• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Ulica Śmiertelnego Nokturnu v
« Wstecz 1 2 3 4 Dalej »
[18 kwietnia 1972] Loretta i Murtagh / Ulica Śmiertelnego Nokturnu

[18 kwietnia 1972] Loretta i Murtagh / Ulica Śmiertelnego Nokturnu
Devil in disguise
She's dancing by herself
She's crowned the queen of hell
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Stukot obcasów zwiastuje jej chuderlawą, drobną posturę, którą skrzętnie ukrywa pod pstrokatymi, szerokimi koszulami, szerokimi nogawkami spodni i kapeluszami z okrutnie wielkim rondem. Blada, o twarzy pokrytej pajęczynką piegów, oczach roziskrzenie piwnych, ustach surowo wykrojonych. Na jej obliczu często pełznie uśmiech, ukazujący nieidealne zęby, o skrzywionych kłach – jest w niej jednak coś rozbrajająco szczerego. Aura czerwona, intensywna, niejednokrotnie przytłaczająca.

Loretta Lestrange
#1
28.10.2023, 00:33  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 03.12.2023, 21:58 przez Morgana le Fay.)  
adnotacja moderatora
Rozliczono - Loretta Lestrange - osiągnięcie Piszę, więc jestem

18 kwietnia 1972
Ulica Śmiertelnego Nokturnu
Loretta Lestrange i Murtagh Macmillan


Płaszcz kwietniowej nocy swoją szaroburą aurą otulił Londyn mgłą; tylko gwiazdy, przebijające się gdzieniegdzie przez masyw chmur, mrugały nieprzejednanie; welon chłodu wzierał do kości, przypominając o nieuchronności przemijania – skostniałe dłonie schowała do kieszeni czarnej szaty, zanurzając się w niezbadane odmęty Nokturnu. Kaptur zasunięty nisko, skrywający nieomal całe oblicze, poza wielkimi, ciemnymi oczami, w których odbijały się bladożółte światła latarni gazowych. Stukot obcasów zwiastował jej nadejście, prędko rozchodząc się echem po uliczkach – nie przywykła do brylowania w spelunach, a w samym Nokturnie pojawiała się wybiórczo, teraz jednak, ten zatęchły zapach trzeźwił jej umysł, wyostrzając wszelkie zmysły.

Do jej naturalnego szaleństwa, przypięte zostało rozgoryczenie związane z Leandrem, które czyniło mieszankę tanatycznie przerażającą; była gotowa do czynów okrutnych w swej krasie – rozlana posoka, tworząca rozkwitające, rdzawe róże na podłożu, smakowała jej najlepiej, gdy przepełniała ją niejasna złość. Była iście rozdrażniona – tak, jakby faktycznie był dla niej istotny w jakiejkolwiek mierze. Sama by tego nie przyznała, ale budził się w niej silny syndrom sztokholmski, w szczególności, gdy zaciskał smukłe dłonie na jej krtani; gdy krzywdził ją psychicznie na wybitnie wyrachowanych poziomach. Tęskniła do niego, nie była to jednak zdrowa tęsknota.

Nic jej dotychczasowo nie uświadomiło tak bardzo, że płonie uczuciami względem Mulcibera.

Skręciła w jedną z bocznych uliczek, już zza zakrętu, dostrzegła jego smukłą, rzucającą solidny, wysoki cień osobę. Roziskrzone spojrzenie zatrzymało się gdzieś na jego obliczu, a usta mimowolnie wykrzywił parszywie urokliwy uśmiech. Raz jeszcze spojrzała w niebo – nie zapowiadało się na deszcz, londyński bruk był jednak pod tym kątem wyjątkowo zdradliwy – dostrzegła jednak jedynie obłoki waty cukrowej wędrujące niespokojnie po nieboskłonie, popędzane powiewami wiosennego wiatru.

Przez chwilę chciała coś powiedzieć, jednak właściwe dictum nie wciskało się na usta. Cześć, ukarzmy razem tę szlamę? Pokręciła głową jedynie, ubarwiając przestrzeń w ciche westchnięcie. Palce aż drżały, na samą myśl o zadaniu bólu – była jego niebywałą entuzjastką, a krzywdzenie sprawiało jej sadystyczną przyjemność. W niczym nie przypominała bankietowej lwicy, którą otaczał zawsze wianuszek panien i dżentelmenów.

Już w spojrzeniu, którym utknęła w jego oczach, wszystko było wydatne i jasne.

Danger in disguise
"Death is a release; not punishment."
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki (182 cm), szczupły, brodaty szatyn. Zwykle ubiera się w czarne garnitury z dobranym golfem lub koszulą z krawatem. Na dłoniach często nosi skórzane rękawiczki, ukrywając swoją chorobę. Jego oczy są głęboko osadzone i bardzo jasne, wręcz srebrzyste. Na dłoniach nosi sygnety, zaś na ramiona zwykle narzuca czarodziejską szatę w odcieniach czerni i zieleni. Posiada spinki do mankietów ze swoją ulubioną drużyną Quidditcha - Goblinami z Grodziska.

Murtagh Macmillan
#2
28.10.2023, 01:13  ✶  

Londyn, w przeciwieństwie do większości miejsc na świecie, wcale nie wyglądał wiosną o wiele lepiej niż jesienią czy zimą. Zarówno jesień, zima, jak i wiosna, przynosił miastu łkający deszcz, szare chmury o marsowym wyrazie i podmuchy wiatru znad Tamizy. Murtaghowi to jednak nie przeszkadzało. Owszem, chętnie pozbawiłby Londyn mrowia ludzi, którzy gonili w tę i spowrotem za swoimi sprawami, ale samo miasto uważał za całkiem odpowiednie. Nie mroźne, nie skwarne, a letnie.

