• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 … 7 8 9 10 11 … 16 Dalej »
[18.12.1970] Nastał czas ciemności

[18.12.1970] Nastał czas ciemności
Our Lady of Sorrows
and you don't seem the lying kind
a shame that I can read your mind
and all the things that I read there
candlelit smile that we both share
wiek
25
sława
IV
krew
czysta
genetyka
wila
zawód
Infobrokerka, właścicielka zakładu pogrzebowego, pianistka
Spowita nimbem wyższości i aureolą sięgających niemal do ziemi srebrzystoblond włosów, Lorraine wygląda dokładnie tak, jak powinien wyglądać Malfoy z krwi i kości. A jednak... Coś hipnotyzującego jest w jej czystym, wysokim głosie, w sposobie, w jaki intonuje słowa. Coś w pełnych gracji ruchach, w przenikliwym spojrzeniu jasnoniebieskich oczu, skrytych pod ciężkimi od niewyspania powiekami. Przedziwny czar półwili, który wyróżnia Lorraine z tłumu mimo raczej przeciętnej postury (1,67 m), długo nie pozwalając ludziom zapomnieć o jej uśmiechu. Wygląda na istotę słabą, wątłego zdrowia. W przeszłości, Lorraine zmagała się z zaburzeniami odżywania, przez co teraz cechuje ją nienaturalna wręcz kruchość. Chorobliwie chuda, kości zdają się niemal przebijać delikatną, bladą skórę. Uwagę zwracają zwłaszcza wydelikacone dłonie o długich, smukłych palcach, w których często obraca w zamyśleniu srebrny pierścionek z emblematem rodu Malfoy. Obyta towarzysko, zawsze wie, co powiedzieć, i jak się zachować. Bez względu na okoliczności dba o zachowanie nienagannej postawy. Ubiera się w otrzymane w spadku po bogatszych kuzynkach, klasyczne, mocno zabudowane suknie, na których wprawne oko dostrzeże ślady poprawek krawieckich. W naturze półwili leży przyciągać cudze spojrzenia, może dlatego Lorraine nosi się bardzo konserwatywnie, nigdy niemal nie odsłaniając ciała. Najczęściej spowita jest od stóp do głów w biel, choć chętnie stroi się również w odcienie zieleni i błękitu. Zawsze otula ją mgiełka ciężkich perfum, których nieznośnie wręcz słodki zapach służy tuszowaniu klejącej się do Lorraine mdłej woni śmierci.

Lorraine Malfoy
#1
27.12.2023, 21:56  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.02.2026, 23:46 przez Lorraine Malfoy.)  
Tymczasowe mieszkanie Lorraine na Nokturnie

– Murtagh? – W głosie Lorraine zabrzmiała ostrzegawcza nuta. – Co to jest? 

Wiedziała, że zobaczyła coś, czego nie powinna zobaczyć, kiedy poczuła, że Murtagh ostrzegawczo ściska jej dłoń – mocno, zdecydowanie mocniej niż się spodziewała – mężczyzna schwycił jej przegub i szarpnął gwałtownie, wpijając rozcapierzone palce w delikatną skórę. Lorraine aż syknęła z bólu. Uścisk dłoni był wcześniej ustalonym sygnałem: w ten sposób, Murtagh – z pewnym wyprzedzeniem – dawał Lorraine znak, aby powściągnęła swoją moc i nie próbowała sięgać głębiej. Malfoy miała przez chwilę wątłe wrażenie, że Macmillan wypowiedział na głos jej imię – tylko kiedy to było?, zastanawiała się wiła – łatwo było stracić poczucie miejsca i czasu, gdy w grę wchodziła legilimencja, nigdy nie mogła być niczego pewna przy natłoku impresji prześlizgujących się przez jej umysł w tym jednym momencie, kiedy zaglądała do wnętrza cudzej głowy – zwłaszcza, kiedy była to głowa innego legilimenty. 

