę, prawda?
Wycieczka nie mogła odbyć się wcześniej, ale to nawet nie dlatego, że Laurent i tak by na nią nie pojechał. Zanurzony w hedonizmie i jednocześnie umoczony grzechem obdzierającym go ze wszystkich piór nie potrafiłby się (nie mógł) oderwać od tej tragedii, w jakiej zanurzył pióro swojego życia. To był brzydki tusz. Miał już z nim pozostać. Ten tusz był malowany na pergaminie jego skóry i nie był widoczny dla gołego oka, ale on go czuł, widział i niemal smakował. Nie był smaczny. Miał smak goryczy i nie przysparzał o miłe doznania. Ten sam tusz można było zmyć jednym sposobem - zapomnieniem. Nie wypieraniem tego, że on tam był, a zaakceptowaniem, że już się od ciebie nie odłączy, bo swojej skóry nie mógł zmienić ten tęczowołuski wąż, którego ludzie mylili z aniołem. Ta wycieczka nie mogła się odbyć wcześniej z prostego powodu - w Tajlandii grudzień i styczeń były najlepszymi miesiącami, w których warto było tam jechać. Mijała pora deszczowa, przestawało być tak wilgotno i parno, było ciepło, słońce uśmiechało się do odwiedzających. Dokładnie tak samo, jak uśmiechał się Laurent tego wieczoru, gdy szedł po plaży.
Lazur morza zachwycał każdym błyskiem odbijanym w słońcu, a drewniane molo, przy którym cumowały łodzie, aż się prosiło o to, by na nim zasiąść i pomoczyć nogi w tej wodzie. To nie ono jednak było ich kierunkiem a restauracja, która stała i czekała przy plaży z widokiem na piękniące się skały, o które te promienie światła powoli znikającego za horyzontem się obijały i zaginały, tworząc fantazyjną grę półcieni. Blondyn okręcił się na palcach w tym piasku w rytm nuconej przez siebie melodii jednej z popularniejszych piosenek w świecie czarodziei w dzisiejszych czasach. Królował zaś jazz, więc nie trudno było w niej o energię. Nie obrócił się w pełni - szedł tyłem, spoglądając teraz na Philipa będącego kilka kroków za nim. Szedł w rozpiętej koszuli z krótkim rękawem, w krótszych spodniach, w ręce niósł swoje buty, które tylko przeszkadzały w chodzeniu po piasku. Zresztą Laurenta w tych warunkach wystarczyło spuścić z oka tylko na sekundę i już stał w wodzie, jakby ta była prawdziwym magnesem na selkie, który bez niej się nie obejdzie. W istocie tak było. To miejsce napełniało go energią, napełniało go siłą. Jego serce znowu biło. A to był ciężki rok. Bardzo, bardzo ciężki rok, po którym Laurent całkiem mocno schudł - a wszystko to zwalał na ciężar pracy związany z rezerwatem i stres. Był w końcu bardzo podatny na ludzkie emocje, więc i ciężko było to kwestionować. Za bardzo się wszystkim przejmował. Za łatwo. Powinien darować sobie zarządzanie czymkolwiek i pozostać ledwo inwestorem, który zbiera mamonę z zasianego ziarna.
- But damn, those eyes
So pretty I could cry
How could I
Not get hypnotized
By those eyes
By those eyes
I'd die for those eyes
Every time.
Zaśpiewał, a jego oczy zdawały się rozjaśnić, palmy zazielenić i pokłonić niżej, piasek nabrał bardziej złocistego koloru, morze wyciągnęło bardziej swoje fale i och, jak łatwo w tej magii było odebrać wrażenie, że nie było istoty piękniejszej ponad syrenę, w kierunku której Philip teraz wędrował, która ciągnęła go do odpoczynku pod palmami na deskach tarasu tej restauracji? Gwiazdy pojawiły się w pierwszych pomrugach, niebo zabarwiło różem i fioletem, przeplatając z zachodzącym dniem, przesuwając barwy... a wszystko to ledwo krótką chwilę, nim głos selkie zamilknął, a on błyszczał swoimi oczyma z tym szerokim uśmiechem, trochę psotnym. Bo przecież dobrze wiedział, jak działał na Philipa.