Przemierzając je tej nocy, a właściwie tego wieczora, myślał o tym co będzie musiał zrobić już bardzo niedługo. Mógł, mógł. To przywilej, nie obowiązek. Upomniał sam siebie w myślach, wydłużając krok. Dziewczyna, którą miał zamiar odwiedzić, wynajęła niedawno pokój na Śmiertelnym Nokturnie, na przeciwko Palarni Changów. Podejrzewała, że wokół przybytku dzieje się coś na tyle nielegalnego, że nie powinno mieć miejsca nawet na takiej ulicy jak ta. Ale to już nie miało znaczenia. Po dzisiejszym wieczorze dziewczyna już nigdy miała nie postawić stopy na Nokturnie i dostawać ciarek na samo brzmienie nazwy tego miejsca.

Czekał na nią od jakiegoś czasu, zerkając co jakiś czas na swój złoty zegarek. Myślał, czy warto będzie go użyć po wszystkim, wzywając do siebie swoją pupilkę, ale może sama rozkosz zadawania bólu mu wystarczy. Tym bardziej, że robienie tego w towarzystwie takiej kobiety jak Loretta było wręcz podwójnie wspaniałe. Czarnowłosa, szczupła i odziana w płaszcz, pojawiła się w alejce stawiając kroki z pewnością i władczością, jakiej inne kobiety mogły jej tylko pozazdrościć. Imponowała Murtaghowi, na tyle, że nigdy nawet do głowy mu nie przyszło by próbować ją uwieść. Wiedział, że nie byłby w stanie potraktować jej jak każdej innej "zabawki", a ona nie zasługiwała na takie traktowanie. Nie miał pojęcia, że właśnie coś takiego przeżyła, a jej chęć zadawania bólu podsycana była przez wściekłość na niedoszłego narzeczonego.

- Zanim wejdziemy, parę spraw. - odezwał się do niej tonem, którym mógł przemawiać do swoich podwładnych w Ministerstwie. - Możesz robić co tylko zechcesz, dopóki trwale jej nie uszkodzisz. Nie musimy nosić masek, ale nie mów do mnie po imieniu. Imiona dużo trudniej wymazać niż twarze czy inne obrazy. Jeśli powiem, że wystarczy, to wystarczy. No i to chyba tyle. - kiedy skończył mówić, obojętny wyraz twarzy zastąpił u niego nieprzyjemny, zły uśmiech.

- Cóż, panie przodem...- wskazał Loretcie wąskie drzwi, prowadzące na klatkę schodową, gdzie na piętrze, w pokoju, przypuszczalnie spała ich dzisiejsza ofiara. Polowanie się rozpoczęło.

Devil in disguise
She's dancing by herself
She's crowned the queen of hell
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Stukot obcasów zwiastuje jej chuderlawą, drobną posturę, którą skrzętnie ukrywa pod pstrokatymi, szerokimi koszulami, szerokimi nogawkami spodni i kapeluszami z okrutnie wielkim rondem. Blada, o twarzy pokrytej pajęczynką piegów, oczach roziskrzenie piwnych, ustach surowo wykrojonych. Na jej obliczu często pełznie uśmiech, ukazujący nieidealne zęby, o skrzywionych kłach – jest w niej jednak coś rozbrajająco szczerego. Aura czerwona, intensywna, niejednokrotnie przytłaczająca.

Loretta Lestrange
#3
28.10.2023, 12:30  ✶  

Uśmiech lawirował miękko na jej wargach, znacząc zewnętrzne kąciki oczu płytkimi zmarszczkami; coś w niej drżało niespokojnie, zupełnie jakby chciało umknąć z tej klatki żeber, pętającej istną bestię świetlistymi łunami. Odrzuciła głowę raz jeszcze do tyłu, wpatrując się w bezkresne niebo, w połacie rozciągającego się nieboskłonu, na którym tylko migotliwe gwiazdy i masyw chmur wędrowały. Było w tym coś fatalistycznego; pewien koniec i początek zarazem – zacisnęła dłoń w pięść, znacząc delikatną skórę bladymi półksiężycami. Ekscytacja rosła w niej do rangi ekstremum, przybliżając coraz bliżej do tego, do czego była niebanalnie stworzona. Zadawanie bólu kiełkowało w niej powoli, aby w pewnym momencie wybuchnąć absolutem – nic nie sprawiało jej tak sadystycznej przyjemności, jak widok ludzkiego cierpienia.

Stojąc przed nim, odziana w szatę i własną wyśrubowaną dumę, smakowała każdego słowa, którym chciała go obdarzyć. Coś utknęło na dnie krtani; pewne niewypowiadalne wersety. Uśmiech ponownie rozszerzył jej wargi, ujmując całokształt niewinnej, drobnej istoty w ramach roznegliżowanej, ognistej tancerki, bardziej aniżeli tchnącej chłodem lichwiarki. Iskry błyszczały się w oczach, zupełnie jak te brylanty gwiazd, którymi poprzetykany był nieboskłon.

Stukot jej obcasów zwiastował huragan osobowości; pewny krok, którym mogła się cechować wyłącznie ona, lawirując biodrami na wysokim obcasie. Wszystko składało się w zwięzłą całość – jej pewność siebie, duszny zapach piżmowych perfum i oblicze nieskalane cieniem sumienia tudzież jakiejkolwiek moralności.