Uścisk dłoni zawsze zresztą pozostawał w ich relacji bardziej grzecznościową sugestią aniżeli realną obietnicą odwrotu. Obojgu zdarzało się zbyt często zapuszczać w niepowołane regiony pamięci, bo – choć głośno się do tego nie przyznawali – byli doskonale świadomi tego, że trochę za bardzo lubią zachłystywać się własną potęgą korzystając z legilimencji. Przez lata, Lorraine i Murtagh zdążyli się jednak poznać na tyle dobrze, by zaakceptować ten stan rzeczy: oddając się w ręce zaufanego legilimenty wyzbywali się na chwilę kierującej nimi chorobliwej potrzeby kontroli i pozwalali ponieść się chwili. Stawiali sobie kolejne wyzwania, wymyślając coraz to nowsze sposoby na doskonalenie swych umiejętności, siedząc głowa przy głowie w obskurnym mieszkaniu Lorraine, skryci przed resztą świata w ciemnym sercu Nokturnu, dopóki jedno nie nauczyło się w miarę swobodnie poruszać pośród misternych struktur pamięci drugiego. Za oknem padał śnieg, zegar zdążył już wybić trzecią, a oni – niepomni na niepokój na ulicach, późną godzinę i konwenanse – siedzieli przy pustym stole, gotowi odkryć przed sobą serca i umysły w najdoskonalszy ze znanych im sposobów. Uścisk dłoni z czasem stał się dla nich swoistym wentylem bezpieczeństwa, karykaturą emocjonalnego wsparcia: w razie gdyby potrzebowali pocieszenia – dotarłszy do czegoś traumatycznego w annałach pamięci – zawsze mieli obok siebie kogoś, kto dawał znać, że rozumie; zakrawająca o parodię, poroniona próba przepracowania targających nimi uczuć i wspomnień, których nie potrafili zaakceptować, spychając je na tyły umysłu.

Teraz oddawali się swojej ulubionej zabawie: Lorraine miała odróżnić prawdziwe wspomnienia od tych fałszywych – podsuwanych szczwanie, przypadkowych myśli – funkcjonujących jako prowizoryczne zapory przed atakami na prywatny strumień świadomości, zaś Murtagh naprędce wznosił kolejne barykady reminiscencji, próbując powstrzymać jej legilimencką szarżę. Zabawa, która czasem bardzo szybko przestawała być zabawą. Często, kiedy nurkowała w ciemne otchłanie jego umysłu, on wstydliwie odsuwał ją od osnutych okrucieństwem wspomnień – tych, w których folgował najniższym ze swych popędów – przyjmowała to z pogardliwą wyrozumiałością, był przecież tylko mężczyzną, stwierdzała lekceważąco, upadki są właściwe męskiej naturze, zwłaszcza, kiedy było się hipokrytą, a chciało uchodzić za idealistę: prawda była taka, że Lorraine robiła interesy z ludźmi gorszymi od Murtagha, więc niespecjalnie ruszały ją dręczące go dylematy moralne.

Wyczuła niepewność Macmillana jeszcze zanim zobaczyła wahanie w jego oczach: widziała jak pogłębia się zmarszczka na czole mężczyzny, czuła, jak poci mu się dłoń, kiedy próbował zepchnąć niewygodne wspomnienia na peryferie świadomości – z dala od penetrującego duszę spojrzenia wiły – ale Malfoy była szybsza. Przeniknęła pośród strzępek rozmów zakrapianych alkoholem, puszczając mimo uszu kilka wulgarnych żartów o mugolakach, poprzetykanych, jak na ironię, pijackimi reminiscencjami pocałunków z kobietami takiegoż pochodzenia: kobietami bez kazirodczego rodowodu, bez gobelinu z drzewem genealogicznym przypominającym wieniec w salonie, kobietami, w których żyłach płynęła krew tak samo brudna, jak jego sumienie. Pieprzony hipokryta, pomyślała, rozbawiona, czując, jak Murtagh ściska delikatnie jej dłoń. Zignorowała go. Zmarszczyła brwi dopiero na dźwięk słowa “szlama” – słowa, które w ostatnich latach zaczynało coraz to głośniej wybrzmiewać na arystokratycznych salonach podczas spotkań towarzyskich i politycznych dyskursów – język nokturńskiego rynsztoku na ustach jaśniepaństwa, stwierdziła z niesmakiem Lorraine, wiodąc spojrzeniem po twarzach dobrze urodzonych panien i dżentelmenów otaczających Murtagha w jego wspomnieniu. 

Lorraine wychowała się wśród takich samych ideałów, co i Murtagh: ideałów może nawet silniej wtłaczanych do jej głowy, niż innym dzieciom czystej krwi, przez wzgląd na sytuację materialną jej rodziny. To zubożała arystokracja zawsze najgłośniej podkreślała swoje przywiązanie do tradycji, aspirując do poziomu prezentowanego przez bogatszych krewnych: przybrana matka Lorraine, Miranda, starała się podreperować resztki strzaskanej przez biedę dumy wywyższając się ponad innych nienagannym pochodzeniem. Czym innym mogła się bowiem poszczycić poza nazwiskiem? Tylko tyle zostało z ich dziedzictwa: nazwisko Armanda i jego długi. Podobnie rzecz miała się w przypadku rodzin, które musiały walczyć o zachowanie statusu czystej krwi, mierząc się z zarzutami dotyczącymi wątpliwego pochodzenia ich przodków: to pośród nich znaleźć można było najwięcej ekstremistów, opowiadających się za najbardziej radykalnymi ideami czystości krwi, głoszących bezwzględną wyższość czarodziejów nad rasą niemagiczną. Członkowie elity natomiast – dobrze sytuowani przedstawiciele rodów należących do magicznej śmietanki towarzyskiej – zwykle poglądali na swoje dziedzictwo z pewnym zblazowaniem: młode pokolenie kpiło z konserwatyzmu starego pokolenia, choć nigdy na tyle głośno, by zostać odciętym od rodzinnego skarbca, gdzie spoczywało gromadzone przez lata złoto, zapewniające życie wygodne i pozbawione celu zarazem. Rodzina Lorraine nie posiadała tego komfortu. Wciąż jednak, nauczono ją dbać o godność nazwiska Malfoy bez względu na sytuację. Lorraine Malfoy, podobnie jak jej matka, była nade wszystko damą, i tak wulgarne słowo jak szlama nie przeszłoby jej przez usta. 

Jakiż dziwny jest ten świat – świat, w którym ludzi takich jak oni postrzega się za cywilizowanych, pomyślała, przysłuchując się teraz uważniej rozmowie arystokratów, niepomna na paznokcie Murtagha wbijające się w jej skórę, choć więcej ogłady można znaleźć u pierwszego lepszego zbira z Nokturnu. Dyskutowali o manifeście Lorda Voldemorta – czarnoksiężnika, określanego przez wielu mianem  duchowego spadkobiercy Grindelwalda – w którym ten ogłosił się Czarnym Panem, postulując zaprowadzenie nowego porządku w czarodziejskim społeczeństwie. Choć słusznie podkreślał wyższość czarodziejów czystej krwi nad czarodziejami pochodzenia mugolskiego, zaproponowany przez niego model hierarchii społecznej był wizją, w mniemaniu Lorraine, czysto utopijną, miejscami zakrawającą wręcz o śmieszność. Tylko że śmiech szybko wiązł w gardle, a miejsce rozbawienia zastępowała irytacja. Tak, w żyłach Lorraine płynęła krew Malfoyów – krew jednego z najbardziej prominentnych rodów czarodziejskich – ale jej biologiczną matką pozostawała wiła, której twarz skazana była nosić do końca życia. Gdzie było jej miejsce w tym nowym porządku, zaproponowanym przez czarnoksiężnika o nieznanym nikomu rodowodzie? W menażerii, razem z resztą magicznych stworzeń? A co ty o tym myślisz, Murtagh?, zaszczebiotała jedna z kobiet: Lorraine miała dziwne wrażenie, że skądś kojarzy jej twarz, ale nie potrafiła połączyć jej z nazwiskiem, zbyt skupiona na odpieraniu mentalnych ataków Macmillana. Wizja się zmieniła. 

To nie były jakieś antymugolskie pamflety, których coraz więcej widywało się na ulicach, tylko brutalne wizje, zrodzone w umyśle zwiedzionym przez ekstremistyczną ideologię. Murtagh wbił paznokcie w jej rękę, chcąc zmusić ją do odwrotu, pokusa była jednak zbyt silna. Nie potrafiła się oprzeć: była zbyt zmęczona, by walczyć na dwa fronty jednocześnie – z nim, i z sobą samą – nie miała wystarczająco silnej woli, by przeciwstawić się podszeptom uzależnienia, a ból nie pomagał w skupieniu. Nie wycofała się. Nie mogła. Nie od razu. Tkwiła w umyśle Murtagha zbyt głęboko, by szybki odwrót wchodził w grę. Widziała jak myśli mężczyzny stają się coraz to bardziej chaotyczne, widziała jak w snach nawiedzały go postaci w maskach i czarnych szatach, za którymi podążały ból, cierpienie i śmierć, widziała zalążki mrocznych planów, większych od niego samego. ”Wiesz, co im zrobiłem?”, szepnął głos z otchłani wspomnień, głos, który nie miał twarzy, tylko płonące niezdrowo oczy: płomienie zajmowały dach mugolskiego domu, skąd dobiegał stłumione krzyk, szybko zagłuszony przez trzask ognia. 

Lorraine zacisnęła oczy, przerwając urok.

Miała ochotę obrzucić Murtagha litanią przekleństw, bo ani modlitwy jego siostry – ani jej własne – nie wydawały się wzruszać mężczyzny, ani mieć większego wpływu na jego postępowanie, choć ten uparcie utrzymywał, że ceni sobie jej rady. Chciała bluznąć głośno jak Otto, chciała go skląć, chciała widzieć w jego oczach tylko zimną wściekłość – dokładnie taką, jaką teraz sama odczuwała. Nie mogła uwierzyć, że on, właśnie on ze wszystkich znanych jej ludzi – on, który wychował się w cieniu kowenu, on który wierzył, że wszystkie stworzenia Matki są ważne w niekończącym się cyklu życia i śmierci, on, który niejednokrotnie wyrzucał jej cynizm – ryzykował swoją ciężko zdobytą pozycją, ba, całą swoją przyszłością dla tak miałkiej idei, nie, to nie była idea: on ryzykował dla chwilowej podniety płynącej z pogrążenia się w przemocy, tylko dlatego, że inaczej nie potrafił zaspokoić swoich niskich instynktów. Miała ochotę wygarnąć mu, jak bardzo żałosnym jest człowiekiem – nie człowiekiem – zwierzęciem: padlinożernym sępem żerującym na ludzkim nieszczęściu, czego więcej można się było spodziewać po alfonsie, pomyślała z furią, myśli chujem, który staje mu na wyobrażenie torturowanej… “szlamy”. Ale nawet emocjonalne wybuchy Lorraine cechowała chora precyzja, wyrachowanie, które skłaniało półwilę do zachowywania nienagannej postawy bez względu na okoliczności: to samo wyrachowanie, które nie pozwalało jej zniżyć się do pospolitej wulgarności, a raczej maskować prawdziwe intencje pod wytwornymi słowy i ujmującymi uśmiechami. Dlatego teraz, chociaż najchętniej zwyzywałaby Murtagha od głupców, ostatecznie nie powiedziała nic: tylko gwałtownie wyrwała swoją dłoń z uścisku mężczyzny. Nie słuchała tego, co do niej mówi, nie chciała jego wyrzutów, nie chciała jego wymówek: gniewne słowa mężczyzny przemykały gdzieś obok niej, kiedy patrzyła niewidzącymi oczyma na jego znękaną twarz. Gdyby sama właśnie nie zademonstrowała, do czego potrafi się posunąć, by zaspokoić głód legilemenckiego uzależnienia, mogłaby mu powiedzieć, że pogardza ludźmi, którzy nie potrafią trzymać emocji na wodzy. Była hipokrytką, ale przynajmniej była świadoma swojej hipokryzji. 

– Powinieneś już iść – przerwała mu chłodno, podnosząc się z krzesła. Odwróciła się do mężczyzny plecami, jasno dając mu do zrozumienia, że nie jest tu już mile widziany. Patrzyła przez okno, jak wychodzi i znika w mrokach nocy. Żałowała, że nie zanurzyła się głębiej. Może wtedy wyciągnęłaby z jego umysłu jakieś konkretne informacje warte uwagi, a nie tylko te błędne urojenia.

Dopiero teraz odważyła się spojrzeć na ślady, które pozostawił po sobie Murtagh na mlecznobiałej skórze jej lewego przedramienia: odciski palców, rozpaczliwie zaciskających się na ręce wili, parę zadrapań, czerwone półksiężyce w miejscach, w które wbił paznokcie. Murtagh miał brzydką skłonność do egzaltacji i jeżeli nie tkwił akurat w samonapędzającej się spirali cierpienia, spędzał swoją złość na wszystkich dookoła. Zapewne wyśle żałosny list z przeprosinami, kiedy już ochłonie, skonstatowała chłodno, z perwersyjną przyjemnością naciskając palcem na największy z nabiegłych krwią siniaków, specjalne traktowanie dla damy szlachetnej krwi. Bo to, że tu wróci, było dla Lorraine czymś oczywistym: komu innemu mógłby się wypłakać, że jego życie nie ma sensu? Zachowanie bezpiecznego dystansu było motywowane koniecznością. Trwała wojna, nikt nie był pewny, kto stoi po czyjej stronie, więc należało się pozbyć sentymentów i zachowywać bezpieczny dystans w relacjach międzyludzkich: szczerość mogła wiele kosztować kogoś takiego jak Murtagh, choć tak jak wszyscy łaknął zrozumienia i akceptacji.

Musiała przyznać, że był idealnym celem dla Lorda Voldemorta. Zagubiony. Sfrustrowany. Niepewny. Lorraine dobrze znała te uczucia. Powinna była to przewidzieć. Ze skrytki w szufladzie wyciągnęła niepozorny dziennik oprawiony w skórę: kilka minut zajęło zdjęcie nałożonych na okładkę zaklęć ochronnych, zanim mogła bez przeszkód przyjrzeć się jego zawartości. Dziennik wypełniały starannie wycięte artykuły Proroka Codziennego i innych czarodziejskich periodyków, które wpadły Lorraine w ręce. Wycinki opatrzono odręcznymi notatkami: ciasne, schludne pismo wypełniało wolne przestrzenie między gromadzonymi z wielką pieczołowitością zdjęciami, artykułami i notatkami prasowymi, na których zaznaczono najważniejsze informacje: daty i miejsca ataków, tożsamość ofiar – o ile ta nie została utajniona – okoliczności zbrodni. Osobista kronika dokumentująca początki tego szaleństwa – bo Lorraine uważała, że to szaleństwo.

Świat magiczny pogrążył się w masowej histerii. Dlaczego miałaby martwić się o Murtagha – dojrzałego mężczyznę, który miał świadomość tego, że odpowiada za swoje wybory, choć wybiera źle, pomyślała hardo Malfoy – martwiła się przede wszystkim o siebie i o swoje interesy. Martwiła się o najbliższych, o Maeve, która była przecież czarownicą półkrwi, o nią i o jej rodzinę, powszechnie kojarzoną w półświatku, co jeżeli ktoś im zagrozi, zacisnęła zęby, przewracając kolejną stronę w dzienniku, “Zaginieni czarodzieje odnalezieni martwi”, krzyczały wycięte nagłówki, “Kolejny atak śmierciożerców”, “Mroczny znak widziany nad Doliną”, co wtedy? Myślała z niepokojem o Demondzie, o jego dziwnej fascynacji przemocą i ideowym zagubieniu pustego spojrzenia chłopaka, które stawało się nieco mniej puste, gdy przeglądał najnowsze wydanie gazety – gdzie prym wiodły doniesienia na temat ostatnich ataków. Myślała o wszystkich bliskich jej ludziach, którzy mogli w jakiś sposób ucierpieć w obliczu tego bezsensownego konfliktu.

Oczywiście, że mugole nigdy nie będą lepsi od nas, pomyślała ze złością Lorraine, wracając do pierwszej strony dziennika, gdzie umieściła przedruk manifestu, od którego wszystko się zaczęło, tu nie chodzi o krew. Kiedy Lorraine patrzyła na ludzi, klasyfikowała ich pod kątem użyteczności. Ten miał potencjał na bycie wielkim artystą, ten posiadał liczne wpływy, ten – majątek. Cóż z tego, że ktoś był mugolakiem, skoro był bardziej użyteczny dla jej knowań niż kolejny czystokrwisty pasożyt? Nie, tu nie chodziło o krew – tu chodziło o coś więcej: o przynależność klasową, o odebrane wychowanie, wykształcenie o wszystkie te drobne rzeczy, które odróżniały ludzi z wyższych sfer od proletariatu. Lorraine mogła być biedna jak kowenowy kobold, ale nadal czuła się lepsza, nie tylko przez wzgląd na przynależność do rodu Malfoy, ale przez to, że była sobą.

Zatrzasnęła dziennik. Nie miała czasu na egzystencjalne dylematy. Od zawsze wiedziała, po czyjej stronie stoi. 

Po swojej własnej.

Koniec sesji


Yes, I am a master
Little love caster
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Lorraine Malfoy (2199)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa