• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Aleja horyzontalna v
« Wstecz 1 … 7 8 9 10 11 Dalej »
1972/lato/czerwiec/9 - Maskarada. Ostatni dzień Alanny Carrow.

1972/lato/czerwiec/9 - Maskarada. Ostatni dzień Alanny Carrow.
Widmo
It's getting dark in this
little heart of mine
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Alanna Carrow
#1
12.11.2023, 22:48  ✶  
Wszystko się sypało niczym karciany domek, na który ktoś dmuchnął. Przez ostatni czas była całkiem pewna, że da radę utrzymać iluzję bycia Alanną Carrow, wierną fanatyczką Czarnego Pana, gotową do działania na każde jego skinienie. Ale nie, miniony rok, miesiąc i parę dni spędzony w jej skórze nie sprawił, iż Clare Avery przeistoczyła się w bezduszną istotę, w istocie popierającą postulaty Voldemorta.
  Dziewiątego czerwca 1972 roku ta iluzja pękła, rozsypała się w proch, chociaż uświadomienie sobie tego przez pewne osoby nie mogło być takie natychmiastowe – bo po tym, gdy zdała sobie sprawę z tego, iż nie jest w stanie zmusić panią Harris do spowodowania brzemiennego w skutkach wypadku (gdzie wcale a wcale w tej chwili nie myślała o znacznie szerszych konsekwencjach, jakie miały wynikać z tej tragedii), zdecydowała się ulotnić z domu sympatycznych gospodarzy jeszcze przed konferencją prasową.
  Miała trochę czasu – lecz specjalnie wiele go mimo wszystko nie było. Czuła, jakby zaciskała się jej pętla na gardle; zabrakło jej czasu wtedy, brakowało czasu teraz. Voldemort nie wybaczał – a gdy zda sobie w końcu sprawę, że zdradziła… co się stanie? Wedrze się do jej umysłu i odkryje, że Alanna już nie tkwiła za sterami tego ciała? Skaże na tortury i uczyni z niej przykład dla pozostałych śmierciożerców, żeby wybić im z głowy potencjalne myśli o próbie opuszczenia jego grona, nie, sekty właściwie, w sposób inny niż jedynie nogami do przodu? A może po prostu zabije, jak gdyby nigdy nic, bez żadnego ostrzeżenia? Nie chciała się przekonywać o tym na własnej skórze, nie, gdy od losu dostała przecież drugą szansę…
  ...której nie mogła tak po prostu wypuścić z rąk prawda? A żeby jej nie wypuścić, musiała zniknąć z pola widzenia śmierciożerców. Stąd też wpadła do mieszkania w pośpiechu, usiłując spakować niezbędne minimum, z którym mogłaby się gdzieś przyczaić.
  Tak niewiele brakowało do tego, żeby zamknąć za sobą – na zawsze – drzwi tego mieszkania. Tak niewiele… gdy wyczuła, jak uruchamia się zabezpieczenie. Ktoś się aportował przed jej drzwiami, a że najlepszą obroną był atak… tak, teraz nie miała wątpliwości, że ktokolwiek się tu pojawiał, nie przychodził z dobrą wolą, wręcz przeciwnie. A że atak był najlepszą obroną? Rzuciła się do drzwi, z różdżką w dłoni, starając się przede wszystkim pozbawić delikwenta różdżki, z pomocą uroku.
  Bo mimo wszystko, Clare miała już dość przemocy jak na ten moment. Więc, unieszkodliwić, zgarnąć ostatnie rzeczy i zniknąć, niczym sen złoty.
  Jakby nigdy nie istniała.

Rzut Z 1d100 - 97
Sukces!
Cień Swojego Ojca
Prawdziwa nienawiść to dar, którego człowiek uczy się latami.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Patrząc na niego z daleka widzisz schludnego, nienagannie ubranego mężczyznę. Mierzy około 180 cm wzrostu. Jest szczupły. Nieszczególnie umięśniony. Ma ciemne włosy i jasne, niebieskie oczy. Z bliska okazuje się, że natura obdarzyła go wydatnym nosem i często zaciska usta w cienką linię. Rzadko się uśmiecha. Nie żartuje. Jest spięty. Ma pedantyczne ruchy. Aż do bólu opanowany i kontrolujący.

Ulysses Rookwood
#2
14.11.2023, 00:40  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.02.2024, 00:09 przez Ulysses Rookwood.)  
Nie lubił Carrow.
Lubił Carrow.
Martwił się o Carrow.
Nie martwił się o Carrow.

Ale było ostatnio z nią coś nie tak i nawet Ulysses, choć rozpoznawanie cudzych emocji przychodziło mu z trudem, zdążył to zauważyć. A potem nie było jej w pracy – co nie było dziwne, bo wzięła urlop ale jednocześnie było dziwne, bo Carrow nie brała urlopów. Ba, czasami wydawało mu się, że przychodziła do pracy tylko po to, by pokręcić się po korytarzach Ministerstwa Magii. I tak, wiedział, że dostała jakieś ściśle tajne zadanie od samego Czarnego Pana, ale… ale tu rodziło mu się w głowie jeszcze więcej pytań niż odpowiedzi.