– Tak – wydukała z siebie jedynie na polecenia i zasady, ujmujące w skategoryzowaną pełnię ich plan.

Wsunęła się do środka kamienicy, a w jej nozdrza uderzyła woń stęchlizny, charakterystyczna dla tego typu miejsc, a jednak godząca w jej zmysł snobki. Gdy stanęli przed drzwiami ofiary, zwróciła ku niemu jeszcze jedno spojrzenie i skinąwszy mu głową, nacisnęła klamkę.

Spodziewała się, iż ta nie ustąpi, a zamek trzeba będzie rozbroić – ta jednak otworzyła drzwi z cichym skrzypieniem. Weszła do środka w ciszy, rozglądając się po przestrzeni, a do jej uszu dobiegł dźwięk radia – skierowała się ku pomieszczeniu, z którego dobiegały dźwięki, zastając kobietę, siedzącą tyłem.

Zwróciła ku nim różaną, bladą twarz po chwili; szeroko rozwarte oczy, pąs zdobiący oblicze i przejęcie lawirujące gdzieś między tęczówkami a wargami. Wpatrywała się w nich przez chwilę, dłonią powoli sunąc po blacie, na którym spoczywała jej różdżka – nim jednak ją chwyciła, Loretta zamachnęła się, rzucając zaklęcie, które miało związać ofiarę świetlistymi więzami.


Rzut na kształtowanie
Rzut O 1d100 - 78
Sukces!
Danger in disguise
"Death is a release; not punishment."
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki (182 cm), szczupły, brodaty szatyn. Zwykle ubiera się w czarne garnitury z dobranym golfem lub koszulą z krawatem. Na dłoniach często nosi skórzane rękawiczki, ukrywając swoją chorobę. Jego oczy są głęboko osadzone i bardzo jasne, wręcz srebrzyste. Na dłoniach nosi sygnety, zaś na ramiona zwykle narzuca czarodziejską szatę w odcieniach czerni i zieleni. Posiada spinki do mankietów ze swoją ulubioną drużyną Quidditcha - Goblinami z Grodziska.

Murtagh Macmillan
#4
30.10.2023, 16:24  ✶  

Murtagh nie czuł się onieśmielony przez kobiety zbyt często. To raczej on onieśmielał je, swoim nienagannym uśmiechem, pewnością ruchów i drapieżnym głodem w spojrzeniu. Dlatego Loretta wywierała na nim tym większe wrażenie. Wiedział, że przy niej nie może sobie pozwolić na bycie protekcjonalnym, patrzenie na nią z góry czy szowinistyczne komentarze. Był pewny, że skutkowałoby to świstem jej różdżki i jakąś bardzo nieprzyjemną klątwą posłaną w jego stronę. Większość kobiet, które poznał były miękkie jak bułki, Loretta była twarda i chrupiąca jak dobrze wypieczony, razowy chleb.

Kiedy ruszyła do klatki, podążył za nią niczym cień, ubezpieczając tyły i na wszelki wypadek rzucając zaklęcie aby zamknąć za nimi drzwi klatki schodowej. Uśmiechnął się pod nosem, kiedy kobieta bez zastanowienia wparowała do małego mieszkanka i w oka mgnieniu obezwładniła szlamowatą reporterkę. Zamknął za nimi i te drzwi, tym razem jednak nie kłopocząc się rzucaniem zaklęcia. Część jego nawet lubiła, kiedy ofiary próbowały uciekać i już prawie myślały, że są wolne, zanim natrafiły na barierę nie do pokonania.

Zdjął kaptur i odrzucił płaszcz. Nie kłopotał się ukrywaniem swojej tożsamości, bo dziewczyna i tak zapamięta z ich twarzy tylko rozmazane kształty.
- No wiesz co, moja droga Żmijko? To nie było zbyt uprzejme przywitanie. - zażartował do Loretty, widocznie tymczasowo przyjmując rolę "dobrego gliny". Czy raczej dobrego oprawcy, o ile coś takiego w ogóle istniało.

Podszedł do dziewczyny, spętanej magicznymi więzami i dotknął jej policzka niemal z czułością. Jej twarz barwiły czerwone wykwity, a oczy lśniły mokro - to nie były jeszcze łzy, ale zapowiedź ich rychłego nadejścia. Pogłaskał dziewczynę po włosach, po czym przesunął ją razem z krzesłem na którym siedziała, bardziej na środek pomieszczenia.
- Witaj kochana, jestem Grzechotnik a to moja towarzyszka, Żmija. Jestem pewien, że wiesz co przeskrobałaś, ale mimo wszystko wolał bym to usłyszeć od ciebie. - przemówił do niej spokojnym, niemal łagodnym głosem. Loretta w swej nienawiści i chęci zadawania bólu była jak ogień, parząca i niepowstrzymana. On był niczym ostrze noża - metodyczny, powolny, delektujący się każdą sekundą.

Devil in disguise
She's dancing by herself
She's crowned the queen of hell
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Stukot obcasów zwiastuje jej chuderlawą, drobną posturę, którą skrzętnie ukrywa pod pstrokatymi, szerokimi koszulami, szerokimi nogawkami spodni i kapeluszami z okrutnie wielkim rondem. Blada, o twarzy pokrytej pajęczynką piegów, oczach roziskrzenie piwnych, ustach surowo wykrojonych. Na jej obliczu często pełznie uśmiech, ukazujący nieidealne zęby, o skrzywionych kłach – jest w niej jednak coś rozbrajająco szczerego. Aura czerwona, intensywna, niejednokrotnie przytłaczająca.

