29.11.2023, 11:08 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 29.11.2023, 11:11 przez Brenna Longbottom.)
Brenna stoczyła się po czymś, boleśnie obijając, a potem upadła na twarde, wilgotne podłoże. Jej prawa ręka odruchowo powędrowała ku kieszeni i natychmiast wydobyła różdżkę, usta otworzyły się, by wezwać Olivię... ale ta na szczęście się odezwała: cała, zdrowa, żywa.
- Jestem - powiedziała pośpiesznie. - Ciii - dodała, bo krzyk Quirke odbił się dalekim echem, a chociaż czarodziejka nie miała prawa żyć po takim czasie (czy aby na pewno? Persefona Fawley też powinna być martwa, ale nie, nie chciała myśleć o Persefonie, o statku, o Maddie i o zimnych palcach zaciskających się na jej dłoni), mogły tu być inne pułapki, inne istoty.
Rzuciłaby lumos, ale wstrzymała się, póki słaby płomyk nie zaigrał na końcu zapalniczki, wyciągniętej przez Olivię. Nie poruszała się: siedziała wciąż w tym samym miejscu, nie chcąc ryzykować, że w mroku stanie gdzieś, gdzie nie trzeba. Kiedy pojawił się ogień, uniosła głowę i rozejrzała się, po suficie, po ścianach, tonących w mroku, pośród tańczących cieni. Nigdzie nie było widać wyjścia - musiało zamknąć się za nimi.
Jak za ofiarami mrocznej czarodziejki.
- Moja rodzina wie, że tutaj poszłam. Zostawiłam wiadomość. Za pół godziny powinnam stawić się w biurze. W zależności od tego, na ile czujny będzie mój brat, ktoś pojawi się tutaj w przeciągu od pół do półtorej godziny - powiedziała. Mówiła cicho, bardzo spokojnie, nawet jeżeli serce tłukło się jej szaleńczo. Wolniej i bardziej lakonicznie niż zazwyczaj. Żałowała, że nie zostawiła wiadomości Mav tylko Erikowi: Erik był optymistą, więc w jego przypadku to będzie raczej półtorej godziny.
- Wolałabym jednak, żeby tutaj za nami nie wpadli, bo i tak będziemy musieli znaleźć wyjście - podjęła, po czym podniosła się, bardzo ostrożnie. - Ta zapalniczka to za mało. Musimy sprawdzić czy działa magia – stwierdziła w końcu, unosząc różdżkę. W świetle zapalniczki nie widziała żadnych run ani znaków, liczyła więc, że nic się nie stanie.
Lumos.
Różdżka rozjarzyła się blaskiem, który sięgnął mrocznych kątów. Były po prostu w jaskini – jaskini, która zdawała się zwykła, pozbawiona jakiegokolwiek śladu magii. Przed sobą miały korytarz, zawężający się, prowadzący w dół. Brenna odetchnęła, głęboko wciągając powietrze, szukając w nim charakterystycznych woni, kojarzących się z czarną magią. Ale nie było dymu, siarki, zapachu popiołu. Tylko wilgoć. Zapach wodorostów. Gdzieś w oddali słychać było kapanie wody.
Uniosła różdżkę wyżej, spoglądając w górę, w miejsce, z którego spadły. Wyszeptała kolejną inkantację, zaklęcie rozpraszające, nic to jednak nie dało. Wyglądało na to, że nie mogły wrócić tą samą drogą, którą tu weszły – mogły tylko iść dalej. Spróbowała teleportować się o pół metra, ale czar nie zadziałał.
Brenna powoli podeszła do korytarza, oświetliła go różdżką. A potem przyklękła, sięgnęła po duży kamień, jeden, drugi – oba cisnęła przed siebie, jeden lżej, drugi z całej siły, by odbił się kilka razy od podłogi.
Mogła to być paranoja, mogło być wyszkolenie, ale skoro wpadły tu w ten sposób, chciała sprawdzić, czy na jedynej drodze przed nimi nie czeka jakaś pułapka.
- Jestem - powiedziała pośpiesznie. - Ciii - dodała, bo krzyk Quirke odbił się dalekim echem, a chociaż czarodziejka nie miała prawa żyć po takim czasie (czy aby na pewno? Persefona Fawley też powinna być martwa, ale nie, nie chciała myśleć o Persefonie, o statku, o Maddie i o zimnych palcach zaciskających się na jej dłoni), mogły tu być inne pułapki, inne istoty.
Rzuciłaby lumos, ale wstrzymała się, póki słaby płomyk nie zaigrał na końcu zapalniczki, wyciągniętej przez Olivię. Nie poruszała się: siedziała wciąż w tym samym miejscu, nie chcąc ryzykować, że w mroku stanie gdzieś, gdzie nie trzeba. Kiedy pojawił się ogień, uniosła głowę i rozejrzała się, po suficie, po ścianach, tonących w mroku, pośród tańczących cieni. Nigdzie nie było widać wyjścia - musiało zamknąć się za nimi.
Jak za ofiarami mrocznej czarodziejki.
- Moja rodzina wie, że tutaj poszłam. Zostawiłam wiadomość. Za pół godziny powinnam stawić się w biurze. W zależności od tego, na ile czujny będzie mój brat, ktoś pojawi się tutaj w przeciągu od pół do półtorej godziny - powiedziała. Mówiła cicho, bardzo spokojnie, nawet jeżeli serce tłukło się jej szaleńczo. Wolniej i bardziej lakonicznie niż zazwyczaj. Żałowała, że nie zostawiła wiadomości Mav tylko Erikowi: Erik był optymistą, więc w jego przypadku to będzie raczej półtorej godziny.
- Wolałabym jednak, żeby tutaj za nami nie wpadli, bo i tak będziemy musieli znaleźć wyjście - podjęła, po czym podniosła się, bardzo ostrożnie. - Ta zapalniczka to za mało. Musimy sprawdzić czy działa magia – stwierdziła w końcu, unosząc różdżkę. W świetle zapalniczki nie widziała żadnych run ani znaków, liczyła więc, że nic się nie stanie.
Lumos.
Różdżka rozjarzyła się blaskiem, który sięgnął mrocznych kątów. Były po prostu w jaskini – jaskini, która zdawała się zwykła, pozbawiona jakiegokolwiek śladu magii. Przed sobą miały korytarz, zawężający się, prowadzący w dół. Brenna odetchnęła, głęboko wciągając powietrze, szukając w nim charakterystycznych woni, kojarzących się z czarną magią. Ale nie było dymu, siarki, zapachu popiołu. Tylko wilgoć. Zapach wodorostów. Gdzieś w oddali słychać było kapanie wody.
Uniosła różdżkę wyżej, spoglądając w górę, w miejsce, z którego spadły. Wyszeptała kolejną inkantację, zaklęcie rozpraszające, nic to jednak nie dało. Wyglądało na to, że nie mogły wrócić tą samą drogą, którą tu weszły – mogły tylko iść dalej. Spróbowała teleportować się o pół metra, ale czar nie zadziałał.
Brenna powoli podeszła do korytarza, oświetliła go różdżką. A potem przyklękła, sięgnęła po duży kamień, jeden, drugi – oba cisnęła przed siebie, jeden lżej, drugi z całej siły, by odbił się kilka razy od podłogi.
Mogła to być paranoja, mogło być wyszkolenie, ale skoro wpadły tu w ten sposób, chciała sprawdzić, czy na jedynej drodze przed nimi nie czeka jakaś pułapka.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.