Murtagh spoglądał w karmelowo-brązowy płyn, przelewający się na dnie ozdobnej szklanki ze szkła kryształowego. Ścianki szklanki były nierówne, załamując światło pod różnymi kątami co nadawało płynowi osobliwego zabarwienia. Mężczyzna nie chciał zbyt szybko wypić ostatniego łyka, bo to oznaczałoby, że musiałby się podnieść, podejść do blatu i nalać sobie kolejną porcję ze stojącej tam butelki. W tym momencie natomiast odległość między fotelem a blatem wydawała mu się podobna do oceanu, który kiedyś planowali przemierzyć razem z Dianą by być już na zawsze razem.
Sranie w banie.Teraz, ponad dziesięć lat później, wiedział już dobrze, że tamto uczucie było tyleż doniosłe i silne, co szczeniackie i nietrwałe. Diana Burke... Nie, obecnie Diana Mulciber, była dla niego odległa niczym dawno opuszczona ziemia rodzinna, na której się wychował. Nie wiedział dokładnie co u niej, chociaż miał swoje sposoby by dowiedzieć się, że nie była szczęśliwa w związku ze starszym bratem Axela. Kiedyś, jeszcze parę lat temu, miał nadzieję, że może udałoby mu się uwolnić ją z tego związku. Potem jednak uświadomił sobie, że wcale nie chce jej odzyskać, a jego nienawiść do niej ma się równie dobrze, lub nawet lepiej niż, jego miłość.
Ze złością dopił whiskey i odstawił kieliszek na stolik kawowy przed nim. Sam nie wierzył, że był właśnie sam, w swoim niewielkim apartamencie w centrum Londynu, pijąc whiskey i roztrząsając rzeczy które powinny być dawno odsuniętym na bok, mglistym wspomnieniem. Wiedział jednak, że Sylwester zwykle był dla niego drażliwym wieczorem. Zwykle po prostu zapraszał do siebie jakąś dziewczynę, rozpieszczał ją drogim szampanem, magicznymi fajerwerkami na niebie, oraz tymi niemniej magicznymi w sypialni. Potem wyrzucał ją z mieszkania z samego rana, brał prysznic zmywając z siebie pot i zapach jej perfum i wyruszał na spacer wzdłuż Tamizy. W tym roku jednak zbyt długo zwlekał z zaproszeniami i okazało się, że wszystkie potencjalne kandydatki były zajęte.
Spokojnym krokiem podszedł do biurka w sypialni i kilkoma szybkimi ruchami pióra zapisał krótki liścik na kawałku pergaminu.
Brzmiała jego treść. Zwinął go w rulonik i przywołał do siebie swojego kruka, który do tej pory spał smacznie na złotej żerdzi w rogu pokoju. Zwierzę przekrzywiło łepek, dając sobie zawiązać do łapki notatkę i posłusznie odleciało w noc, niosąc ją do adresatki. Macmillan sam do końca nie wiedział dlaczego do niej napisał, ani zapraszał ją na spotkanie. Prawdopodobnie spędzała przecież Sylwestra ze swoim narzeczonym, lub w gronie rodzinnym albo z jakąś przyjaciółką. Piękna kobietka na pewno miała w każdym razie tysiąc lepszych rzeczy do roboty, niż odwiedzanie dużo starszego mężczyzny, którego w dodatku znała głównie przelotnie. Mimo to uznał, że nic nie traci, a nie mógł znieść już milczącego towarzystwa swoich własnych myśli.
“I know love and lust don't always keep the same company.”
― Stephenie Meyer, Twilight Murtagh Macmillan, Secrets of London