Loretta Lestrange
#5
01.11.2023, 13:00  ✶  

Uwodzicielska w całej swojej niewinnej, mikrej krasie; o łagodności łabędzia w ruchach i jednocześnie o wygłodniałym lamparcie wyglądającym zza welonu kruczoczarnych rzęs. Jej uśmiech niósł za sobą światłość, niezawoalowaną pogodę ducha, która gotowa była rozjaśnić nieboskłon burzliwą porą – chowała w sobie jednak tak wiele zepsucia, pod którym niejeden czarnoksiężnik zadrżałby; powodowała w końcu, że zimny dreszcz przebiegał linią kręgosłupa, zraszając nerwowo kark. Niewinna w obyciu, tym okrutniejsza w działaniu – nie posiadała sentymentów, zahamowania i ludzkich odruchów, żądna krwi od młodości, nie baczyła na cierpienie, które zadaje; czy może raczej: zwracała na nie uwagę, jednak rozkoszowała się jego smakiem. Bo niejednokrotnie czuła, jakby tonęła, jakby płuca wypełniały się słonawą cieczą, jakby coś ją zabijało od środka.

To tonięcie mówiło wiele o jej osobowości, która nigdy nie osuwała się w miodowy cień mrocznej nocy – brylowała, bytowała i przynosiła sobie chlubę. Jeśli miałaby rzec, co ceniła w sobie najbardziej – z pewnością własną sławę i imię, które choć niekoniecznie dobre, wybrzmiewało na ustach czarodziejskiego świata. Rześka jak poranna rusałka, tym drapieżniejsza o zmroku – uśmiechała się miękko, a w jej oczach igrało coś, z czym nie chciało się zadzierać.

Zsunęła kaptur z czarni włosów, ujawniając skrytą pod jego powłoką burzę kruczych kosmyków, łagodnie mięknących akwarelą na policzkach, rzucając cień na oblicze, na którego rysach na próżno było szukać dawnej Loretty; roznegliżowanej własną wprawą w byciu z ludźmi, a jednocześnie zamkniętą w szkatułce cenności. Jej wzrok stał się niebotycznie zimny, zaistniała w nim martwa pustka, gdy spoglądała z góry na ofiarę. Momentalnie wyostrzone rysy budziły lęk; a ruchy płynne, choć odrobinę drżące, stanowiły o wprawie.

Wprawie w krzywdzeniu.

– Och, nieuprzejme? Wybacz mi, mój miły, jednak co muszę zaznaczyć – mogło być jeszcze bardziej upiorne. Ale nie straszmy biednej dziewczyny; nie zanim poczuje faktyczny lęk – odparła, wykrzywiając usta w parszywym uśmiechu.

Stała w oddaleniu paru kroków, gdy Murtagh zechciał podejść do ofiary, obdarzyć ją czułością tak paradoksalną względem tego, co mieli zapisanego na kanwie planów,. Skrzyżowała ręce na piersi, przechadzając się po niewielkim pokoju. Dopiero słowa mężczyzny wyrwały ją z chwilowego, nagłego letargu.

Wyciągnęła z kieszeni szaty papierośnicę, aby po chwili otulić miękkimi wargami filtr cygaretki. W jej zachowaniu tliło się coś stalowo opanowanego, choć chęć zadania niebagatelnego bólu wysuwała się na pierwszy plan – zatrzymała się na moment, spoglądając ponownie na kobietę.

– Słuchaj, dziwko za pięć rubli – zaczęła, podchodząc do niej blisko; na tyle blisko, iż mogła czuć woń jej perfum, roztaczających się zapachem dookoła. – Jeśli nie chcesz mówić, to chętnie ci pomogę, ale nie będzie to miła pomoc.

Ponownie zacisnęła palce na rączce różdżki, kierując ją ku ofierze. Rzuciła w nią prędko urokiem, który miał budzić strach; podsuwać najbardziej atawistyczne spośród ludzkich odruchów – najogólniej, katorgę psychiczną.


Rzut Z 1d100 - 82
Sukces!
Danger in disguise
"Death is a release; not punishment."
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki (182 cm), szczupły, brodaty szatyn. Zwykle ubiera się w czarne garnitury z dobranym golfem lub koszulą z krawatem. Na dłoniach często nosi skórzane rękawiczki, ukrywając swoją chorobę. Jego oczy są głęboko osadzone i bardzo jasne, wręcz srebrzyste. Na dłoniach nosi sygnety, zaś na ramiona zwykle narzuca czarodziejską szatę w odcieniach czerni i zieleni. Posiada spinki do mankietów ze swoją ulubioną drużyną Quidditcha - Goblinami z Grodziska.

Murtagh Macmillan
#6
01.11.2023, 15:34  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 01.11.2023, 16:16 przez Murtagh Macmillan.)  

Murtagh zawsze lubił oglądać Lorettę "przy pracy". Niezależnie od tego czy z namysłem i uważnością maczała w farbie pędzel, aby potem nagłym, drapieżnym ruchem rozprowadzić farbę po płótnie, czy malowała na kanwie ludzkiego ciała i emocji, za pędzel mając swoją różdżkę a za farbę krew i strach. Była artystką w każdym calu - jak gdyby nie potrafiąc wyrazić drzemiących w niej głęboko emocji, zamieniała je w sztukę, tak samo jak on robił to nieraz z wierszami.

Kiedy Loretta przejęła od niego pałeczkę, zwracając się do niego a potem do dziewczyny, która chyba sama nie zdawała sobie jeszcze sprawy w jakie bagno się wpakowała, on sam wycofał się. Przyjmując bardziej bierną postawę, założył dłonie na piersi, uważnie przyglądając się interakcji dwóch kobiet.

Musiał przyznać, że uwielbiał kiedy Lestrange’ówna zrzucała z siebie wszelkie maski, bariery i zahamowania, pozostawiając tylko czystą nienawiść do wszystkiego co żywe i rozkosz w zadawaniu bólu. Dla niego, krzywdzenie innych było sposobem na zachowanie i umocnienie kontroli nad światem zewnętrznym i wewnętrznym. Dla niej to było wyrwanie się z pęt norm społecznych, oczekiwań i wychowania.

Klątwa, którą kobieta rzuciła na związaną dziewczynę sprawiła, że oczy młodej reporterki już nie delikatnie, ale mocno się zaszkliły, zaś po jej policzkach popłynęły łzy. Murtagh poczuł iskierkę irytacji. Widok płaczących kobiet zawsze działał na niego jak płachta na byka.

Trigger Warning: Przemoc (Odkryj)

- Przestań się mazać!- warknął, podchodząc do niej i uderzając ją w policzek z mocą, która sprawiła, że jej głowa odskoczyła w bok. Przez chwilę dziewczyna była tak zszokowana, że naprawdę przestała płakać a potem jej twarz wykrzywiła maska bólu i uporu.
Nie. Nic wam… nie powiem. - jej głos był cichy i słaby, ale było widać, że nie zamierza tak łatwo się im poddać, chociaż mieli nad nią ewidentną przewagę.

Murtagh zacisnął szczęki. Cóż, przynajmniej przestała płakać. Dużo bardziej wolał takie co stawiały opór, od takich, które zalewały się łzami i błagały o litość. Mężczyzna odstąpił od dziewczyny, niejako oddając scenę Żmiji. Sam podszedł do ulokowanego pod oknem biurka, zdjął z ramion płaszcz i marynarkę i je na nie odłożył. To robiąc cały czas myślał nad tym co wiedział o siedzącej przed nimi dziewczynie i w jaki sposób mógł to wykorzystać przeciwko niej. Jak zadać jej ból, jak ją złamać, jak sprawić, żeby ujrzała świat ich oczyma - wykrzywiony, zły i obojętny na cierpienia żyjących w nim ludzi.
- Masz chłopaka? Na pewno masz, taka ładna buzia, takie krąglutkie cycki…- mówiąc to wrócił z powrotem do dziewczyny, aby podziwiać co przez chwilę jego usunięcia się w cień zrobiła jej Loretta. Kiedy mówił o jej cielesnych zaletach, dotknął jej przez więzy w natarczywy, niedelikatny i lubieżny sposób. - Jak się nazywa? - zapytał, celując w jej stronę różdżką. Chciał, używając legilimencji, wyciągnąć z niej jak najwięcej prywatnych i intymnych informacji.

Rzut PO 1d100 - 51
Sukces!
Devil in disguise
She's dancing by herself
She's crowned the queen of hell
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Stukot obcasów zwiastuje jej chuderlawą, drobną posturę, którą skrzętnie ukrywa pod pstrokatymi, szerokimi koszulami, szerokimi nogawkami spodni i kapeluszami z okrutnie wielkim rondem. Blada, o twarzy pokrytej pajęczynką piegów, oczach roziskrzenie piwnych, ustach surowo wykrojonych. Na jej obliczu często pełznie uśmiech, ukazujący nieidealne zęby, o skrzywionych kłach – jest w niej jednak coś rozbrajająco szczerego. Aura czerwona, intensywna, niejednokrotnie przytłaczająca.

Loretta Lestrange
#7
01.11.2023, 16:11  ✶  

Była prawdziwą artystką w każdej możliwej sferze życiowej; była gwałtowna i burzliwa, zupełnie niemetodyczna i tchnąca bardziej świeżą intuicją, aniżeli jakimkolwiek zwięzłym planowaniem. Rozumiała ludzi na wielu poziomach, percepcyjnie niegłupia, wiedziała, które sfery zadziałają najsolidniej na wrażliwe unerwienie. Umiała mącić, rzucać uroki i kąpać się w tym sowitym akwenie własnego niechybnego zwycięstwa. Bo przecież chciała być tą dominatur, władczynią wszechrzeczy, która ugnie się pod naporem jej jestestwa. Już niebo, pękając nad nią rzęsistym deszczem, objawiało upadek moralny, który gotowała dla niej buńczuczna przyszłość.

Nie tchnęła w końcu mrokiem. Nie była groźną, nokturnią wiedźmą, o aparycji nieciekawej i złu wzierającym aż w głąb szpiku, trującym krew wartko płynącą w żyłach. Raczej ładna niż brzydka, towarzyska i pogodna, mroki duszy skrywała głęboko pod woalką urokliwego uśmiechu wykrzywiającego wargi, ukazując odrobinę nierówne kły. Była przede wszystkim namacalna; nieprzerysowana, istniejąca, rzeczywista. Ludzie tracili dla niej głowę z wielu powodów – w myślach aż zadźwięczały słowa Borgina lubię, jak jesteś taka.

Taka, czyli zniszczona do reszty; taka, czyli agresywna i niepohamowana; taka, czyli krzywdząca bez krztyny sentymentu i ludzkich odruchów – była nocą, na której rozpościerał się dywan gwiazd tak zdradliwych nieomal, jak całe jej jestestwo.

O Loretcie mówiono, że jest drapieżnikiem.

Murtagh z kolei, był nim w nie mniejszym stopniu. Podziwiała go głęboko, a było to uczucie niespotykane w uwerturze Lestrange; podziwiała wyłącznie siebie, najchętniej przed lustrem, z uśmiechem wlepionym na różane, drżące wargi. On jednak był zgoła inny od mężczyzn, którzy ją otaczali wianuszkiem – nie starał się do niej zbliżyć usilnie, co z kolei wiodło jej zainteresowanie ku jego osobie. Wspólne eskapady kończące na ogół czyjeś życie, wpisały się już w ich kanon; o dziwo, to ona była złym gliną.

Głuchym dźwiękiem odbił się policzek wymierzony kobiecie.

Loretta z kolei dopalała papierosa, obserwując, jak Murtagh podchodzi do dziewczyny – jej imię nie interesowało ją wcale – dopiero gdy zgasiła obcasem niedopałek, podeszła bliżej, pochylając się ku niej. Przeraźliwy krzyk przeciął sztyletem przestrzeń, a ku Macmillanowi wezbrały miriady wspomnień i myśli ofiary. W pierwszej mierze była to rześka łąka, prawdopodobnie na terenach Little Hangleton, zmierzał tam ku niej ryży mężczyzna, który po chwili splótł z nią palce i opadł na miękki, mszysty dywan. Jego twarz, wyraźnie uwydatniona, musiała zapaść Murtaghowi w pamięć.

Kolejny salwy szlochu nie mogła przetrawić.

– Będę kulturalna, więc tylko zapytam: czy możesz wreszcie zamknąć ryj? – syknęła ku dziewczynie, mierząc ku niej różdżką. – Crucio! – zawyrokowała, a dłonie aż ją mrowiły.


Rzut O 1d100 - 16
Akcja nieudana
Danger in disguise
"Death is a release; not punishment."
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki (182 cm), szczupły, brodaty szatyn. Zwykle ubiera się w czarne garnitury z dobranym golfem lub koszulą z krawatem. Na dłoniach często nosi skórzane rękawiczki, ukrywając swoją chorobę. Jego oczy są głęboko osadzone i bardzo jasne, wręcz srebrzyste. Na dłoniach nosi sygnety, zaś na ramiona zwykle narzuca czarodziejską szatę w odcieniach czerni i zieleni. Posiada spinki do mankietów ze swoją ulubioną drużyną Quidditcha - Goblinami z Grodziska.

Murtagh Macmillan
#8
02.11.2023, 11:15  ✶  

Dym z papierosa Loretty uniósł się ku sufitowi leniwie i Murtagh odruchowo zawiesił na nim spojrzenie. Nie zamierzał zwracać kobiecie uwagi na palenie, chociaż sam osobiście nie przepadał za tym, kiedy kobieta paliła. Uważał, że zapach papierosów nie pasował do delikatnej aparycji większości kobiet i zawsze pilnował by dziewczyny, które dla niego pracowały, nie robiły tego w godzinach pracy a już na pewno nie przy klientach, no chyba że ci by sobie tego zażyczyli. Panna Lestrange była jednak zupełnie inna, niż tamte dziewczyny. Porównywanie jej do nich, było podobne do porównywania hipogryfa z mugolskim koniem. I tak jak nie śmiałby zaprząc hipogryfa do bryczki, albo do pługu w polu, tak też nie odważyłby się mierzyć Loretty miarą, którą mierzył swoje dziewczyny. Papieros dopalał się już zresztą, co znaczyło, że zabiorą się do roboty na poważnie.

Kiedy użył na dziewczynie zaklęcia Legillimens słowo było na jego języku, niczym imię kochanki. Murtagh rozkoszował się wnikaniem do cudzych umysłów, szczególnie jeśli ofiara stawiała opór. Potrafił to przy tym robić na tyle umiejętnie, że nie uszkadzał w jej umyśle nic istotnego, a co więcej po opuszczeniu go, zacierał po sobie ślady.

Uczucie opuszczania własnego ciała nie było dla niego niczym nowym, więc poddał mu się bez oporów i pozwolił obrazom napłynąć z umysłu dziewczyny na jego powierzchnię. Z zamiłowaniem obserwował ją z jej uroczym rudym chłopcem, analizując ich mowę ciała i wnikając w jej najbardziej intymne, wstydliwe myśli o nim. Przyglądał im się przez dłuższą chwilę, następnie przechodząc do bardziej istotnych spraw, takich jak "Kto cię tu przysłał?", ale umysł dziewczyny wykonał takiego fikołka mentalnego, że Murtagh poczuł jak zostaje wypchnięty i wraca do swojego własnego ciała.

Loretta wściekła się na szlochającą dziewczynę, dokładnie tak samo jak Murtagh chwilę wcześniej i posłała w jej stronę paskudną klątwę. A w każdym razie chciała posłać, bo mugolaczka nie wydawała się zwijać z cierpienia bardziej niż jeszcze chwilę wcześniej. Murtagh uniósł brew, patrząc na swoją towarzyszkę i zastanawiając się z czego wynika jej chwilowa niedyspozycja. Może jednak nie chciała krzywdzić dziewczyny? Nie, niemożliwe. Czyżby więc to on aż tak bardzo ją rozpraszał? Ta myśl bardziej mu się spodobała.
- Ktoś założył naszej towarzyszce blokadę na jej cenny umysł. Szkoda tylko, że nie zabezpieczył tak pięknych wspomnień z... Filipem? Fabianem? - dziewczyna, już wcześniej przerażona teraz pisnęła, ale z różdżką Loretty wciąż wycelowaną prosto w swoją pierś, nie odważyła się odezwać. - Otóż pan Fabian...- kontynuował, głównie na potrzeby Loretty, która przecież nie widziała myśli i wspomnień ich ofiary, zbliżając się znów do dziewczyny -... najbardziej kocha w naszej gołąbeczce jej nogi. - oznajmił, klękając na jedno kolano i łapiąc ją za nogę.

- Jej piękne, delikatne, szczupłe nóżki.- dodał, opierając jej stopę o swoje kolano i przesuwając dłonią w górę jej nogi, odsuwając nieco jej skromną sukienkę, do kolana a nawet ściskając wewnętrzną stronę jej uda. Następnie wykonał różdżką gest, przecinający powietrze nad jej nogą i powiedział cicho, lecz z mocą "Lacero!" pragnąc przeciąć skórę na całej długości nogi dziewczyny, nie głęboko, ale na tyle aby spod skóry wypłynęła czerwona krew.

Rzut PO 1d100 - 32
Slaby sukces...
Devil in disguise
She's dancing by herself
She's crowned the queen of hell
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Stukot obcasów zwiastuje jej chuderlawą, drobną posturę, którą skrzętnie ukrywa pod pstrokatymi, szerokimi koszulami, szerokimi nogawkami spodni i kapeluszami z okrutnie wielkim rondem. Blada, o twarzy pokrytej pajęczynką piegów, oczach roziskrzenie piwnych, ustach surowo wykrojonych. Na jej obliczu często pełznie uśmiech, ukazujący nieidealne zęby, o skrzywionych kłach – jest w niej jednak coś rozbrajająco szczerego. Aura czerwona, intensywna, niejednokrotnie przytłaczająca.

Loretta Lestrange
#9
02.11.2023, 15:46  ✶  

Porównywanie jej do innych kobiet było nie tylko absurdalne; było też zgubne. Nosząca na sobie sowitą pokrywę stworzoną z uwielbienia do cudzego cierpienia i niewysublimowanej pogody ducha, tworzyła mieszankę demonicznie przerażającą. Pewien atawistyczny lęk budziło to, jak jednała sobie przyjazną uwerturą ludzi – z równym angażem lubiła ich łamać, krzywdzić i zamykać w pieczołowicie przygotowywanej szkatułce, łuskanej przez samego Michała Anioła, na wzór wieczystego lęku, który będzie nachodził ofiary bezwiednie w nocy. Ona przecież nie posiadała sentymentów ani skrupułów i przepowiednia, która sączyła się z ust Vasilija dwa lata temu, właśnie się ziszczała, wypłukując zeń resztki ludzkich odruchów i empatii.

Możliwe, że była do tego po prostu stworzona; o nicianych mitenkach oplatających dłonie koronką, sukniach welurowych i w głowie jednocześnie pstro i niespokojnie. Nęciło ją wszak bycie katem – ujmowanie cudzej dumie, sprowadzanie na samo dno Tartaru, w którym demonem był nikt inny, jak ona sama. Nawiedzała swoje ofiary w osnutych objęciami Morfeusza snach, zadając tak niewysłowiony ból, że nieomal namacalny i rzeczywisty.

A poza tym, była przecież radosna i to w sposób zupełnie ogołocony z fałszu. Uśmiechała się urągliwie, kręciła piruety z dżentelmenami – z Murtaghiem także zdarzyło jej się spleść w tańcu i wzrok, którym ją obarczał, mówił więcej, niż ten z pewnością by chciał. Ślizgał się w końcu po jej sylwetce często, spojrzenie odwracając, tylko po to, aby bezpardonowo wrócić do lustrowania jej prezencji. Jako iż Loretta wkładała mnóstwo angażu w nienaganny, choć wyzywający ubiór, wzrok Macmillana przywoływał parszywy uśmiech na jej niewinne, różane wargi.

Rozproszenie wdarło się gwałtownie w umysł, gdy brała oddech, zamachnąwszy się różdżką. Coś przedarło się przez kotarę wspomnień, wsuwając się miękko za kulisy. Może istotnie to była jego osoba?; bez wątpienia jedna ze strun została sowicie naciągnięta, bo zaklęcie się nie powiodło, a ona sama rzuciła tylko prędkie spojrzenie ku Murtaghowi, kiwając lekko głową.

– Postawię sprawę jasno – zaczęła, przechadzając się spokojnym krokiem po pomieszczeniu, gdy ten umknął z jej umysłu. – Będziesz błagała o litość, a może jakaś ludzka część mnie drgnie – nie liczyłabym na to. Krzyki mi przeszkadzają, więc lepiej zamknij ryj, zanim zacznę wyciągać z ciebie prawdziwy ból.

– Mój towarzysz widział Filipa, Fabiana, jakkolwiek ta szlama ma na imię – znalezienie go to kwestia czasu, w dodatku niedługiego. Nabrałaś trochę pokory? – zabrzmiała pytaniem, ognisko ciemnych tęczówek roziskrzając w jej zapłakanym obliczu.

Obserwowała, jak posoka spływa po jej nodze, kapiąc, rozbijając się o podstarzałe panele. Stwierdziła, że skoro jej towarzysz zajął się czynami fizycznymi, ona przejmie pałeczkę, jeśli chodzi o kwestie psychiczne ofiary. Wymierzywszy ku niej różdżką, rzuciła urok, który miał wpłynąć na jej umysł, siejąc nieposkromiony strach. Przed jej oczami rozległa się cała plejada okropieństw, na wizję których, niejeden by się wzdrygnął. Miała poczuć lęk, który zapamięta do końca swego życia; który będzie ją nachodził w snach i nie opuszczał o poranku.