Alanna Carrow, którą znał, chełpiłaby się taką misją. Byłaby przeszczęśliwa, dumna z siebie tak bardzo, że na pewno nie omieszkałaby powiedzieć mu, że jest wybranką, że jest szczególna, że będzie znaczyła w szeregach więcej niż jakikolwiek inny śmierciożerca, że jest najwierniejszą, że jest najlojalniejszą. Ale Alanna… Alanna, owszem, była pochłonięta przygotowaniami do tego mitycznego zadania, ale jednocześnie… jednocześnie nie sprawiała wrażenia zachwyconej. Ulysses nie posunąłby się do myśli, że nie była Alanną Carrow – tak, wypadek ją zmienił, ale ludzie czasem się zmieniali, i tyle, ale ewidentnie działo się z nią ostatnio coś niedobrego.
Trochę się też o nią martwił. Trochę ją lubił. Trochę nawet uważał za jedną z tych osób, które go lubiły. Nawet jeśli granica lubienia była w jego głowie bardzo cienka. Ale gdyby przyszło mu wyliczać tych, na których informacja o jego śmierci wywarłaby jakieś wrażenie, niechybnie umieściłby Alannę w swoich wyliczeniach.
Tamtego dnia zakończył pracę punktualnie, co jak na Ulyssesa nie było takie oczywiste, bo jako człowiek zmagający się z nerwicą natręctw, wolał upewniać się, że wszystko zrobił idealnie. Nie wrócił jednak do domu, ale udał się bezpośrednio do mieszkania Carrow. Udał to może w tym przypadku brzmiało trochę na wyrost, bo właściwie aportował się przy nim. Uniósł rękę by zapukać i zamarł, nie do końca przekonany czy powinien pukać. Ze środka dochodziły jakieś odgłosy i stojący przed drzwiami Rookwood nie mógł jednoznacznie określić czy to sama Carrow miotała się po mieszkaniu, czy też miotał się ktoś inny.
Bo może roztargnienie i nerwowość, które ostatnio przejawiała nie były powiązane z zadaniem, które miała wykonać, ale z czymś więcej? Z jakimiś osobistymi problemami, które ją dopadły? Wiedziony złym przeczuciem, zamiast zapukać nacisnął na klamkę.
Mimo, że odruchowo sięgnął po różdżkę, nie spodziewał się ataku. A już na pewno nie tego, że ledwie wejdzie do mieszkania zobaczy wypadającą na niego rudowłosą. Ulysses zmarszczył brwi, zaskoczony wyrazem jej twarzy. Różdżka wypadła mu z ręki.
Syknął.
- Do reszty popierdoliło cię, Carrow? – zapytał skonfundowany. – Przyszedłem sprawdzić, czy wszystko z tobą w porządku a ty mnie… atakujesz? – w jego wzroku, zazwyczaj pozbawionym głębszego wyrazu, pojawiło niedowierzanie.
Kucnął, żeby podnieść swoją różdżkę. Nie traktował Alanny jak kogoś z kim miał naprawdę walczyć.

Przychodząc postać korzysta z rodowej umiejętności Rookwoodów.
Widmo
It's getting dark in this
little heart of mine
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Alanna Carrow
#3
14.11.2023, 21:18  ✶  
- Nie podnoś - warknęła, jednocześnie machając lekko różdżką i zmuszając tym samym drzwi do zamknięcia się. Adrenalina buzowała w żyłach, gdzieś z tyłu głowy jakiś głosik szeptał, że... dlaczego, do cholery, ze wszystkich śmierciożerców, wysłano właśnie jego. Ktoś wiedział, że on ma największe szanse na wykonanie zadania? Że to w jego przypadku najbardziej się zawaha przed użyciem zaklęć, mającymi skrzywdzić? Bo choć nie znała Rookwooda specjalnie długo, to jednak zdążyła poznać go na tyle, żeby poczuć jakąś cienką nić sympatii.
  Cienką – przecież zaliczał się do tych, których szczerze nienawidziła, ale jednak miała w nim sprzymierzeńca, który pomógł chociażby w odnalezieniu się w pracy po tym, jak oficjalnie do niej "wróciła" po wypadku. Czy wiedział, czy podejrzewał, że Carrow nie była Carrow? Nie potrafiła stwierdzić.
  Mogła tylko przypuszczać - tak jak i ona przypuszczała w jego przypadku, bo przecież o wielu rzeczach nie rozmawiali i nie otwierali aż tak serc i umysłów przed sobą - że zdawał sobie sprawę z tego, iż nie wszystko było takie, jakie mogłoby się wydawać. Wierny i oddany sprawie syn Rookwoodów? Cóż, niby podążał ścieżką wytyczoną przez własnego ojca, a jednak... jednak gdzieś w tym wszystkim brakowało tej iskry fanatyzmu sprawiającej, iż nie zastanawiałby się nad niczym, tylko z pieśnią na ustach, ku chwale Voldemorta, siałby zniszczenie w jego imieniu. Gdzieś tam wyczuwała, że tak naprawdę nie ze wszystkim się zgadzał.
  A ona? Niby amnezjatorka z doświadczeniem, a jednak potrzebowała nakierowania; choć oczywiście jak najbardziej to mógł być efekt uboczny...
  Poczuła, jak zasycha jej w ustach.
  Tak, jeśli faktycznie został wysłany - to aż za dobrze wiedzieli, kogo należy wysłać.
Nie opuszczała swojego kijka, nie spuszczając spojrzenia z Ulyssesa. Cofnęła się krok, dwa, jakby chciała zwiększyć dystans. Pierś kobiety falowała, unosząc się opadając na przemian w dość szybkim oddechu; a zwykle przecież wydawała się być opanowana - jednak zdecydowanie nie teraz. Włosy nie były tak rude, jak pamiętał, tylko przyciemnione, a twarz... wszelkie piegi zostały ukryte; zresztą magia makijażu sprawiała, że wyglądała inaczej. Maskowała się. Dlaczego? Ba, wyglądało nawet, że nie zdążyła się przebrać, skądkolwiek niedawno wróciła. Z czegoś bardziej oficjalnego. Gdzieś za plecami dało się dostrzec chaos – jakby się pakowała, naprędce decydując, co ma ze sobą zabrać, a co… zniszczyć?
  - Jeszcze mi powiesz, że sam wpadłeś na to sprawdzenie? Przecież jeszcze powinieneś być w pracy – spytała nieufnie; przecież sam fakt, że upłynęło bardzo niewiele czasu od zakończenia zmiany uruchamiał alarmowy dzwonek. Nie atakowała, aczkolwiek niewątpliwie była gotowa to zrobić, gdyby uznała, że Rookwood stwarza zagrożenie. Jakby… nie miała już nic do stracenia? No dobra, miała, ale już nie w życiu Alanny Carrow. Ta część świata po prostu przestawała istnieć i jakby… była zdecydowana zrobić wszystko, żeby porzucić to za sobą. Co nie znaczyło, że pragnęła przelać krew, a już na pewno nie krew Rookwooda.
  Bodaj jedynej osoby w tym życiu, której nazwanie „przyjacielem” mogłaby rozważyć.
Cień Swojego Ojca
Prawdziwa nienawiść to dar, którego człowiek uczy się latami.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Patrząc na niego z daleka widzisz schludnego, nienagannie ubranego mężczyznę. Mierzy około 180 cm wzrostu. Jest szczupły. Nieszczególnie umięśniony. Ma ciemne włosy i jasne, niebieskie oczy. Z bliska okazuje się, że natura obdarzyła go wydatnym nosem i często zaciska usta w cienką linię. Rzadko się uśmiecha. Nie żartuje. Jest spięty. Ma pedantyczne ruchy. Aż do bólu opanowany i kontrolujący.

Ulysses Rookwood
#4
19.11.2023, 17:22  ✶  
Naprawdę jej odpierdoliło.
Wszystko na to wskazywało. I bajzel za plecami. I dziwne ubranie (młody Rookwood nawykł do tego, że nosiła marynarki i eleganckie spodnie). I nieudolna próba ukrycia swojej tożsamości? Czy cokolwiek innego miało znaczyć to przefarbowanie włosów i ukrycie piegów na twarzy. Okropny umysł Ulyssesa niemal od razu naniósł je z powrotem na policzki Carrow. Żeby go zmylić, musiałaby zmienić dużo więcej: kształt nosa, ułożenie szczęki, sposób w jaki odstawały jej uszy. Pozbawienie się piegów i przyciemnienie kolorów włosów – choć sprawiało, że wyglądała niemal dokładnie jak większość młodych kobiet na ulicy, nie mogłaby zamydlić jego bezwzględnej pamięci.
Zamrugał powiekami, szukając jakiegokolwiek wyjaśnienia. Co się musiało stać, że nagle zapragnęła… uciec? Zabiła kogoś i morderstwo wyszło na jaw? Ledwo dostrzegalnie pokręcił głową, głęboko skonfundowany tą myślą. Powinna być szczęśliwa. Zachwycona mocą, którą miała nad cudzym życiem. Ale nie była. Dlaczego? Zabiła nie tego kogo powinna i teraz… teraz obawiała się kary?
Zabiła jakiegoś śmierciożercę? Albo naśladowcę? Czemu? Co musiałoby się stać, żeby zdecydowała się na taki krok? Z jej słów jasno wynikało, że obawiała się wizyty popleczników Czarnego Pana, nie aurorów lub brygadzistów Ministerstwa Magii.
Ulysses nie bał się Alanny. Nie bał się jej, bo nie widział w niej przeciwnika. Nie widział powodu, by zobaczyć w niej kogoś, kto był jego przeciwnikiem. Niby dlaczego? Pracowali razem. Współpracowali razem. Może nie dzielili się najgłębszymi myślami, ale z nikim nie dzielił się tym, co kłębiło mu się głęboko w głowie. Czemu tu miałby zachodzić jakiś wyjątek?
- Carrow, co ty zrobiłaś? – zapytał zamiast tego. Posłał jej uparte spojrzenie a potem sięgnął po swoją różdżkę. Nie po to, by spleść zaklęcie, ale by na oczach Alanny schować ją do kieszeni. – Przyszedłem, bo… - pewnie najprościej byłoby powiedzieć prawdę: bo cię lubię i jakaś część mnie martwiła się o ciebie, ale Ulysses nigdy nie robił takich wyznań. Brzmiały mu w uszach głupio i nienaturalnie, nawet jeśli zdawał sobie sprawę, że niektórzy ludzie dokładnie tak wyjaśniali swoje motywacje. – Widzę, że dzieje się z tobą coś niedobrego – zakończył koślawo. – Teraz jeszcze bardziej niż przez ostatnie dni.
Widmo
It's getting dark in this
little heart of mine
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Alanna Carrow
#5
19.11.2023, 18:20  ✶  
Z jednej strony groziła, choć nie wprost, zakazując podnoszenia różdżki – z drugiej natomiast nie potrafiła się zdobyć na reakcję, gdy jednak nie usłuchał. Gdyby nie był Rookwoodem, gdyby miała absolutną pewność, że nie przyszedł tu w dobrych zamiarach (zamiast tego – miała wątpliwości. Czy Ulysses mający za zadanie sprowadzić ją przed oblicze Voldemorta czy po prostu ją zabić postępowałby w dokładnie taki sposób, jak teraz?) - pewnie wtedy nie opuściłaby dłoni z różdżką.
  Ale i też nie odłożyła kijka. Można to pewnie było odebrać jako niewypowiedzianą groźbę, ale i też prawa była taka, że parę zaklęć translokacyjnych oszczędzało czas; ot, kilka machnięć i już się miało w rękach to, co się chciało, zamiast biegać od szafki do szafki i przegrzebywać ich czeluście.
  - Raczej, co nie zrobiłam – wyrzuciła z siebie, już całkiem się cofając, do pokoju, nawet nie zauważając, że przydeptała rzuconą wcześniej na podłogę plakietkę, dumnie wieszczącą, iż jej właścicielka nazywa się Fletchley.
  Nie, nie nazywała się, nie była też członkinią żadnego ugrupowania, jak ten świstek mógł sugerować.
  Rozejrzała się dość bezradnie po pomieszczeniu, jakby wytrącona z rytmu. Co miała zrobić? Co chciała wyjąć, zanim przeszkodzono? Albo raczej: czy była w stanie wyłuskać wszystko, naprawdę wszystko, co świadczyło o tym, iż Carrow nie była już Carrow, czy zatarcie śladów po sobie było możliwe? Czy może jednak…?
  - Czarny Pan w swej mądrości powierzył mi zadanie – wyrzekła dziwnie gorzko, podchodząc do stołu, żeby zerknąć do umieszczonej na nim torby; nie była specjalnie wielka, ale jak się zastanowić? Czy naprawdę mogła ze sobą zabrać dosłownie wszystko? I tak. Prawdziwa Carrow by się cieszyła, chełpiła, z radością i z jego imieniem na wargach by je wypełniła, bez mrugnięcia okiem. Tyle że… nie było do końca tak, jak przywódca śmierciożerców myślał. A może wiedział? Może chciał ją w ten sposób sprawdzić, zyskać ostateczne dowody, że nie jest aż tak wierna, jak powinna być?
  - Harrisowie. Dzisiaj była konferencja, Vivian miała doprowadzić do wypadku i zabić w ten sposób męża... – tak brzmiała oficjalna wersja. Nieszczęśliwy wypadek, nieprawidłowe użycie mugolskiego urządzenia, może nawet po prostu jego awaria. Ale za tym miała stać Carrow, na jej głowie było zadbanie, żeby ten scenariusz się ziścił, dając przeciwnikom mugoli mocne argumenty do rąk.
  Mocne – i jednocześnie do gruntu przeżarte nieprawdziwością.
  - Bezpieczniej dla ciebie będzie, jeśli nie będziesz pamiętał, że tu byłeś – stwierdziła szorstko, między wierszami sugerując, co powinna mu zrobić. I to nawet nie z troski o siebie, bo jej ocalić już nic nie mogło, nie licząc ucieczki – ale Rookwood… Nie życzyła mu, żeby miał oberwać za jej przewiny. Za to, że nie zaciągnął jej przed oblicze Voldemorta – Albo... – zawahała się. Myśl, jaka pojawiła się w głowie, była wręcz szalona. Zacisnęła wargi, przyglądając się Ulyssesowi.
  - … pomożesz mi? Będziesz mógł sobie przypisać zasługi, że mnie wyeliminowałeś, a ja po prostu zniknę i i już nikt nigdy o mnie nie usłyszy – wyrzuciła z siebie. Pierwsza myśl, może niezbyt doskonała, wymagająca doszlifowania.
  I może nie powinna była prosić. Ale jeśli źle oceniła mężczyznę, jeśli popełniła błąd, wypowiadając te słowa… W jednej dłoni nadal ściskała różdżkę.
Cień Swojego Ojca
Prawdziwa nienawiść to dar, którego człowiek uczy się latami.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Patrząc na niego z daleka widzisz schludnego, nienagannie ubranego mężczyznę. Mierzy około 180 cm wzrostu. Jest szczupły. Nieszczególnie umięśniony. Ma ciemne włosy i jasne, niebieskie oczy. Z bliska okazuje się, że natura obdarzyła go wydatnym nosem i często zaciska usta w cienką linię. Rzadko się uśmiecha. Nie żartuje. Jest spięty. Ma pedantyczne ruchy. Aż do bólu opanowany i kontrolujący.

Ulysses Rookwood
#6
10.12.2023, 04:10  ✶  
Ulysess zmarszczył brwi.
Raczej co nie zrobiłam. Słowa Carrow zadudniły mu w uszach. Kompletnie nic nie rozumiał. Podniósł się z ziemi. Zabrał też sponiewieraną plakietkę. Uniósł pytająco brwi do góry, a potem skierował się za Alanną w głąb pokoju. Oparł się o framugę drzwi i patrzył na nią wyczekująco. A gdy kobieta zaczęła mówić, nadal wydawało mu się, że nie rozumiał.
To znaczy inaczej, sens jej słów dotarł do niego dość łatwo. Czarny Pan kazał jej sprokurować wypadek. Nie wykonała swojego zadania. I jeśli młody Rookwood właściwie zrozumiał, o co mogło chodzić w zadaniu, to… to zgadzał się z Carrow. Zabijanie czarodziei tylko po to, by wzbudzić szczucie na mugoli, uważał za głupie i bezowocne. Co innego, gdyby Czarny Pan nakazał jej udowodnić, że Harrisowie celowo mieszali w świecie mugoli. Tyle, że śmierciożercy przecież sami to robili.
Zamrugał porażony tą nieprzyjemną myślą. Ojciec widział w tym wyższy cel, ale Ulysses go nie widział. Odwrotnie, uważał że świat mugoli i świat magii należy oddzielić tak bardzo, jak tylko będzie to możliwe. Żadnego panowania, żadnego mieszania się, żadnego wychowywania małych magów przez mugoli.
- Przestań – poprosił ją dość ostrym tonem, ale wcale nie sprecyzował o co właściwie prosił. O to, by przestała mówić? By przestała myśleć o ucieczce? By nie mówiła mu, co właściwie powinien zrobić? W jego głowie pojawił się natłok gwałtownych, zbyt prędkich myśli. Nie potrafił ich uporządkować i zebrać w jeden konkretny ciąg. Jednoczesne wspomnienia sytuacji, w których obserwował Carrow, mieszały mu się z twarzą ojca i innych, znajomych popleczników Lorda Voldemorta. Zestawiał z nimi ostatni rok, majaczące zagubienie na twarzy Alanny pomieszane z kpiarskim uśmieszkiem i dziwną miękkością zachowania, tak niepodobnego do tego, jak zachowywała się wcześniej. Wypuścić ją, znaczyło zdradzić ojca a on nie był gotowy na zdradę swojego ojca. Sprzeciwić mu się? Tak. Ale nie zdradzić.
Wsunął różdżkę do kieszeni spodni. Palcami potarł swoje skronie, próbując zastanowić się nad tym, jak powinien się zachować.
Nie mógł jej od tak wypuścić, ale nie mógł jej też ot tak zostawić na pastwę Czarnego Pana. Jeśli umarłaby, niechybnie brałby w tym udział jego ojciec (pośrednio, czy bezpośrednio to nie miało znaczenia) a tego Ulysses chyba by nie zniósł.
- Trzeba to zrobić inaczej. Żadnych zasług dla mnie. W ogóle mnie tu nie było… - zaczął powoli, pozbawionym emocji głosem. Odwrotnie do Alanny, nigdy nie zależało mu na awansowaniu w szeregach śmierciożerców. Zależało mu na bezpieczeństwie jego własnej rodziny. Nawet teraz tylko o tym myślał. – Spakowałaś się? Powinniśmy się stąd jak najszybciej aportować. I podpalić to mieszkanie.
Widmo
It's getting dark in this
little heart of mine
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Alanna Carrow
#7
11.12.2023, 00:58  ✶  
Przestań. Znieruchomiała aż na chwilę, wbijając spojrzenie w mężczyznę. Przestań co? Mówić? Poruszać się? Oddychać…? Nie, to ostatnie to przesada, ale z grubsza rzecz ujmując – w istocie, przestała. Nie licząc zaciskania dłoni na różdżce, niepewna, czy jednak nie popełniła błędu.
  Może ta prośba była tym, co przelewało jakąś czarę. Czymś, co sprawiało, że Ulysses miał przed sobą krok, który niekoniecznie mógłby chcieć uczynić. A może nawet wręcz: nie mógł? Zdawał się być przecież wierny, mimo że przez ten czas, jaki go znała, dostrzegała, że nie do końca wpisywał się w ramy organizacji.
  Zrobić inaczej. Czyli jednak…? Ale i tak była bardzo daleko od odetchnięcia z ulgą. Bo to wcale nie tak, że nagle przestała czuć oddech Voldemorta na karku – była pewna, że prędzej czy później wyśle za nią swoje psy gończe. A nawet „prędzej” niż „później”; przecież wtedy by nie pakowała się w popłochu, gdyby miało być inaczej.
  Naprawdę, że też trafiła w takie ciało…
  … i że też tyle była w stanie w nim wytrzymać, próbując nie przykuwać uwagi i okrzepnąć w nowej rzeczywistości.
  - W porządku – zgodziła się bez mrugnięcia okiem. Nie mogła go zmusić do tego, by faktycznie sobie przypisywał zasługi, choć niewątpliwie by to uprościło sprawę. Dodać odrobinę hipnozy – i pewnie byłby święcie przekonany, że faktycznie zmiótł ją z powierzchni ziemi. Nawet nie musiałby udawać…
  Czy się spakowała?
  Omiotła jeszcze raz spojrzeniem całe pomieszczenie. Chyba nigdy nie czuła się tu prawdziwie u siebie, ale jednak… jednak trochę czasu tu spędziła. Miała trochę rzeczy i teraz to wszystko miało pójść z dymem?
  W zasadzie, tak będzie najlepiej. Tylko…
  - Sowa – wychrypiała – Nie mogę jej tu zostawić - zawahała się, ostatecznie zamykając torbę. Nic więcej nie zamierzała do niej włożyć, ale sowa… podeszła do klatki z ptakiem. Może i pierzak miał coś nie tak pod czerepem, bo bardzo lubił zanieść zwrotne listy do Rookwoodów, z czego Ulysses zapewne musiał zdawać sobie sprawę, skoro zwierzę bywało gościem w jego domu, ale też nie-Carrow nie miała aż tak twardego serca, by bez mrugnięcia okiem wywalić go z domu bądź pozwolić na usmażenie się w płomieniach.
  Koniec końców, jak na razie dźwignęła klatkę, odkładając ostateczną decyzję w czasie i zgarnęła też torbę.
  - Wynośmy się stąd – skwitowała, gotowa podpalić mieszkanie i faktycznie się aportować w cholerę. Nawet nie musiała mówić, dokąd, bo w zasadzie… wystarczyłoby złapać mężczyznę i przenieść się tam, gdzie sobie życzyła. Chyba że miał inny pomysł?
Cień Swojego Ojca
Prawdziwa nienawiść to dar, którego człowiek uczy się latami.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Patrząc na niego z daleka widzisz schludnego, nienagannie ubranego mężczyznę. Mierzy około 180 cm wzrostu. Jest szczupły. Nieszczególnie umięśniony. Ma ciemne włosy i jasne, niebieskie oczy. Z bliska okazuje się, że natura obdarzyła go wydatnym nosem i często zaciska usta w cienką linię. Rzadko się uśmiecha. Nie żartuje. Jest spięty. Ma pedantyczne ruchy. Aż do bólu opanowany i kontrolujący.

Ulysses Rookwood
#8
24.12.2023, 01:35  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.02.2024, 00:08 przez Ulysses Rookwood.)  
Ulysses obserwował pośpieszne ruchy Alanny Carrow. W tym jej miotaniu się po pokoju, pozostawał ostoją nienaturalnego spokoju. Patrzył na nią, składając sobie w głowie całą historię. Chciał ją puścić. Nie mógł jej puścić. Lubił Alannę. Nienawidził Alanny. Czy mógłby ją zabić? Gdyby naprawdę wierzył, że chciała zniszczyć jego rodzinę, zrobiłby to. Zrobiłby to szybko, odwracając głowę w bok, byle tylko nie patrzeć na jej bladą twarz, na rozszerzone oczy i płomieniste włosy (nawet jeśli teraz wyglądające nieco inaczej).
Ale nie wierzył by Alanna naprawdę zamierzała to zrobić. Przecież ona nie miała nikogo. Matka umarła już wcześniej, ojca pochowała – zaledwie – przed kilkoma miesiącami. Miałaby pobiec do Ministerstwa Magii, do biura Brygady Uderzeniowej lub Biura Aurorów? I co by tam powiedziała? Że była śmierciożerczynią, ale już jej się odechciało? Nędzny argument dla Wizengamontu. Nawet gdyby go wydała, niechybnie wydałaby się również na pobyt w Azkabanie. Były takie zbrodnie, za które nie otrzymywało się przebaczenia.
- Wezmę twoją sowę – powiedział miękko. – Zaopiekuję się nią. – Będzie miała swoją grzędę w domu Shafiqów. Będzie miała swoje sowie smaczki a Ulysses jeszcze więcej sprzątania i doczyszczania.
Sięgnął ręką do kieszeni, by wyciągnąć stamtąd różdżkę. Patrzył na miękką linię pleców Carrow, na jej szybkie ruchy, gdy dopakowywała ostatnie rzeczy do kufra. Wbrew swoim wcześniejszym słowom, nie mógł czekać aż przetransportują się gdzieś indziej. Nie mógł jej pomóc. Nie do końca tak. Nie tak, jak tego oczekiwała.
Prostowała się, gdy zaklęcie uderzyło ją w plecy. Nie upadła. Nie zachwiała się. Tylko mgła przesłoniła jej myśli, jakby kierując je w stronę spokojnego głosu Rookwooda. Zadane przez nią pytanie zawisło między nimi jak nigdy niewypowiedziane.
- Alanno, odwróć się w moją stronę – poprosił cicho i pociągająco, tak niepodobnie do tonu, którym mówił zazwyczaj. Ten brzmiał dużo bardziej obiecująco, jakby Ulysses miał jej do zaoferowania coś cennego. – Wiesz, że musisz zapomnieć.
Trzymał w ręku wahadełko.
Zapomnieć. Zapomnieć o twarzach śmierciożerców, których znała. Wytrzeć wspomnienia ich nazwisk i głosów. Zastąpić je maskami i nieprawdziwymi pseudonimami. Mechanicznie brzmiącymi, pozbawionymi tonacji głosami.
- Popatrz na wahadełko. Skup na nim pełną uwagę. Widzisz, jak się porusza? Powoli. Tak wolno jak bije twoje serce.
To nie był ten pierwszy raz, gdy Rookwood używał hipnozy, ale był to ten pierwszy raz, gdy szczerze nie chciał, by hipnotyzowana osoba zapomniała zbyt wiele. Alanna nie była mugolką, której pojedyncze wspomnienie dało się zastąpić czymś błahym. Carrow miała wiele wspomnień. Ulysses nie znał wszystkich, jeśli więc chciał ją puścić, musiał nie tyle je zupełnie wymazać, ile zmodyfikować. Nałożyć maski na twarze śmierciożerców. Delikatnie zmienić kontekst wspomnień – nie rozkładali razem ulotek, sama to zrobiła. Nie podkładali razem kamieni. Sama je podkładała. Tak była w Kromlechu, ale gdzie znajdowało się wejście? Zapomniała. Tak, pamiętała swoich współpracowników, ale zapomniała, kto z nich był śmierciożercą. Musiał za to pozostawić w jej głowie strach. I to strach nie tylko przed Ministerstwem Magii i Wizengamontem, ale również przed śmierciożercami.
- Wiesz, że nie jesteś bezpieczna?
Bo przecież nie była. Nie mogła być bezpieczna. Kiedy Czarny Pan dowie się, że uciekła z pewnością wpadnie we wściekłość. Na pewno pośle na jej poszukiwania zaufanych śmierciożerców by ją ukarać. A kara mogła być sroga, bardzo sroga. Śmiertelnie sroga?
Tu Ulyssesowi wystarczyły niedopowiedzenia. Zwilżył językiem spierzchnięte wargi. Jakaś jego część chciała, by tkwił w jej pamięci; by wiedziała że jej pomógł, że lubił ją, że miała w nim przyjaciela. Była to ta perfidna część jego natury, która gotowa była nawet zmusić ją hipnozą by i jego polubiła. Na szczęście, ta część jego osobowości nie była na tyle silna, by przekonała go do posunięcia się o te kilka kroków za daleko.
Podszedł do niej jeszcze bliżej. Chciał ją objąć. Dotknąć po raz ostatni, chociaż wcześniej nigdy jej nie dotykał w taki sposób. Chciał zapamiętać zapach jej skóry, miękkość włosów, kruchość sylwetki. Ale tylko patrzył przez kilka długich sekund. Wahadełko bujało się w niezmienionym tempie. Wreszcie, zamiast ją obejmować, Ulysses sięgnął po klatkę z sową.
- Alanno, kiedy policzę do trzech, ockniesz się, pozwolisz mi wyjść, nie patrząc w moją stronę, potem podpalisz mieszkanie, złapiesz ręką za swój bagaż i aportujesz w bezpieczne miejsce. Pamiętaj, że musisz się śpieszyć. Nie jesteś już bezpieczna – zakończył cicho. – Odwróć się. Jeden.
Naprawdę lubił Alannę Carrow.
- Dwa.
Szczerze nienawidził Alanny Carrow.
- Trzy. – Pstryknięcie.
To już nie miało znaczenia. Słyszała za swoimi plecami dźwięk zamykanych drzwi.

Odchodząc postać korzysta z rodowej przewagi Rookwoodów.
Widmo
It's getting dark in this
little heart of mine
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Alanna Carrow
#9
25.12.2023, 17:39  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 25.12.2023, 17:44 przez Morgana le Fay.)  
Zaskoczył ją. Zwierzęta były, jakie były, zupełnie nie pasowały do Ulyssesa Rookwooda, który wszystko musiał mieć w idealnym porządku. One wprowadzały pierwiastek chaosu – on zaś był nieskończonym ładem, porządkiem, ciszą. A jednak… jednak?
  - Naprawdę? Mógłbyś? – z jakiegoś powodu się zawahała, nawet nie była do końca pewna, dlaczego. To rozwiązywało problem – bo wtedy, gdyby ktoś wytropił jej sowę, nie mógłby pomknąć za nią, żeby ostatecznie dotrzeć do celu, jakim była Alanna Carrow.
  Zdrajczyni Czarnego Pana.
  Ale mimo wszystko to wciąż było zwierzę, do którego przywykła. Złościła się na nią? Owszem, nierzadko, zwłaszcza wtedy, gdy leciała do Rookwoda – innego Rookwooda niż ten, co znajdował się obok – ale koniec końców… była jej towarzyszem. Istotą, która sprawiała, że w tych ścianach nie pozostawała całkiem samotna, kimś, o kogo musiała zadbać, nawet jeśli dość często się odgrażała, że wszystkie pióra z dupy powyrywa i przerobi na rosół. Szczegół, że taka młoda ta sowa to znowu nie była…
  - … dziękuję – naprawdę wydawała się być wdzięczna – Tylko może lepiej nie dawaj jej żadnych listów, zwłaszcza ważnych – przestrzegła na wszelki wypadek, choć tak po prawdzie… chyba już widział tego pierzaka?
  Było w tym coś ironicznego. Od początku zakładała, że był tu po to, żeby ją skrzywdzić; straciła czujność i…
  … chwila nieuwagi. Wystarczyło tylko tyle, ten moment, kiedy się odwróciła, żeby sięgnąć po rzecz. Sekunda, żeby trafił ją czar, choć inny niż początkowo zakładała. Czy rozumiała, co się działo, gdy odwracała się w stronę Ulyssesa? Czy zdawała sobie sprawę z faktu, że właśnie była zmuszana do czegoś – prawie tak, jak dopiero co miała zmusić swoją niedoszłą ofiarę? Czy w tych ciemnych oczach widział błysk świadczący o tym, jak bardzo poczuła się właśnie zdradzona…?
  Nie miała wyboru. Wpatrywała się w wahadełko, słuchała głosu Rookwooda. A wypowiadane słowa zapadały głęboko, o wiele głębiej niż byłaby w stanie sobie to uświadomić. Nie miała ich pamiętać – ale miała nimi żyć, dziś, jutro, zawsze…?
  Wspomnienia z ostatniego roku się rozmywały i nie zauważała tego. Zmieniały się, subtelnie, wspomnienie po wspomnieniu. Zupełnie, jakby jej własne życie było przepisywane na nowo – tylko przepisującemu nie chciało się powtarzać wszystkich szczegółów, pozbywał się rozwleczonych opisów, pozostawiając jedynie szkielet opowieści.
  Jeden.
  Dwa.
  Trzy.
  Zamrugała, zastanawiając się, dlaczego do jasnej cholery wpatruje się tępo w przestrzeń, zamiast się pakować i wynosić stąd jak najdalej. Musiała odejść. Odciąć się od życia, jakie teraz wiodła. Porzucić pracę, porzucić śmierciożerców, prawie jak umrzeć ponownie. Bo Alanna Carrow musiała przecież umrzeć, prawda…?
  Machnięcie różdżką.
  Nie patrzyła, jak ogień rozlewa się po mieszkaniu, jak jego jęzory coraz chciwiej wczepiały się w swoje pożywienie i zaczynały się rozrastać, coraz bardziej i bardziej i bardziej…. Nie patrzyła. Nie widziała.
  Po prostu chwyciła za torbę i się teleportowała.

Koniec sesji
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Alanna Carrow (2253), Ulysses Rookwood (1970)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa