Wiosna 1968
Cup of coffee
Bycie dziennikarzem zdecydowanie nie należało do zawodów z gatunku tych najprostszych. Nierzadko trzeba było się wykazać niezwykłym zacięciem, uporem oraz nutką bezczelności, jeśli chciałeś dotrzeć do historii, która faktycznie miała jakąś wartość. Z racji na to, że Aaron nie gustował w tematach zwykłych, jego praca nierzadko ocierała się o różnorakie przygody. W przeciągu ostatnich lat zbudował sobie sieć kontaktów i znajomości, z pomocą których wyszukiwał informacji, które mogły mu się przydać. Skrupulatna, sumienna praca sprawiła, że większość ludzi wiedziała, że dostarczenie mu informacji z pierwszej ręki może okazać się opłacalne. Mężczyzna nie skąpił galeonów, gdy ktoś przynosił mu wieści, które potem mógł przelać na papier, a następnie umieścić na łamach Proroka. Oczywiście pieniądze nie były jedynym, czym Skeeter handlował, jeśli można to tak nazwać. Jeśli jakieś wiadomości nie stanowił dla niego większej wartości, używał ich do dobijania kolejnych targów. Czasami, gdy sytuacja była szczególnie delikatna i kusząca, pozwalał sobie nawet na zabawę w przysługi i układy. Czy zdarzyło mu się podkolorować artykuł na temat wystawy jakiejś starszej kobieciny, bo ta oferowała mu wachlarz informacji na temat grona znanych artystów? Być może. Pojawiło się na ten temat kilka plotek, ale Aaron po prostu to ignorował. Nie dając prasie tematu na kolejne artykuły, większość takich insynuacji umierała śmiercią naturalną.
Po prawdzie to nawet nie obchodziło go to, czy ludzie mieli o nim dobre zdanie, przynajmniej większość z nich. Znajomych oczywiście miał, ale tych bliskich dobierał sobie dość wybrednie, dopuszczając do siebie grono nielicznych. Nie chodziło tutaj nawet o jakieś utrzymywanie tajemnic. Po prostu nie miał ani czasu, ani ochoty na to, żeby bawić się w życie towarzyskie. Wolny czas spędzał w większości na pisaniu artykułów i felietonów. Żył w ciągłym ruchu, poszukując tematów, które zainteresowałyby go na tyle, żeby chciał się nad nimi pochylić. Nieustannie poszukiwał tematu, który mógłby nazwać "tym jedynym", ale praktycznie zawsze musiał obejść się ze smakiem. Świat czarodziejów był nad wyraz nudny i bezbarwny. Jeśli już coś się działo, dotyczyło to głównie tematów prywatnych, a od pisania o romansach brało go na nudności. Po prostu nie potrafił znaleźć wartości w pisaniu o tym "kto, co i z kim". Unikał tego jak ognia, przynajmniej wtedy, gdy miał taką możliwość.
Czasami bowiem dostawał rozkazy "z góry". Naczelny kazał mu przyjrzeć się jakiejś przyziemnej sprawie i napisać o tym jakiś artykuł. W przeciągu ostatnich miesięcy opisał kilka mniejszych i większych skandali rodów czarodziejów, spośród których szczególnie jeden odbił się szerszym echem. Niestety dla niego, nie chodziło o żadne mroczne biznesy, a o — jak zwykle zresztą — romanse. Pisał to z zaciśniętymi zębami, klnąc na przełożonego niczym szewc, ale z przymusu dostarczył ostateczne wersje do druku. Początkowo starał się wykłócać, próbując się jakoś odciąć od tego typu zleceń, ale ostatecznie pogodził się ze smutną rzeczywistością, przynajmniej częściowo. Z tyłu głowy zaczął już bowiem obmyślać plan, który tak w sumie nawet nim nie był. Aaron po prostu doszedł do jasnego, oczywistego w sumie wniosku. Musiał iść na swoje. Pracowanie w gazecie, nawet tak dużej jak Prorok, po prostu nie było dla niego. Jasne, czasami udawało się chwycić ciekawszy temat, a kontakty kolegów bywały pomocne, ale po prostu miał dość pisania pod dyktando innych. Właśnie dlatego kilka dni temu złożył wypowiedzenie. Zostało mu jedynie dociągnąć jakoś do końca miesiąca, co jednak okazało się wybitnie trudne. Koledzy z pracy byli mili, niektórym nawet zaimponował, ale niewiele go to obchodziło. Mężczyzna chciał już stąd po prostu uciec. Męczyła go każda kolejna minuta spędzona w tym budynku.
Dzisiejszego dnia nie było inaczej. Gdy zegar wybił godzinę piątą po południu, Aaron przetarł lekko oczy, odkładając pióro na blat stołu. Kolejny "produktywny" dzień spędzony w siedzibie Proroka, który spędził na opisywaniu romansu jakiegoś starego oblecha i młodej panny z dobrego domu. Rzucił tekst na biurko naczelnego, po czym zgarnął płaszcz i umknął z budynku. Powoli zaczynała się wiosna. Krajobraz co prawda wciąż był bardziej szary i bury niż zielony, ale drzewa powoli zaczynały kwitnąć.
Powietrze zaś było chłodne, rześkie. Pora idealna na przechadzkę ulicami Londynu. Potrzebował się nieco dotlenić, żeby lepiej przemyśleć kilka tematów, które wpadły w jego ręce przed tygodniem. W końcu coś większego — przynajmniej w teorii. Jego dotychczasowe źródła potwierdzały mu przynajmniej kilka czynów poza prawem, co czyniło z tego fascynującą, ekscytującą sprawę. Musiał się jednak wstrzymywać, nie chcąc oddać Prorokowi tego tematu. W końcu odchodził, także nie było żadnej podstawy ku temu, żeby zostawiał im na koniec bardziej wartościowe prezenty. Zresztą, znając życie, naczelny pewnie kazałby mu puknąć się w głowę i zająć się czymś sensownym. Skończony, małomiasteczkowy, niewykształcony troglodyta.
Pochłonięty myślami nawet nie zauważył, kiedy zaczęło padać. Dopiero po kilku dobrych minutach, gdy jego ubrania i włosy niemal ociekały już wodą, do mózgu dotarło, że z nieba leją się coraz większe strugi wody. Niewiele myśląc, rozejrzał się po okolicy i wskoczył do pierwszej lepszej kawiarni, która wpadła mu w oko. Rozejrzawszy się po wnętrzu, zorientował się, że znalazł się w miejscu, którego nawet nie kojarzył. Klimat nieco rustykalny, ale całkiem przyjemny. Widać było, że to jakiś rodzinny biznes, chyba jeden z tych lepszych. Świadczyć o tym mogło to, że większość stolików była zajęta.
Ewidentnie znajdował się poza magiczną częścią Londynu, ale tak w sumie to nieszczególnie mu to przeszkadzało. Sam nie był czystej krwi, a cała idea z traktowaniem kogoś jako gorszego tylko poprzez urodzenie była dla niego śmieszną kpiną. Kiwnął głową znajdującemu się za ladą starszemu mężczyźnie, idąc w jego stronę. — Poprosiłbym o czarną kawę, a do tego... jaki mają państwo dzisiaj wypiek? — zapauzował, oglądając znajdujące się pod szkłem ciasta. — Może być to z orzechami. Tak, to. Dziękuję bardzo, tutaj pieniądze — rzucił, po czym wyjął z kieszeni kilka mugolskich banknotów, dziękując samemu sobie w duchu. Tak, zdecydowanie warto nosić przy sobie tego typu rzeczy.
Następnie rozejrzał się po wnętrzu, szukając wolnego miejsca. Bez większego namysłu wsunął się do stolika tuż przy oknie, dziwiąc się, że miejsce z widokiem na okolicę pozostawało puste, ale dość szybko zorientował się, czemu tak było. Okno było cholernie nieszczelne, co boleśnie odczuły jego plecy. No tak, przecież nie może być za łatwo.
![[Obrazek: 95d2a6be96822749cf05e777388d9bf25c7c9f8e.gif]](https://64.media.tumblr.com/cb39096f22490449ce8b7bd8a9e92dcf/e8cefd97277fd265-37/s540x810/95d2a6be96822749cf05e777388d9bf25c7c9f8e.gif)