Rzut Z 1d100 - 89
Sukces!
Danger in disguise
"Death is a release; not punishment."
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki (182 cm), szczupły, brodaty szatyn. Zwykle ubiera się w czarne garnitury z dobranym golfem lub koszulą z krawatem. Na dłoniach często nosi skórzane rękawiczki, ukrywając swoją chorobę. Jego oczy są głęboko osadzone i bardzo jasne, wręcz srebrzyste. Na dłoniach nosi sygnety, zaś na ramiona zwykle narzuca czarodziejską szatę w odcieniach czerni i zieleni. Posiada spinki do mankietów ze swoją ulubioną drużyną Quidditcha - Goblinami z Grodziska.

Murtagh Macmillan
#10
02.11.2023, 20:45  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.11.2023, 21:04 przez Murtagh Macmillan.)  

Dziewczyna zdecydowanie bardziej zdawała się obawiać Loretty niż Murtagha. Być może miała już doświadczenie z mężczyznami, którzy czuli, że wolno im wszystko, a może po prostu dużo bardziej obawiała się nieobliczalnej, płomiennie niebezpiecznej Loretty niż metodycznego i spokojnego w sposobie zachowania Murtagha. Tak czy inaczej, kiedy Loretta zaczęła znów do niej mówić, jej oczy rozszerzyły się, zaczynając przypominać spodki do filiżanek, z tą tylko różnicą że były nieco wypukłe a nie wklęsłe, i całe perliły się łzami.

Murtagh nie przerywał Loretcie, wiedząc, że przeszkadzać artystce w pracy było niemalże zbrodnią. A już zupełnie poza tym, to po prostu lubił słuchać jej głosu i obserwować jej ciało. Czasem wyobrażał sobie nawet, jak miękko mogłoby giąć się pod jego dotykiem, lub jak twardo i pewnie dotykać jego, ale zważywszy na pozycję i sytuację ich obojga - pozostawiał te myśli wyłącznie dla siebie. Przecież Loretta, była z Alexandrem. Nie mógłby przekroczyć tej granicy dobrego taktu i niepisanego kodeksu, który mówił, że kobieta przyjaciela znajdowała się zupełnie, poza wszelką dyskusją, poza zasięgiem mężczyzny. Tym bardziej po tym jak Loretta i Axel związali się na poważnie.

- Lacero! - warknął mężczyzna znów, tym razem ze złością i nienawiścią, dość do niego niepodobną. Czy to myśli o Loretcie i Axelu wywołały w nim takie emocje? On uważał, że nie, a ponieważ tylko on znał dokładnie treść swoich myśli, to zdanie kogoś innego nie miało w tej materii najmniejszego znaczenia. Chciał jednak, żeby dziewczyna przed nim cierpiała i błagała o litość, dlatego z przyjemnością zamierzał sprowadzić na jej drugą nogę podobną ranę, jaka widniała na pierwszej.

- Proszę, nie... Tylko nie Fabian... - łkała dziewczyna, patrząc to na Murtagha, to na Lorettę, niemal na granicy omdlenia ze strachu i bólu. - Zrobię co zechcecie, przepraszam, tylko go oszczędźcie. - zapewniała, łamanym głosem, podciągając nosem co drugie słowo. Murtagh tymczasem wstał i cofnął się o krok, przyglądając się nogom dziewczyny i płynącej po nich krwi, która zbierała się pod jej stopami w niewielką kałużę. Uśmiechnął się do siebie, jakby zadowolony ze swojego dzieła, a następnie odwrócił się do Loretty i spojrzał jej w oczy, z szerokim uśmiechem.
- I jak myślisz, Żmijo? Przekonuje cię jej pokora? - zapytał, podchodząc do niej, jego ruchy drapieżne a oczy pociemniałe z pożądania. Sprawianie bólu innym wywoływało w nim uczucia, które zwykle trzymał w szeregu i na wodzy, pozwalało mu je przeżyć i uwolnić, nie tracąc kontroli. Tak naprawdę nie był pewny, czy mógłby się zbliżyć do kobiety, która by się go nie obawiało, bo to oznaczałoby dla niego oddanie kontroli i odsłonięcie się, pokazanie swojej wrażliwej strony komuś kto mógł to wykorzystać. A jeśli czegoś Macmillan był pewny to tego, że nie pozwoli już nigdy nikomu tak bardzo się zbliżyć, aby mógł tak bardzo go wykorzystać i zdradzić.

Jego nozdrza owionął zapach perfum Loretty, a całym ciałem niemal poczuł ciepło jej ciała. Był zaledwie kilka kroków od niej, wystarczył jeden dłuższy sus a mógłby łatwo porwać ją w swoje objęcia, wyrwać jęk rozkoszy z jej gardła a to wszystko na oczach bezbronnej mugolaczki. Najchętniej porwałby szlamiastą dziewczynę, rzucił na podłogę i zmusił ją, żeby całowała stopy Lestrange, co zresztą było najlepszym do czego się w ogóle mogła nadawać.
- Myślę, że powinna ucałować ci stopy, na znak jak bardzo jej przykro...- dodał, wkładając całą posiadaną samokontrolę w to, żeby zamaskować chrypkę, która pojawiała się w jego głosie, kiedy czuł się podekscytowany i podniecony.

Rzut PO 1d100 - 80
Sukces!
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Loretta Lestrange (2617), Murtagh Macmillan (2550)


Strony (2): 1 2 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa