• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Niemagiczny Londyn v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[7.06.1972] Nikotyna, kofeina, Ty. | Cain & the Edge

[7.06.1972] Nikotyna, kofeina, Ty. | Cain & the Edge
Keeper of Secrets
I am not actually tired, but numb and heavy, and can't find the right words.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Mierzący 182cm wzrostu Cain jest przeciętnej budowy osoby, która coś tam ćwiczy - nie chudy, nie wielce umięśniony. Ma ciemnobrązowe włosy i oczy barwy burzowych chmur, tak ciemne, że z daleka mogą wydawać się czarne. Jego zainteresowane otoczeniem spojrzenie podkreślone jest wiecznymi worami pod oczami.

Cain Bletchley
#11
01.01.2024, 13:30  ✶  

Tak jak poprawne nazewnictwo kieliszków - czy lampek - nie było szczególnie interesujące, tak siedzący obok niego człowiek - był. Cain skierował spojrzenie na Flyna, kiedy poczuł jego dotyk. Patrzył. Patrzył, ponieważ nie było na świecie nic bardziej interesującego niż ten niemoralnie niepoprawny, potargany w swoich myślach mężczyzna. Nie było też niczego bardziej pięknego ani nikogo bardziej miłego. Nikogo bardziej romantycznego i nikogo bardziej jego. Ale Fleamont Bell nie był wcale jego. O wiele rzeczy nie chciał pytać, a kiedy chciał pytać to miał potrzebę dawkowania. Zapytam o to dzisiaj, o tą drugą rzecz - już następnym razem. Nie jutro, nie pojutrze, bo nie wiedział, czy jakiekolwiek jutro dla niego będzie. Nie chodziło nawet o dramatyzm śmierci. Chodziło o to, czy Flynn w tym jutrze będzie. I nie szkodzi, nic się nie działo. Drugie spotkanie odhaczone w kalendarzu i ten bezczelny typ obejmował go jakby nigdy nic, a on sam wpatrywał się w niego jak obraz, natychmiastowo tracąc zainteresowanie wszystkim, co było w jego rękach, co był na stole, co było za jego plecami i za oknem, w które Wrona się tak wpatrywał. Flynn. Cain czuł się niemal zawstydzony tym, że ilekroć chciał mu powiedzieć jakiś komplement, coś miłego, to nic mu nie przychodziło do głowy. "Jesteś piękny". Nie. To wcale nie brzmiało dobrze. Nie brzmiało realnie, nie brzmiało... nie odzwierciedlało tego, co chciał powiedzieć. Zamykam powieki... Wchłaniasz się w mój umysł. Nie mogę zasnąć. To brzmiało bardziej realnie. Tylko jak to brzmiało, że miałby mu cytować książki i wiersze? Kurwa, nadawać w Szekspirowskim tonie, chociaż ni chuja się nie uważał za poetę? Co mówić. Jak mówić. Na kolana pierdolona szmato. TO brzmiało najbardziej realnie. I nie brzmiało jak komplement. Więc patrzył. Łykał od niego komplementy i wewnętrznie gnoił tą myśl, że chce odpowiedzieć, a nie potrafił. Bo te słowa przesuwały się w setkach i tysiącach przez jego czerep - i nic nie było odpowiednie. Wystarczająco godne wyrażenia tego, co czuł. Jak bardzo czuł.

Jesteś moją wiosną. Kurwa, to też brzmiało chujowo.

Tak się to skończyło, że tylko puknął go lekko palcem w czoło na jego tekst o tym, że myślał o Ścieżkach i uśmiechnął się w ten swój specyficzny, sympatyczny sposób. Nie dopytywał dalej.

- Czyli gra testowała, kto jest największym przegrywem społecznym. - Jak zwykle sobie żartował, ale w zasadzie to myślał tymi samymi kategoriami, co Flynn - że to było okrutne. Wykluczanie społeczeństwa, wykluczanie dzieci, które już się wtedy uczyły, że są ci lepsi i jeszcze lepsi. I są też ci na samym dnie, którymi pomiatasz. Caina to wkurwiało - jeszcze w szkole. A jak go to wkurwiało to coś z tym robił. Popatrzył, jak Flynn się mocuje z tym korkociągiem z uśmiechem pod nosem. Tak, można to było zrobić magią - jak wiele innych rzeczy. Ale Cain lubił takie... takie proste czynności. - Brawo, samcu alfa. - Pogratulował mu uporania się z butelką i sięgnął po swój... swoją kieliszko-lampkę, żeby się stuknąć z czarnowłosym. - Głębokie. Ale za coś takiego warto wypić. - Zaczynali z bardzo miłego, bezpiecznego stopnia. Karty były łaskawe, a Cain się przygotowywał na to, że będzie tam jeszcze cos bardzo zjebanego. Wypił dwa łyki i sięgnął po karciochę. Iii na tym się skończyła łaskawość kart. Aż po minie Caina było widać zaskoczenie i wręcz odrobinę zmieszania, a takie reakcje na jego facjacie były jak biały kruk. Położył kartę na stół i wypił kolejne dwa łyki. Life is brutal and full of zasadzkas. Jego wzrok powędrował w stronę kalendarza wiszącego na ścianie. Potem spojrzał na zegar.

- 5 czerwca wróciłem z biura aurorów, była 21 kiedy wszedłem do mieszkania rodziców. Posprzeczałem się z matką, za dużo wypiła. Przyszedłem po odtwarzacz, który pożyczyłem ojcu. Dołączył do kłótni, wkurwił się, rozwalił go. Padły różne słowa. Mój mózg w końcu nie wyrobił i jakoś to poszło. - Oderwał wzrok od zegara i nerwowo zgiął palce w tiku. - Często mi się zdarza - z bólu. - Popukał się w skroń, sugerując ból głowy. - Właściwie im dalej tym częściej. Ciekawe, ile ktoś taki jak ja może naliczyć lat, zanim mózg się całkiem wysypie. - Przesunął kartę po stole na tę, którą odłożył Flynn. Z uśmiechem. - W cholerę poważnie. - Słychać było śmiech w jego głosie, kiedy to mówił.



• • •
Sarkazm (rzeczownik) - środek przeciw idiotom. Dostępny bez recepty.
Architekt Ścieżek
Up, below, so far
Nothing happens in the dark

Are you still afraid?
wiek
32
sława
IV
krew
mugolak
genetyka
—
zawód
akrobata cyrkowy, wynalazca
Wyzywająco ubrany mugolak, od razu sprawiający wrażenie ekscentrycznego (w wyraźnie prowokatywny sposób) lub wywodzącego się z nizin społecznych. Ma 176 centymetrów wzrostu. Ciemnobrązowe oczy. Włosy czarne, kręcone - w gorsze dni chodzi roztrzepany i skołtuniony, w lepsze, po zastosowaniu Ulizanny na mokre strąki, wygląda tak bajecznie, że masz ochotę zatopić palce w puszystych loczkach. Ma przebite uszy i wiele tatuaży. Najbardziej charakterystyczne z nich znajdują się na plecach (wielkie, anielskie skrzydła) i kroczu (długi, chiński smok oplatający jego przyrodzenie i uda). Do tego ma wiele blizn od ran kłutych i zaklęć, a także samookaleczeń. Sporo z nich to ślady po przypalaniu papierosami. Ze względu na daltonizm monochromatyczny ubiera się wyłącznie na czarno. Przy pasku nosi sznurki, łańcuchy, noże, czasami kombinerki i inne narzędzia, których używa do pracy. Jest człowiekiem bardzo wysportowanym, jego ciało jest wyrzeźbione, ale nigdy nie skupiał się na budowaniu masy i siły mięśniowej. Ma 32 lata, ale uzależnienie od substancji odurzających i alkoholu sprawia, że jest wizualnie o kilka lat starszy.

The Edge
#12
01.01.2024, 15:40  ✶  
- Nom. Nie oszukując się, wszyscy grali w to i inne te gierki po to, żeby dowiedzieć się więcej o osobie, która najbardziej im się podobała. Dobrze, że się urodziłem z taką piękną twarzą. - Mrugnął do niego. Czy takie rzeczy go drażniły? Tak. Ale był też człowiekiem, który się do tego dostosował. Na swój ordynarny, ekscentryczny sposób, stał się częścią domu społecznego, nawet jeżeli wybranym pokojem stała się piwnica. - Dzięki, suczko.

Ale potem wylosowano kolejną kartę i jakoś przestało być super zabawnie. Edge, jak na człowieka dającego innym przestrzeń na oddychanie przystało, przysunął zajmowane przez Caina krzesło bliżej siebie, żeby go objąć nieco nachalniej.

- Japierdole, a mogłem ci po prostu przynieść odtwarzacz. - Nie przeprosił, bo nie miał za co, ale pogładził go po barku.

Dziwiło go niesprawdzenie takiej informacji, ale nagle do niego dotarło, że wtedy trzeba by żyć z widmem świadomości o tym, kiedy się odejdzie. Pewnie nie napełniało to człowieka optymizmem. Tak samo jak widok karty numer jedenaście. Ta pierwsza była tak lekka, jakby gra miała być o wiele mniej traumatyczna...

- Jakbym pamiętał, że to tu jest, to po drodze wyrzuciłbym ją do śmietnika. Eh, kurwa. - Uniósł ten swój kieliszek, po czym wypił całość na jednym przechyleniu. Zaraz po tym bez dodawania ani słowa, dolał sobie kolejną porcję. - Zaraz zapomnę kiedy zacząłem, więc spójrz na zegar. - Skinął w jego kierunku, ale mylił się. Godzina pokazująca się na zegarze utkwiła mu w pamięci, wwierciła mu się w głowę. Kiedy odpalał papierosa, jedynym, o czym myślał było to jak długim czasem stawały się cztery minuty, kiedy miałeś odliczać każdą kolejną sekundę. Siedział tak sobie niby swobodnie, ale ucisk w brzuchu się pojawił. Z lewa ręką owiniętą wokół Caina, z prawą uniesioną ku górze - pomiędzy jej palcami znajdowało się szkło z winem i papieros, którymi w trakcie swojej żenująco powolnej opowieści raczył się na zmianę. - Nie wiem gdzie i kiedy się urodziłem, bo mój akt urodzenia nie istnieje. Wróżbitka mi powiedziała, że to był ciepły, lipcowy dzień. Eeeee, nie mam żadnych wspomnień z dzieciństwa, więc niczego ciekawego ci nie opowiem. Pamiętam tylko, jak rodzice mnie porzucają, ale za cholerę nie mogę przypomnieć sobie, jak wyglądali. Pamiętam, jak ryczę, jak boli mnie serce i jak nie mogę wstać z zimnego chodnika, bo coś stało mi się w nogę. Pewnie bym zdechł na ulicy Birmingham, gdyby mnie nie przygarnęli cyrkowcy. - Był jego kompletnym przeciwieństwem. Wahał się pomiędzy słowami, zacinał się, odszukując w pamięci jakieś elementy historii, ale wcale nie zagłębiał się w jakieś szczegóły. - Detale... uhh... Nie umiałem mówić, pisać, czytać, czarować. Nie dostałem listu z żadnej szkoły, chociaż bardzo chciałem do niej iść. Wszyscy inni je dostali, tylko nie ja. Nie wiem czemu. Ale i tak by mnie tam nigdy nie wysłali, oni nikogo tam nie wysyłali. Nie pamiętam roku, w którym wypatrzyli mnie ludzie z Nokturnu. Miałem może kilkanaście lat. Spodobałem się Fontaine, więc obiecała mi inne życie, a ono wydawało mi się wtedy lepsze i ciekawsze od tego, które miałem. Utrzymywała mnie przez... nie wiem. W sześćdziesiątym dziewiątym miałem dość i chciałem uciec do Stanów, ale brat mnie strzelił w pysk i powiedział, że mogę do nich wrócić, więc wróciłem. Wiem, bycie szczurem było super gorące, ale jak jeszcze nie czujesz się poderwany, to na arenie cyrkowej robię szpagat na wysokości dwunastu metrów. - Boże, to jeszcze nie były cztery minuty? - Nie wiem. Nie wiem, co dalej mówić. Czy czas zawsze tak wolno leciał? Kurwa... Cierpię na... daltonizm monochromatyczny, nie widzę kolorów od urodzenia. Myśleli, że w dorosłości oślepnę, ale jednak nie oślepłem... eh... eee... Lubię liczyć. Matematykę w sensie. Nie numerologię. I fizykę. Nauki ścisłe. Projektuję i wykonuję magiczną maszynerię i - pułapki, zabezpieczenia. Nie, tego nie chciał mu mówić, to mu przez gardło przeleźć nie chciało... bo mu ten głos z dzisiaj rozbrzmi w głowie za każdym razem, kiedy ktoś z jego biura natrafi na sidła. - A-architekturę.

Spojrzał na zegar. Wypuścił z siebie trochę powietrza. Widać było, że się niesamowicie z tym męczy.

- Nie wiem, ile razy powiedziałem, że nie wiem, ale chyba pobiłem osobisty rekord.

„Tak dużo detali jak to możliwe”, czyli absolutnie żadnych detali o byciu Crowem. Tak to miało działać, co nie? A zegar nadal tykał.


Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.

My mind is a hall of mirrors.
Keeper of Secrets
I am not actually tired, but numb and heavy, and can't find the right words.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Mierzący 182cm wzrostu Cain jest przeciętnej budowy osoby, która coś tam ćwiczy - nie chudy, nie wielce umięśniony. Ma ciemnobrązowe włosy i oczy barwy burzowych chmur, tak ciemne, że z daleka mogą wydawać się czarne. Jego zainteresowane otoczeniem spojrzenie podkreślone jest wiecznymi worami pod oczami.

Cain Bletchley
#13
02.01.2024, 14:29  ✶  

- Ja bym grał po to, żeby potem dojebać cwaniaczkom, których nie lubię. - Uśmiechnął się pod nosem jednym kącikiem ust wspominając te piękne lata szkolne. Właściwie to w szkole było dobrze. Lepiej niż tutaj. Flynn... chyba nie dostał odpowiedniej edukacji w Hogwarcie? Tak czy siak - wróciłby tam. Owszem, było gorzej pod pewnymi względami. Dziecko było bardziej wrażliwe i nieodporne na rodziców chociażby, ale większość czasu to i tak był Hogwart. A Cain nie miał problemu, żeby się między ludźmi odnajdować... i ich wkurwiać. Zdecydowanie więcej było ludzi, którzy mieli takie "o nie, to on" na jego widok, niż "ale fajnie, to on!". To mu pasowało, w większości robił to z premedytacją. Bo go to bawiło. Nie miał potrzeby, żeby gromadzić wokół siebie wianuszki sprzyjających mu osobistości sztucznymi uśmiechami. Prychnął na tę suczkę.

- Nah. Daj spokój. Nie o to, to pożarłbym się pewnie z nimi o cokolwiek innego. - Zawsze znalazł się powód, dla którego można się było pokłócić z rodziną, chociażby tak dla sportu. Nie, okej, akurat dla sportu nie kłóciłby się z matką. Nie był jakoś bardzo przywiązany do swoich rodziców, ale jednak byli rodziną. Miał potrzebę, żeby im pomagać, to przede wszystkim. Albo inaczej - tak sobie wmawiał, że nie był do nich tak przywiązany. Był niezależny, tak, ale nie potrafił ich zostawić i zająć się sobą samym, dokładnie tak jak powinien. Podniósł rękę, żeby dotknąć tej dłoni, która go obejmowała. Z Flynnem było inaczej. Wiele rzeczy wyglądało przy nim inaczej. Zacisnął na jego dłoni te palce, bo były jego łącznikiem ze światem. Tym dobrym światem.

- Jak nie chcesz to możesz ją wyjebać teraz. - Zapewnił go, sprawdzając kartę. - To tylko gra. - Nie chodziło o to, że chciał go zniechęcić, ale nie chciał, żeby przez tę grę nabawili się złych wspomnień. Sam nie chciał ich mieć - nie chciał ich sprawiać Flynnowi. Niektóre zagadnienia były po prostu ciężkie. Spojrzał, jak ten wypił ten alkohol - dla animuszu, oczywiście. Nie zamierzał tutaj za mocno odbiegać, więc sam porządnie wypił i złapał za butelkę. Ot - dając mężczyźnie czas na przemyślenie. Zerknął na zegar ponownie, a potem nawiązał kontakt wzrokowy z Edgem. Wyciągnął dłoń do jego twarzy, oparł na jego policzku dłoń - tak zdecydowanie. To niekoniecznie był delikatny dotyk. Zjechał nią na jego kark, na jego bark. Na jego klatkę piersiową, gdzie powinno znajdować się serce. I zaczął mówić.

- Możesz mówić "nie wiem" co drugie zdanie i nadal będę się na ciebie gapić jak chrześcijanin na obrazek Jezuska. - Uśmiechnął się do niej i przysunął, żeby pocałować go w czoło i potem oprzeć tak swoje czoło o jego. - Pamiętasz,
który matematyk wprowadził elipse, parabole i hiperbole? Czy wolisz liczyć?
- Nie to, żeby jego to bardzo interesowało, ale niektóre zagadnienia po prostu wstrzelały się, chociażby przypadkiem, do jego mózgu. - Musisz mnie pouczyć fizyki i matmy. Doszkolę się, naszym czasem wolnym będzie żarcie czekolady nad zeszytami z równaniami. - Chciał go trochę zająć i skupić na czymś innym, żeby się nie spinał, nie denerwował, nie stresował. Wyciągnął kolejną kartę. Co cenisz najbardziej w przyjaźni?

- Hmm... - Rany, rany... ale przynajmniej coś miłego! - Stabilność. - Dość mętnie chyba powiedziane? Ale chciał to ująć w jedno słowo. - Uczucie, że te osoby są, będą i nie wbiją mi noża w plecy. Że cokolwiek się nie stanie mogę na nich liczyć i mogę im zaufać. Taką stabilność.



• • •
Sarkazm (rzeczownik) - środek przeciw idiotom. Dostępny bez recepty.
Architekt Ścieżek
Up, below, so far
Nothing happens in the dark

Are you still afraid?
wiek
32
sława
IV
krew
mugolak
genetyka
—
zawód
akrobata cyrkowy, wynalazca
Wyzywająco ubrany mugolak, od razu sprawiający wrażenie ekscentrycznego (w wyraźnie prowokatywny sposób) lub wywodzącego się z nizin społecznych. Ma 176 centymetrów wzrostu. Ciemnobrązowe oczy. Włosy czarne, kręcone - w gorsze dni chodzi roztrzepany i skołtuniony, w lepsze, po zastosowaniu Ulizanny na mokre strąki, wygląda tak bajecznie, że masz ochotę zatopić palce w puszystych loczkach. Ma przebite uszy i wiele tatuaży. Najbardziej charakterystyczne z nich znajdują się na plecach (wielkie, anielskie skrzydła) i kroczu (długi, chiński smok oplatający jego przyrodzenie i uda). Do tego ma wiele blizn od ran kłutych i zaklęć, a także samookaleczeń. Sporo z nich to ślady po przypalaniu papierosami. Ze względu na daltonizm monochromatyczny ubiera się wyłącznie na czarno. Przy pasku nosi sznurki, łańcuchy, noże, czasami kombinerki i inne narzędzia, których używa do pracy. Jest człowiekiem bardzo wysportowanym, jego ciało jest wyrzeźbione, ale nigdy nie skupiał się na budowaniu masy i siły mięśniowej. Ma 32 lata, ale uzależnienie od substancji odurzających i alkoholu sprawia, że jest wizualnie o kilka lat starszy.

The Edge
#14
02.01.2024, 17:30  ✶  
- Łał. Rozpowiadałbyś po szkole ich odpowiedzi, czy wysłał je ich rodzicom? - Nie udawał zdziwienia. Nie potrafił wyobrazić sobie Bletchleya w sytuacji, w której gnębił inne dzieci. Ale oni generalnie byli męczącym przypadkiem, bo niby się znali, ale znali się w warunkach kompletnie oderwanych od swoich codzienności - taka dziwna forma sztuki, w której niby wiesz o kimś wszystko, a jednocześnie nie wiesz o nim nic. - To tylko gra... Widać, że nigdy nie grałeś ze mną w Monopoly. - Coś w Bletchleyu mówiło mu, że dobrze bawiłby się pijany przy grze planszowej, szczególnie przy kimś tak odklejonym od rzeczywistości jak Bellowie. Pasował mu tam. Idiotyczne nawiązania do religii, na które zawsze żywo reagował Jim. Tłumaczenie zawiłości językowych - Fiery zawsze się o to oburzała, a potem notowała to w pamięci. Z entuzjazmem zjadałby wypieki Elaine, a ona jak zawsze by się z tego cieszyła. Rozumiałby co chce przekazać Arya, chociaż ta nie mogła odezwać się do niego słowem. Miał w też sobie taką żywiołowość i zadziorność, wymieszaną z pokładami ciepła mówiącymi, że by o nich dbał. Wymieniał to tak i wymieniał i nagle (!) to do niego dotarło. W scenie, jaką przywołał w wyobraźni, usadowił go po lewej stronie Alexandra. Widać było lekką frustrację, jaka wypełzła na jego oblicze - przygryzł nawet wargę i ucieszył się wielce, że nie będzie musiał się z tego tłumaczyć, bo ta reakcja zostanie zgoniona na głupią grę karcianą. On opisywał Caina, czy po prostu siebie? Przeraził się tym trochę. Aż tak bardzo widział w nim swoje odbicie? To było jego miejsce przy Alexandrze, jego nawiązania do religii, jego ciasto, jego ukochana siostrzyczka bez języka w gębie - to było jego życie. Zastąpił nim samego siebie. I nagle Cain zupełnie tam nie pasował.

Spróbował to szybko od siebie odgonić.

- Jest okej. Po prostu jestem za młody, żeby opowiadać o sobie cztery minuty. - Powiedział to trochę nerwowo, ale ta nerwowość szybko minęła, bo został sprowadzony na ziemię dotykiem. Dobrze na niego zareagował - zawsze reagował z entuzjazmem na każdą czułość, ale teraz faktycznie potrzebował jej do tego, żeby wrócić do tego miejsca, w którym byli razem, a najlepszą częścią Caina było to, jak bardzo go rozumiał i jak łatwo potrafił przypomnieć mu o tym, że żyje. Przymilił się do niego. Policzki i resztę ciała miał rozgrzane już wcześniej, ale powoli na twarz wylewał mu się permanentny rumieniec, podsycony wypitym haustem alkoholem. - Lubię rozwiązywać problemy. - Nie rozwodził się nad tym szerzej, bo jego zainteresowanie naukami ścisłymi nie wydawało mu się ani trochę ciekawe, poza tym chłopak sam wystawiał się na bajerę życia, a on by  nie był sobą, jakby to puścił mimo uszu. Odłożył kieliszek na stół, a papierosa zawiesił w powietrzu zaklęciem translokacyjnym, żeby ułożyć dłoń z prawej strony jego szyi, tuż pod uchem i zatrzymać w tej pozycji na dłużej. - Muszę? - W sensie: uczyć cię fizyki? - Cain, dla mnie jeżeli jesteś gotowy, to możemy zacząć te lekcje tu i teraz, tylko wyciągnij zeszyt i zanotuj, bo szkoda będzie, jak zapomnisz o prawach dynamiki Newtona, kiedy przejdziemy do praktyki. - Nie wyszło mu to jednak, bo nie powstrzymał żenującego uśmieszku atakującego co chwila kąciki jego ust. - Pierwsza, słodziaku - ciało rzucone na łoże traci na oporze. Druga zasada - ciało bez ubioru nie stawia już żadnego oporu. Trzecia - ciało na dole - zyskujesz kontrolę.

Czekał na jakieś durnoctwo, co mu przyjdzie na to w odpowiedzi, ale… pojawiła się kolejna karta.

- Cóż… - Teraz żaden uśmieszek nie atakował kącików jego ust. No bo nie oszukując się - zagrywka sprzed czterech lat była odwrotnością tych oczekiwań. Niby powiedział, że mu to wybacza, ale teraz kiedy było pomiędzy nimi tak słodko i tak wzbudzało to poczucie winy. Idealnym zwieńczeniem tej sceny byłoby wylosowanie tej karty mówiącej o relacji z matką - wtedy już naprawdę pociągnąłby go w stronę łóżka i postanowił zapomnieć o wszystkim, więc postanowił przetestować wszechświat i chwycił pierwszą, leżącą na szczycie talii. Tekst na niej mówił jednak o czymś lżejszym - o trzech rzeczach, które jego zdaniem mieli ze sobą wspólnego.

- Oooo... to jest proste. Zajebisty tyłek. Niebanalne poczucie humoru. To jest wygląd, charakter, co jest jeszcze? Dusza? … Lubimy swoje towarzystwo.


Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.

My mind is a hall of mirrors.
Keeper of Secrets
I am not actually tired, but numb and heavy, and can't find the right words.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Mierzący 182cm wzrostu Cain jest przeciętnej budowy osoby, która coś tam ćwiczy - nie chudy, nie wielce umięśniony. Ma ciemnobrązowe włosy i oczy barwy burzowych chmur, tak ciemne, że z daleka mogą wydawać się czarne. Jego zainteresowane otoczeniem spojrzenie podkreślone jest wiecznymi worami pod oczami.

Cain Bletchley
#15
05.01.2024, 22:01  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.01.2024, 12:28 przez Cain Bletchley.)  

Uśmiechnął się bezczelnie słysząc to pytanie, niemal cwaniacko. Spojrzał kątem oczu na Flynna. W końcu to fakt  - nie mieli okazji się poznać w "naturalnym środowisku". Nie mieli wspólnych znajomych, nie posiadali takich miejsc publicznie, gdzie by się pokazywali. Zresztą Cain by nawet nie chciał. Miał reputację do utrzymania, na której mu zależało - na pewnym wizerunku, którego mógł się łapać i trzymać fałszywą maskę przed sobą jak tarczę. Albo i kilka masek. Przy Fleamoncie był inny, tak. Zupełnie inny, bo nikomu innemu nie przekazywał takich paczek emocjonalnych, jakie jemu. Nikt mu również takich nie oferował.

- To zależy, kto mi jak bardzo podpadł. Jak możesz sobie wyobrazić - nie byłem najbardziej lubianym dzieckiem w szkole. - Prychnął śmiechem. To, że nie jest się najbardziej lubiany nie znaczyło, że było się samotnym jak król na planszy szachowej, kiedy wybijesz mu każdego obrońcę. Nie wspominał szkoły źle. Gdyby miała go dobijać samotność to pewnie byłoby inaczej. Zawsze poczuwał się do roli obrońcy tych biednych, gnojonych dzieciaków. Był teraz niby dużym chłopcem, a to, żeby kogoś ciągnąć za fraki z kłopotów (niekoniecznie za jego zgodą) nadal krążyło mu we krwi. Nawet jeśli niekiedy sam był sobą rozdrażniony, że nie potrafił zapomnieć, odpuścić. Żeby nie mieszać się jednak we wszystkie problemy, na jakie się natknie. - Monopoly? - Uniósł jedną brew z uśmieszkiem pod nosem. - Dopiszę do listy zajęć.

On uważał, że jest za młody, żeby opowiadać o sobie cztery minuty, a Cain miał wrażenie, że miał za dużo przeżyć, żeby wiedzieć, o czym właściwie mówić. Gdyby tak opisać te wszystkie dziwne przygody, mniej i bardziej istotne, gdyby skupić się na elementach, które postawiły go w tym miejscu, cóż. A gdyby sam miał o sobie opowiadać? Cztery minuty? Musiałby bardzo się wysilić, żeby to wszystko zawęzić, wybrać pewne fakty... nie był pewien, czy jego mózg by się nie wysypał podczas tych poszukiwań.

- Obudził się z żarcikami. - Nawiązał do tego notatnika i tego, żeby wszystko zapisywał, bo jeszcze zapomni. - Nie musisz. - Też mi pomysł, że MUSI... co by Flynn MUSIAŁ... hmm... Miałby kilka pomysłów, ale to raczej w łóżku. Chociaż w ich relacji też. Były przecież takie rzeczy, których by nie tolerował. Rzeczy, które sprawiłyby, że zamiast dobrze się bawić to mijaliby się bez słowa, albo z gniewnymi spojrzeniami. Pewnie nie spotykaliby się wcale, żyjąc teraz w dwóch różnych życiach. Ale nauka przyszła. A jak. I wraz z nią zaczął rosnąć jego uśmiech. Kąciki ust wędrowały mu samoistnie do góry. - No... jeśli próbujesz mnie zachęcić do rzucania tobą to jesteś na bardzo dobrej drodze. - I do zostawienia tej gry w pizdu, bo były gry o wiele bardziej interesujące, które można było czynić dłońmi, ustami i nogami. - Zmieniam zdanie, jednak MUSISZ mnie uczyć. - Ułożył dłoń na jego kolanie, opierając drugim łokciem na blacie stołu.

- Phahaha... nie żebym wątpił w twój świetny tyłek, ale... jesteś nie do podrobienia z tą bajerą. - Pokręcił głową, niby to krytycznie, ale tak naprawdę niczego nie krytykował. Za to dobrze się uśmiał. Okej, może jednak ta gra nie była taka zła. Nie była taka zła z Flynnem, w którego nie musiał wbijać swoich pazurów, żeby przeprowadzić tutaj sekcję zwłok na żywym człowieku. Opróżnił do końca swoją lampkę. Rozlał teraz on im to wino, dopełnił te kieliszko-lampki. Dobre było. Przynajmniej jemu smakowało, w przeciwieństwie do tych nazywanych "winami z wyższej półki". W przypadku Flynna żył pewną ułudą. Kłamstwem. Wyobrażał sobie tę stabilność, której potrzebował. Której wino nie dawało i na pewno na nich nie miało sprowadzić. Mimo to - wyobrażał sobie. W końcu najlepsze kłamstwo to to, które wmówisz samemu sobie. - O na Merlina... - Mruknął, patrząc na kartę. - Mój idealny dzień... to śniadanie do łóżka rano, może być z Flynna, niekoniecznie przyniesione przez niego... - drgnęły mu kąciki ust. - Kurwa, poszlibyśmy do kina. Na jakiś chujowy film. Żarlibyśmy słodki popcorn. - Albo landrynki. - Potem park, bo to ładny dzień. Plenerowy seks, może w jeziorze? Hm... Wieczorem klub i zabawa do białego rana. I nic by się nie działo. Nic by nie wybuchało. Nie byłoby żadnego bólu. To byłby bardzo normalny dzień. Z tobą.



• • •
Sarkazm (rzeczownik) - środek przeciw idiotom. Dostępny bez recepty.
Architekt Ścieżek
Up, below, so far
Nothing happens in the dark

Are you still afraid?
wiek
32
sława
IV
krew
mugolak
genetyka
—
zawód
akrobata cyrkowy, wynalazca
Wyzywająco ubrany mugolak, od razu sprawiający wrażenie ekscentrycznego (w wyraźnie prowokatywny sposób) lub wywodzącego się z nizin społecznych. Ma 176 centymetrów wzrostu. Ciemnobrązowe oczy. Włosy czarne, kręcone - w gorsze dni chodzi roztrzepany i skołtuniony, w lepsze, po zastosowaniu Ulizanny na mokre strąki, wygląda tak bajecznie, że masz ochotę zatopić palce w puszystych loczkach. Ma przebite uszy i wiele tatuaży. Najbardziej charakterystyczne z nich znajdują się na plecach (wielkie, anielskie skrzydła) i kroczu (długi, chiński smok oplatający jego przyrodzenie i uda). Do tego ma wiele blizn od ran kłutych i zaklęć, a także samookaleczeń. Sporo z nich to ślady po przypalaniu papierosami. Ze względu na daltonizm monochromatyczny ubiera się wyłącznie na czarno. Przy pasku nosi sznurki, łańcuchy, noże, czasami kombinerki i inne narzędzia, których używa do pracy. Jest człowiekiem bardzo wysportowanym, jego ciało jest wyrzeźbione, ale nigdy nie skupiał się na budowaniu masy i siły mięśniowej. Ma 32 lata, ale uzależnienie od substancji odurzających i alkoholu sprawia, że jest wizualnie o kilka lat starszy.

The Edge
#16
16.01.2024, 02:14  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.01.2024, 10:51 przez The Edge.)  
Flynnowi spodobała się ta bezczelność. Sam nie zdawał sobie z tego sprawy, ale się tym zaraził - głupkowaty wyraz twarzy utknął na niej i nie dawał za wygraną. Wpatrywał się w Bletchleya i wyobrażał go sobie jako takiego małego chłystka idącego przez korytarze... jakiegoś pałacu Buckingham, albo innej historycznej budowli, którą w przeciwieństwie do Hogwartu znał.

- Ooooh, uśmiechasz się jak taki młodociany bandyta! - Zauważył, nie rezygnując z zaczepnego tonu. - No popatrz... szkoda, że mnie nie przyjęli, pewnie byśmy sobie przyklejali gumy do żucia do grzywek i podkładali łajnobomby do tornistrów, a potem byś się zastanawiał, dlaczego o mnie myślisz, dotykając się pod prysznicem. - Z łatwością obracał takie rzeczy w zabawne historie, rozmowy o niczym przychodziły mu o wiele łatwiej niż przekazywanie jakichkolwiek wartościowych informacji o sobie i swoich myślach - bo on wolał opowiadać bez wyznawania czegokolwiek, jakby wcale nie był bohaterem tego, o czym mówił - jakby ten drugi Flynn stał obok? - A... albo coś tam. - Zawahał się nagle i zrozumiał, że tym razem nie podciągnie tego pod zmieszanie pytaniem. - W sumie to nie wiem ile mam lat, może byśmy się minęli. - Wyjaśnił szybko. Jakby dostał ten nieszczęsny list, to by wiedział, że miał lat jedenaście. A tak poza tym? Szybko dorósł. Szybko stał się wrakiem. Alkohol i narkotyki nie pomagały w utrzymywaniu idealnej cery, więc sam w swojej głowie zawyżał własny wiek o kilka lat - Bletchley natomiast (w percepcji Flynna) dobrze dobrał sobie pseudonim, odjąłby mu przez tę twarz co najmniej trzy, gdyby miał strzelić.

Z równie głupkowatym wyrazem twarzy słuchał, jak chłopak chaotycznie odcinał się od słowa musisz, chociaż sam je powiedział. Wyłapywał takie rzeczy i z jakiegoś powodu zawsze się nimi delektował - pociągały go takie kroki w tył, nieoczywistości, nieścisłości, bo jak coś lubił (w tym przypadku kogoś), to od razu wszystko wokół tematu analizował. Bo to było ciekawe, zajmowało mu głowę. Najpierw to mówił, później zaprzeczał, mijało kilka sekund i powtarzał to samo wersalikami. A Flynn się w niego wgapiał i to adorował, bo to było przecież kolejne świadectwo tego, że mu się przy nim plątały język i myśli. Poza tym na takich ludzi ciężko się było napatrzeć - bo Bletchley był taki delikatny, anielski, ale miał w tym taką diaboliczną nutę, co przyciągało wzrok Flynna bardziej niż szereg najpiękniejszych panienek, jakie by mu znaleźli w Londynie. Nawet jeżeli to byłoby absolutne kłamstwo gdyby powiedział, że wolał mężczyzn od kobiet.

- Żeby przejść do kolejnych lekcji, trzeba zdać egzamin ustny - oczywiście, że wyraźnie to zaakcentował - a patrząc na to, że prawie wywaliłeś się od kilku ciepłych słówek, to w życiu nie doniósłbyś mnie do łóżka. - Prowokował go, bo znowu znalazł jakiś motyw na zaczepkę. Przyszedł tutaj z konkretną wizją, którą sprzedał mu w pięć sekund, ale chętnie wsłuchałby się w jego fantazje, może nawet wziąłby w nich udział, gdyby tylko nie musiał mówić oczywistych rzeczy. Popchnij mnie, pociągnij mnie, trzymaj mnie - za coś takiego znielubiłby samego siebie. Ale kiedy działał wyobrażeniami, wszystko smakowało zupełnie inaczej - jak zwodzenie, jak kuszenie kogoś do odkrycia w sobie pierwotnego instynktu, a to pozwalało mu zachować poczucie kontroli bez słownego kierowania. Lubił mieć kontrolę, ale to nie znaczyło, że chciał być dyrygentem. - Mój tył też jest nie do podrobienia. - Przypomniał mu, tak na wszelki wypadek, bo było to trafne i w temacie. Jeżeli ktokolwiek w życiu Bletchleya odważył się pierdolnąć sobie dla niego tatuaż na całe plecy, to by się naprawdę zdziwił, a wyobrażenie sobie jego skrzydeł w tym kontekście narzucało scenę wręcz oczywistą - taką pozbawioną choćby grama przyzwoitości. I chociaż przestał się uśmiechać, bo szczerzyli się do siebie jak para pajaców, odkąd przekroczył próg tego mieszkania i powoli zaczynała boleć go od tego twarz, to nie uciekł nigdzie spojrzeniem. Szukał w jego oczach tego magicznego momentu, w którym maska zdrowego rozsądku się zsuwa. Bo tutaj nie było przecież przestrzeni na rozsądek, robiło się strasznie ciasno, szczególnie kiedy oplótł go rękoma i uwiesił się na jego szyi.

Ale w tej grze była jeszcze jedna karta i to ona ostatecznie go złamała. Nie pociągnął już następnej, po prostu zamarł w milczeniu. Miał strasznie dużo do powiedzenia, ale jak zawsze w takiej sytuacji nie powiedział nic. To nie był zwykły dzień. To był niezwykły dzień. Działo się w nim tyle, ile działo się w jego kalendarzu przez tydzień życia w cyrku. Ale miałby sprowadzić go na ziemię? Po tym jak powiedział, że jego idealny dzień to po prostu dobry dzień spędzony z nim wspólnie? Prędzej wydusiłby coś w stylu propozycji wspólnego wyjazdu, ale nawet czerwony od wina i spity wlaniem w siebie od razu całego kieliszka... wiedział, że to nie była na to chwila. Bo znowu czuł to napięcie, szybsze bicie serca. I gdzieś tam ostatnia szara komórka mówiła ci jak małe znaczenie miała tutaj miłość - prędzej czy później skrzywdzą się nawzajem, ale niech diabli ją wezmą, niech ten alkohol ją zabije, bo wcale nie chciał tego słyszeć, a kiedy czegoś nie chciał, to się po prostu nie działo. No dobrze, to się działo, ale tak szybko, jakby nie stało się wcale - silne ukłucie serca, a później znajdują cię na podłodze w łazience i płaczesz, a jak wytrzeźwiejesz, to przychodzi upierdliwe zastanawianie się, w którym momencie to wszystko się spierdoliło. To było nic. To był problem przyszłego jego. A przyszły on zgodzi się z nim, że warto było zapłacić tę cenę za to, że teraz mógł przyciągnąć Caina do siebie i pocałować go w sposób, w jaki chciał to zrobić, odkąd ich spojrzenia skrzyżowały się ze sobą dzisiaj pierwszy raz.


Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.

My mind is a hall of mirrors.
Keeper of Secrets
I am not actually tired, but numb and heavy, and can't find the right words.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Mierzący 182cm wzrostu Cain jest przeciętnej budowy osoby, która coś tam ćwiczy - nie chudy, nie wielce umięśniony. Ma ciemnobrązowe włosy i oczy barwy burzowych chmur, tak ciemne, że z daleka mogą wydawać się czarne. Jego zainteresowane otoczeniem spojrzenie podkreślone jest wiecznymi worami pod oczami.

Cain Bletchley
#17
17.01.2024, 14:08  ✶  

- Proszę mnie nie obrażać. Jestem poważnym pracownikiem Biura Aurorów. - A tymczasem był porównywany do jakiegoś bandyty. I tak jak na bandytę przystało, spojrzał kątem oczu na Flynna z tym nieznikającym, cwanym uśmieszkiem. Mistrz maskarady, pan ciemnych podziemi, gdzie Szczury orały korytarze, by powiększyć imperium swych Panów i Pań. Znał takich, jak Flynn. Nie wszystkim dało się pomóc. Większości nie dało się pomóc wcale. W tych tunelach, tak jak sobie wyobrażał, tacy jak Cain potrafili zaginąć i nigdy już nie wrócić. Ale on tam chodził uparcie i dawał się poznawać. Dawał poznawać Raziela, uśmiechał się i starał zniknąć w cieniach, żeby nie przeszkadzać tym, którzy chcieli iść samym środkiem drogi. Tak, jak po tym czerwonym dywanie pałacu. Błądząc po Nokturnie i jego Ścieżkach nie był już jednak chłystkiem, choć obaj byli o wiele młodsi, kiedy się spotkali i pociągnął ich płomienny romans. Zgubiła ich również wspólna niewiedza. Czasem nie pytasz, bo nie wiesz o co. Innym razem nie pytasz, bo nie chcesz wiedzieć. - Tylko byś spróbował mi wywinąć jakiś numer to bym cię zniszczył. - Rozbawiła go ta wizja wspólnych zabaw, które miałyby na celu uprzykrzyć komuś życie. Gdyby miał do tego partnera, podjąłby się takich zabaw? Wydawały mu się dziecinne. Tak, dziecku wydawały się dziecinne. Zabawne, że zazwyczaj dzieciaki dobrze wyczuwały, komu można robić kawały i krzywdę, a kogo lepiej szanować. Wyczuwały to podświadomie, chociaż nawet do końca nie musiały znać tej osoby. Ta hierarchia stada, jakim była twoja własna klasa, układała się całkowicie naturalnie od samego początku. - Jedynym problemem byłoby wyjaśnienie kolegom biorącym prysznic obok, dlaczego jęczę o Fleamoncie za zasłonką. - Jakby wyglądało jego życie, gdyby spotkał Flynna już w szkole? Wtedy by ze sobą byli? Czy nie? Próbował chodzić z dziewczętami, które gdzieś tam wpadły mu w oko, chociażby Mavelle, ale koniec końców to nie było to. Porzucił cały projekt próby zakochania się. Miłość znalazła jego. Niestety była bardzo okrutną miłością. - Masz 28 lat i obchodzisz urodziny 25 stycznia. Co ty na to? 25 stycznia kupię najbardziej zajebistego torta, jakiego się da, a potem zamiast go pokroić to zabawię się w malarza i wymaluję cię lukrem z niego. Jestem pewien, że lepiej nie może smakować. - A może Flynn już wybrał datę swoich urodzin? A może w ogóle ich nie obchodził? Cóż, symboliczna data zawsze mogła zostać wybrana. A Cain wybrał całkowicie nieprzypadkowy wiek i nieprzypadkową datę. - Jest ci przykro, że nie dostałeś się do Hogwartu? - Tak wysnuł tę słodką wizję, bo pomyślał, że pewnie jemu byłoby przykro. I przez swoje chwilowe zawahanie tak pomyślał też w kategorii tego umiłowanego przez niego człowieka, o którego chciał dbać i się troszczyć. Na którego przelewał wszystkie swoje dobre i ciepłe emocje, jakie w sobie miał i pozwalał im się obezwładnić.

Tak, Flynn go rozbrajał i rozkładał na kawałki. Cain przestawał przy nim być taki uważny, stawał się rozproszony, chciał niektórych rzeczy, ale najbardziej chciał dobrze dla Flynna, bo jego szczęście, jego energia, były jak baterie dla jego funkcjonowania. Przy nim ożywał. Przy nim czuł się szczęśliwy, spokojny. Mógł się uśmiechać szczerze, a nie nosić uśmiech ze zwykłego przyzwyczajenia, żeby ludzie mieli cię za pozytywną osobę, bo wtedy łatwiej się z nimi dogadywało. Albo łatwiej wchodziło pod skórę, kiedyś chciałeś im dokuczać.

- Przykro mi, panie egzaminatorze. Rzuca pan na mnie zaklęcie obezwładniające. - Raczej ogłupiające, ale obezwładniające jego zdolność do kontrolowania siebie samego - swojego ciała, swoich myśli, swoich odruchów. I przy tym wcale się tego nie bał i wcale go to nie krępowało. Przynajmniej do momentu, kiedy nie martwiło go to, czy nie zrobił czasem Flynnowi krzywdy i nie zostawił mu siniaków, gdy emocje opadały i jego umysł wracał do ciała, przestając wybuchać jak supernowa. Obrócił się do niego przodem na tym krześle i oparł się ciężarem swojego ciała na jego udach, zaciskając na nich palce i pochylając ku niemu. Zaglądając w brązowe oczy. Na te kosmyki włosów, które teraz były we względnym ładzie. Na jego zgrabny nos i na usta, które czyniły cuda. Odetchnął wręcz tęsknie. - Mój Boże... jesteś taki idealny. - W całej swojej nieidealności. W całym pakunku swoich wad i z cała mocą swych zalet. Takie perfekcyjne połączenie... Wszystko to było zasługą bolesnej przeszłości, ale jakby to się miało, gdyby jej nie było? Jaki byłby wtedy Fleamont? Crow? Edge? Czy naprawdę minęliby się w Hogwarcie, czy może jednak ogłupieliby z miłości? Nie wiedział. Wiedział za to, że teraz jego ręce przesunęły się nieco wyżej w tym mocnym uścisku... i zjechały w dół, kończąc dotyk, kiedy zsunęły się z jego kolan. Bo w końcu musiał zająć dłonie kartą i swoim głupiutkim, banalnym pragnieniem. Tylko przełożył jedną rękę na jego plecy, kiedy Flynn uwiesił się jego szyi i ramion, żeby trzymać go przy sobie. Żeby potwierdzić, że to bardzo dobry pomysł.

Karta upadła na ziemię.

Złapał skarb, który sam wciskał mu się w ramiona, żarliwie wpijając się w te usta. Tu-dum. Dźwięk serca, podobny dźwiękom bębna. Ale to nie było nawoływanie do wojny. Co będzie za godzinę, za trzy, jutro? Co za różnica. Pijany winem i pijany miłością podciągnął koszulę Flynna i wbił w jego plecy paznokcie, chcąc go wbić w ten stół, na ten stół i przekonać się, jak smakuje tu i teraz, owinięty świeżą kąpielą i równie świeżym dymem papierosów. Przyciągnął go do siebie, żeby być bliżej, żeby nie dzieliły ich dwa krzesła, żeby poczuć jego ciężar ciała na sobie, zanim obdarzy go swoim własnym. To krzesło pod nim aż szurnęło z protestu, kiedy zrobił taki gwałtowny ruch, ale nie zachwiało się.



• • •
Sarkazm (rzeczownik) - środek przeciw idiotom. Dostępny bez recepty.
Architekt Ścieżek
Up, below, so far
Nothing happens in the dark

Are you still afraid?
wiek
32
sława
IV
krew
mugolak
genetyka
—
zawód
akrobata cyrkowy, wynalazca
Wyzywająco ubrany mugolak, od razu sprawiający wrażenie ekscentrycznego (w wyraźnie prowokatywny sposób) lub wywodzącego się z nizin społecznych. Ma 176 centymetrów wzrostu. Ciemnobrązowe oczy. Włosy czarne, kręcone - w gorsze dni chodzi roztrzepany i skołtuniony, w lepsze, po zastosowaniu Ulizanny na mokre strąki, wygląda tak bajecznie, że masz ochotę zatopić palce w puszystych loczkach. Ma przebite uszy i wiele tatuaży. Najbardziej charakterystyczne z nich znajdują się na plecach (wielkie, anielskie skrzydła) i kroczu (długi, chiński smok oplatający jego przyrodzenie i uda). Do tego ma wiele blizn od ran kłutych i zaklęć, a także samookaleczeń. Sporo z nich to ślady po przypalaniu papierosami. Ze względu na daltonizm monochromatyczny ubiera się wyłącznie na czarno. Przy pasku nosi sznurki, łańcuchy, noże, czasami kombinerki i inne narzędzia, których używa do pracy. Jest człowiekiem bardzo wysportowanym, jego ciało jest wyrzeźbione, ale nigdy nie skupiał się na budowaniu masy i siły mięśniowej. Ma 32 lata, ale uzależnienie od substancji odurzających i alkoholu sprawia, że jest wizualnie o kilka lat starszy.

The Edge
#18
21.01.2024, 20:33  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 21.01.2024, 20:37 przez The Edge.)  
- Wciąż mógłbyś być podwójnym agentem - zauważył, wciąż brnąc w głupkowate fantazje. Bo przecież prawda nigdy nie miała tutaj znaczenia, nie kiedy chodziło o strzępki biografii i stan rzeczy - pomiędzy nimi zawsze chodziło o emocje. Zawsze, ale czy teraz też, czy zawsze do teraz? Jeżeli powinien być poważniejszy, to trochę już na to za późno, bo te przepychanki i wyimaginowane scenariusze coraz mocniej wchodziły mu w nawyk. W ich akompaniamencie prawda nie tylko traciła na znaczeniu, ona nigdy nie miała prawa bytu - była pogłoską. Można było ją z góry wykluczyć, lub tak jak oni przymykać oko, żeby dać sobie przestrzeń na ciekawsze zajęcia niż zajmowanie się dużym i niebezpiecznym światem. Od tego mieli codzienność. - Kurwa, zniszczyłbyś mnie? W wieku dwunastu lat? Nie doceniasz tego jak wcześnie było dla mnie za późno - prychnął. Chciał zażartować coś o dochodzeniu za szybko, aby móc tak nazwać zbliżenie w wieku nastoletnim, tylko coś mu się zaczynał plątać język, ciało mu przechodziło gorącem, myśli nie układały się tak jak trzeba. Już dobrze wiedział, że rumieniec zdobiący jego twarz powiększał się z każdą sekundą, bo nawet oddychało mu się inaczej. Ten śliczny idiota opisujący kolejną naiwną i jednocześnie piękną scenę - i weź się tu człowieku opanuj, zachowaj niewzruszony wyraz twarzy. Nie dało się - to było niemożliwe, choćby i włożył w to całą energię, zdradzała go nie tylko aura - zdradzały go same oczy wlepione w Bletchleya. Stanowiły odbicie wzburzonego morza, jakim się teraz czuł - każde westchnienie wplecione pomiędzy wypowiedziami było jak fala rozbijająca się o brzeg, którym był Cain. - Możesz wpisać to sobie w kalendarz i zinterpretować to jak chcesz, ale - zawsze miał w zanadrzu jakieś ale - nie lubię obchodzenia urodzin. - Nie zapytał o tę datę. Domyślał się tego, mógłby poszukać w nim potwierdzenia, z drugiej strony - czy musiał wiedzieć na pewno? Chyba nie. I taki też był tego urok. - Nie wiem. W młodości znalazłem sobie alternatywę, żeby o tym nie myśleć, a dzisiaj to wydaje mi się pierdołą. - Oczywiście, że to nie była pełna prawda. Jako dziecko płakał nad tym w poduszkę niezliczoną ilość razy. Nikomu o tym nie powiedział, nietrudno też było ukryć prawdziwy powód, bo Flynn ciągle beczał, czasami nie potrzebował punktu zapalnego. To wtedy, w tym okresie coś w nim umarło? Nie, to musiało być wcześniej - o wiele wcześniej, nie pamiętał innych niż czarne myśli i marzeń, ani w dzieciństwie, ani w okresie adolescencji, ani w dorosłym życiu. Był daltonistą. W widzeniu i w przetwarzaniu widzianego świata. Czarny i biały - jak dwa stany, kierujące jego egzystencją. Od niepamiętnych czasów, non stop, ciężkie, bolesne i okrutne ekstremalne wzloty i katastrofalne upadki. Dostrzeganie szczęścia w rzeczach absolutnie trywialnych, jednocześnie będąc przytłoczonym myślami tak przerażająco ponurymi, jakich nie doświadczał nikt bliski. Albo nie odzywał się wcale, albo narzucał się, lirycznie wykańczał wszystkich wokół. Dzisiaj wydawało mu się to być pierdołą, absolutnie nieistotnym faktem, jutro mógł zrobić z tego kolejne ze swoich przedstawień, wpadając w histerię godną tylko jego. I przez moment, kiedy będzie miał wyostrzone wszystkie zmysły, poczuje się prawdziwie żywy, a później coś w nim pęknie i stanie się znów martwy w środku. Czasami wydawało mu się, że kiedy wącha swoje ubrania, to czuje się zgniliznę. To nie był tylko popiół papierosów, to był już jakiś stopień degradacji duszy. A może po prostu był obłąkany? Na pewno był pijany. Na pewno nie był dobrym człowiekiem. Nie był też idealny, chociaż Bletchley powiedział to właśnie tak słodko, aż zadrżał. I posiadał w sobie jednocześnie potrzebę bycia takim, jak i bycia absolutnym przeciwieństwem tego, co ludzie nazwaliby ideałem. Społeczeństwo mogło się wypchać, mogło runąć, obrócić się w proch. Nienawidził tych wszystkich zasad, nie potrafił traktować ich poważnie, tym samym prędzej celowo robiłby obcym ludziom na złość, niż ulegał ich woli, ale kiedy mówił coś on... to było zupełnie inne. Sprawiało, że jego myśli krążyły, wirowały coraz intensywniej, docierało do niego, jak źle czuł się po nocy, kiedy był sam. Jak nie mógł spać. Jak nienawidził kiedy Fontaine opuszczała Londyn i zostawiała go samego, więc kiedy bieganie tak długo, aż się nie zmęczył i nie zasnął, przestało działać, sięgał po coraz gorsze i gorsze rzeczy, żeby zetrzeć z siebie tę paskudną samotność. Oczywiście, że na początku czuł się z tym źle, szorował się godzinami, chcąc zmyć z siebie zapach używek i obcych ludzi, zakryć pianą ślady po igłach i nierozważnie umiejscowione malinki, a później przez krótki moment czuł się czysty.

- Muszą was dobrze uczyć na tych kursach w Ministerstwie. - Skoro żeś uległ takiemu urokowi. I to było ostatnie, co mu powiedział. W tej sekundzie słowa stały się dla niego martwe. Gdyby ktoś go po tym zapytał, czy w tle grała jeszcze muzyka, nie miałby zielonego pojęcia. Pamiętałby te dłonie na swoich udach, smak wina na jego języku, jak mimowolnie naprężył się, czując paznokcie wbijające się w skórę, to jak pociągnięty do przodu nie wahał się ani momentu i usiadł na nim okrakiem. To byłoby łatwiejsze, gdyby siedzieli teraz na łóżku, ale ciężar tej pozycji nie był problemem - ten stanowiły ubrania. Bluzka, którą zszarpał z siebie wręcz i upuścił na ziemię. Spodnie, które dzieliły ich, kiedy poruszał biodrami w przód i w tył. Jego koszulka, grodząca drogę językowi sunącemu po rozgrzanej szyi, dokładnie tam, gdzie wcześniej składał na niej szeregi pocałunków. To nie on był idealny. To ten chłopak był idealny. Remedium na troski, jakie zaprzątały mu głowę w przedostatni rok z nią. Ktoś, kto pamiętał absolutnie wszystko, kto zyskałby na zniszczeniu go, a mimo tego chciał być obok. Gasił duże światło, żeby nie widzieć za dużo, zapalał jedynie lampkę nocną. I tę swoją wszystkowiedzącą głową delektował się wspólnymi uniesieniami, chociaż mógłby, jak każdy na Ścieżkach, dokumentować jego porażki i czekać na pierwsze potknięcie. W tej historii nie było już Fontaine. Nie miał już żadnej wymówki, a więc i nie miał powodu na oszukiwanie samego siebie - tam w lesie, kiedy pomyślał, że już nie jest za niego odpowiedzialny, nie powinien się nim przejmować... Czy znajdzie w sobie kiedykolwiek mniej trafną myśl niż to? Nie, chyba już nie, skoro już nawet w żartach nie udawał, że nie rozłożyłby przed nim nóg. Prawą nogę miał wspartą o stelaż krzesła, obie ręce ułożył po bokach jego głowy, zarzucając je swobodnie przez oparcie, splatając ze sobą palce własnych dłoni, a usta przeniósł z powrotem do ust Caina. Nie pozostawił żaden wątpliwości w tym, że nie miał już ochoty na żadną grę. Być może dopiłby to wino, ale zaniechał tego pomysłu dokładnie w momencie, w którym Bletchley przyciągnął go do siebie.


Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.

My mind is a hall of mirrors.
Keeper of Secrets
I am not actually tired, but numb and heavy, and can't find the right words.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Mierzący 182cm wzrostu Cain jest przeciętnej budowy osoby, która coś tam ćwiczy - nie chudy, nie wielce umięśniony. Ma ciemnobrązowe włosy i oczy barwy burzowych chmur, tak ciemne, że z daleka mogą wydawać się czarne. Jego zainteresowane otoczeniem spojrzenie podkreślone jest wiecznymi worami pod oczami.

Cain Bletchley
#19
24.01.2024, 01:18  ✶  

- Potrójnym. - Podbił stawkę. I nie ważne, nie myślmy, czyim. Czy mógłby zdradzić swoją pracę, swoją rodzinę, czy mógłby stanąć po stronie tych złych, żeby tylko być z Fleamontem. Gdzie kończyła się granica jego szaleństwa wobec tego mężczyzny, który nie znikał sprzed jego oczu nawet kiedy fizycznie nie było go obok? To na bolało najbardziej, wiesz? Nie te momenty, kiedy z roztargnieniem i sentymentem spoglądał na te ukryte fajki w szafce na szklanki, ulubione Crowa. Zawsze tam na niego czekały. Nie te momenty, kiedy przechodził na Ścieżki i zatrzymywał się przy tej zasranej uliczce, przy której się poznali i doznali jakiegoś... to chyba był wstrząs mózgu, albo jakiś udar. Bardziej romantycznie nie dało się tego wytłumaczyć. Bolało to, że on sobie znikał, a Cain zastanawiał się, czemu znowu jest tutaj sam, a Flynn pewnie poświęca ten czas osobom, które były zawsze bliżej niego niż on.

Bolało bardziej niż jego nieobecność przez te lata, z którą przynajmniej zdołał się pogodzić.

Nie miało znaczenia, komu by służył, komu nie, kogo by zdradził i w jakim domu szkolnym by byli. Łatwo było zwykłe żarty przerodzić w coś absolutnie koszmarnego. Przecież byli za delikatni. Brzmiało przecież miło, prawda? Tak samo jak ta zabawna wizja, że Cain mógłby zaciskać palce na swoim ciele dokładnie tak, jak potrafił to zrobić Flynn. Powaga? Naah. Zostawmy ją chociaż na chwilę. Krótką chwileczkę. Bądźmy niepoważni, bo ten świat dotknął nas zbyt poważnie. O wiele mocniej, niż potrafiłeś dotykać ty, panie Fleamoncie. Mocniej, niż dotykał Cain. Chociaż teraz mogliśmy się odwdzięczyć sobie samym śmiechem jak śpiewem skowroneczków.

- Aaa! - Wyciągnął palec i nim pomachał, jakby się zamienił właśnie w jednego z nauczycieli, którzy mają zamiar dać naukę młodemu. Wybitnie niedobre zachowanie, złe słowa. Kiedy Flynn był już zniszczony? Pewnie w momencie, kiedy do jego świadomości dotarło, że jest niechciany. Cain nie chciał się zastanawiać nad tym, na ile ktokolwiek go na tym świecie oczekiwał. Chyba nikt. Przynajmniej matka nie wyrzuciła go w powijakach na ulicę licząc na to, że ktoś przygarnie niemowlę jak małego kota. Zmienimy bajkę - bo jeśli Fleamont mógł trafić do szkoły, to Cain na pewno mógł trafić do cyrku rodziny Bell. Do tych sierot i podrzutków, każdy z nową chorobą psychiczną, tylko nikt niezdiagnozowany. W tym momencie Bletchley miał tak miękkie poczucie humoru, które już zupełnie puszczało hamulce, że zażartowałby o tym, że szczytem ich dogryzania sobie byłoby hasło "twoja stara", ale jakąś resztką pasów bezpieczeństwa zatrzymał się na tym rodeo. - Jeszcze byś zobaczył. Ciągnąłbym za warkocze wszystkie dziewuszki, żeby czasem się do ciebie nie zbliżały. - Prychnął śmiechem. Oczy błyszczały mu od ekscytacji, rozbawienia i jednocześnie całkowitego rozluźnienia. Wstyd schowany do kieszeni, podły i wielce zły świat wstawiony do innego wazonu niż ten kwiat z niepasującą wstążką. Pizgnięty za okno, szkło potłuczone, a sąsiedzi niech krzyczą i się burzą. Przecież żadnego z nas to dzisiaj nie obchodziło. - Aaa tam. - Machnął lekko ręką od niechcenia, kiedy Edge powiedział, że nie lubi obchodzenia urodzin. - Ja też nie. Ale razem - razem byśmy polubili. Nawet bym założył tę wstążkę dla ciebie. Szarą. - Alkohol rozrzedzał krew i myśli. Sprawiał, że wszystko potrafiło być bardziej proste i przystępne, a w drugiej chwili mogło zamienić się w nienormalnie wzruszające i zgniatające. Nie było reguły. A reguły - jebać je. One też mogły wylecieć za okno i dołączyć do spierdolenia, na które nie chciało się oglądać, kiedy umysł sypał się przy czymś (kimś!!!) tak słodkim i kochanym, jak Fleamnt Bell. Cain nie potrafił tego przetworzyć. Jego mózg nie potrafił. Nie radził sobie z tym natłokiem emocji, jaki w nim wzbudzał i coś mu odbijało. Jakieś impulsy, a może Szatan odwiedzał Bibliotekarza Boga, który obcował z Wroną z Piekieł, żeby wywiedzieć się, jakie ma tutaj szanse - pomiędzy nimi, albo chociaż obok. Szczerze? Całkiem marne. Caina niekoniecznie bawiły trójkąty, bo nie było drugiego Flynna. Gdyby takich Fleamontów było paru to bawiłyby go nawet wielokąty.

Nie potrzebował nikogo i niczego więcej. Zadrżały mu mięśnie, kiedy przesunął palcami po plecach swojego na Zawsze i na Wieczność, by oprzeć je na jego biodrach, gotów tę bluzkę podciągać wyżej, ale nie - nie było takiej potrzeby. Ten materiał chyba po prostu zniknął. Albo to jakaś stop klatka, albo prawdziwe błogosławieństwa do tego Szatana, co przyszedł ich odwiedzić. Puścił oczko, może nawet dwa - nie wiem, nie pamiętam. Cain rzadko mógł mówić, że czegoś nie pamiętał, ale alkohol bywał naprawdę zbawienny. Niektóre momenty były czarnymi paskami. Flynn mógł mu zabierać każdą kliszę z tego filmu i zostawiać na tę czarną godzinę. Półmrok, światło zapalone tylko w małej lampce i świecach, parna przyjemność. Cain chciał osłonić zarówno siebie ja i jego przed tym porankiem, w którym skończyliby płacząc w łazience nad kiblem. Chciał, żeby te poranki kończyły się na: "dzień dobry..! ... i ja ciebie też." Niespokojnie walące serce i niespokojny oddech - a to wszystko przez to, że usta Flynna nie mogły się dostać dalej. Były jeszcze warstwy ubrań, które ich dzieliły, a nie chciał, żeby ich dzieliły. Nie było drugiej skóry, w którą chciałby się dziś ubrać - tylko ta Fleamonta. Przytrzymywał go jednak, wcale nie tak do końca pewny stabilności tej pozycji, albo sparaliżowany bodźcami, które w niego uderzyły. Oba? Tak jak odchylał jeszcze przed chwilą szyję, tak zaraz przygryzał dolną wargę Flynna. Aniele Boży, Stróżu Mój... Jego dłonie podążały za ruchem bioder Crowa. Jego serce brały udział w tej arytmii, wygrywało tercet na cześć swego jedynego bożka. Tak bardzo go potrzebował. Jeśli coś kochasz wystarczająco mocno to musisz pozwolić temu odejść.

Mając jego ręce za swoją głową złapał go mocno pod pośladkami i dźwignął się z krzesła, żeby wpaść razem z nim na stół. Teraz już krzesło grzmotnęło na dół od gwałtowności ruchu i przechylenia jakie mu Cain zafundował przy tym, ale chuj z tym - nawet się nie wzdrygnął. Podciągnął czarnowłosego w górę, żeby mógł na tym stole usiąść i odsunął się o te fatalnie niechciane milimetry tylko po to, żeby i z siebie ściągnąć koszulkę. Nie chciał żartować, że nie otworzyłby nóg? Bletchley nawet nie pytał. Przecież teraz się między nimi znajdował, dzieląc go od możliwości powędrowania do całkowicie wygodnego łóżka. Boże, przecież ono było tak daleko... A teraz każda sekunda była boleśnie nieznośna.



• • •
Sarkazm (rzeczownik) - środek przeciw idiotom. Dostępny bez recepty.
Architekt Ścieżek
Up, below, so far
Nothing happens in the dark

Are you still afraid?
wiek
32
sława
IV
krew
mugolak
genetyka
—
zawód
akrobata cyrkowy, wynalazca
Wyzywająco ubrany mugolak, od razu sprawiający wrażenie ekscentrycznego (w wyraźnie prowokatywny sposób) lub wywodzącego się z nizin społecznych. Ma 176 centymetrów wzrostu. Ciemnobrązowe oczy. Włosy czarne, kręcone - w gorsze dni chodzi roztrzepany i skołtuniony, w lepsze, po zastosowaniu Ulizanny na mokre strąki, wygląda tak bajecznie, że masz ochotę zatopić palce w puszystych loczkach. Ma przebite uszy i wiele tatuaży. Najbardziej charakterystyczne z nich znajdują się na plecach (wielkie, anielskie skrzydła) i kroczu (długi, chiński smok oplatający jego przyrodzenie i uda). Do tego ma wiele blizn od ran kłutych i zaklęć, a także samookaleczeń. Sporo z nich to ślady po przypalaniu papierosami. Ze względu na daltonizm monochromatyczny ubiera się wyłącznie na czarno. Przy pasku nosi sznurki, łańcuchy, noże, czasami kombinerki i inne narzędzia, których używa do pracy. Jest człowiekiem bardzo wysportowanym, jego ciało jest wyrzeźbione, ale nigdy nie skupiał się na budowaniu masy i siły mięśniowej. Ma 32 lata, ale uzależnienie od substancji odurzających i alkoholu sprawia, że jest wizualnie o kilka lat starszy.

The Edge
#20
28.01.2024, 20:19  ✶  
- Wszystkie myślałyby, że je podrywasz i robiły sobie nadzieje - zauważył. I tak to było głupie, ale nawet mając przed sobą kogoś, kto czekał na niego jak pies cztery lata, a później sam go odnalazł, to w głowie zrodziła mu się myśl, że może wcale nie zostałby wtedy przez Caina wybrany. A to przecież była kraina jego fantazji. Mały, magiczny świat czarno-białej wyobraźni, wykreowany po to, żeby Bletchleya pozaczepiać, a tu proszę - potrafił nawet coś kompletnie bez znaczenia obrócić przeciwko sobie z narastającej w nim od jakiegoś czasu... zazdrości. Nie, nie, nienienie, on dobrze wiedział, jak bardzo się w tym wszystkim gubił i jak bardzo tego pożałuje, ale czy był sobą, gdyby z szerokim, bezczelnym uśmiechem, odganiając te wszystkie wątpliwości na bok, nie powiedziałby: Pod kolor oczu? Bo ta wstążka była przecież ważniejsza niż jakieś idiotyczne wątpliwości. I nic, absolutnie nic nie było ważniejsze od tych oczu pełnych pożądania, od smaku jego ust, od palców zaciskających się na jego biodrach, od silnych ramion unoszących go w górę.

Flynn nie wybrałby tego stołu. Jakaś część niego chciała, żeby Bletchley faktycznie wziął od niego tę lekcję i zaniósł go do sypialni, ale to się nie stało - byli tutaj, przyciśnięci do siebie, swoją bliskością rujnowali scenografię wokół, bo w ich ruchach brakowało już ostrożności. Szybko przekonał się, że ten seks był pełny „co by było gdyby” - bo pełno w nim było alternatywnych ścieżek. Nie rzucił nim o to łóżko, nie dał mu wejść na siebie okrakiem w miejscu, w którym mógłby dać mu jeszcze lepsze przedstawienie tego typu, tym razem bez warstw dzielących ich ubrań. Krzesło upadło na podłogę z głośnym trzaskiem, kiedy rozchylił wargi po raz pierwszy, żeby powiedzieć: weź mnie. I drugi raz - z gardła wydobył mu się nawet jakiś dźwięk, zduszony, lecz zaistniał w tej przestrzeni na ten ułamek sekundy, ale kiedy uderzył tyłem o mebel i strącił ustawione tam kieliszki, przerwał mu dźwięk tłuczonego szkła i wina lejącego się po blacie. No i nie dokończył. Być może powinien przejąć się tym bardziej, zamiast rozsiadać się tu i przyciągać go do siebie, ale przestał już próbować mieć nad sobą jakąkolwiek kontrolę - przyszedł tutaj po coś i teraz chciał dać mu się spopielić.

Trigger Warning: treści o wyraźnym charakterze seksualnym (Odkryj)
- Żartujesz sobie chyba, że ci dam bez... - bez tego, o czym mówiłem wcześniej. There was no fucking way. Może to jakaś jego ostatnia linia obrony przed straceniem samego siebie, tak przynajmniej pomyślał, łapiąc go za te kudły i ściągając w dół, na klęczki, samemu opierając się o odrobinę zdemolowany stół, nogą w skarpecie odgarniając popękane szkło, które mogłoby wbić się Cainowi w nogi przy sprowadzaniu do parteru. Każdy w tej pozycji czuł się chociaż przez moment panem sytuacji - z czyjąś twarzą przyciśniętą do własnego krocza, z dłonią ułożoną na jego głowie - to uczucie trwało w nim naprawdę długo, zważywszy na to, że zwykle reagował na nastrój wiszący w powietrzu w ułamku sekundy, a ciężar powietrza, którym oddychali, nie stawiał go wcale w pozycji dominującej. Jeżeli mieli o coś tu walczyć, on to już przegrał. Nie wiedział tylko, czy przegrał to w Little Hangleton, na tym cmentarzu, kiedy znów zasmakował, jak to jest być desperacko dotykanym przez kogoś w tak silnej potrzebie zaspokojenia wewnętrznej żądzy, czy dopiero tutaj, w tym mieszkaniu, kiedy od ocierania się o niego jak panienka doprowadził się na skraj, w którym za noszenie tak dobrze przylegających do ciała spodni było masochizmem, bo nacisk materiału przestawał być przyjemny, a zaczynał po prostu boleć. Przegrał to i sam w tym utonął - odpłynął w sensację rozchodzącą się po ciele, kiedy nie mógł złączyć ze sobą nóg, bo był tam on. Wiedział dobrze, że gdyby tego nie przeciągał, gdyby się za niego wziął zaraz po wejściu do środka, to sytuacja wyglądałaby odwrotnie - ale tamtej chwili już nie było. Teraz mieli syknięcie pełne ulgi, kiedy Bletchley zaczął ściągać jego spodnie, a później rozchylił usta. I oh kurwa - on wyglądał jak zawsze idealnie, każdym ruchem swojego języka przypominał o tym dlaczego Fontaine pierwszy raz tak bardzo wkurwiła się, że miał kogoś na boku - ten chłopak go rozpalał, był jak żar czający się na spodzie buchającego ogniem kominka. Topił się przy nim jak plastik i tyle by mu wystarczyło - mieć w garści kogoś, kogo można było chciwie przydusić, a on po odkaszlnięciu i otarciu łez jeszcze by za to podziękował, ale Flynn był piekielnie zachłanny i pod żadnym pozorem nie chciał rezygnować z tego, co mógł tu dostać. Caina z polany przy ławce, na którym grał jak na instrumencie. To nie było coś, co można było tak po prostu wziąć, to nie było też coś, co mógłby zdobyć swoimi normalnymi działaniami. I teraz też grał na nim słowami - podszczypywał go celowo, w ordynarny sposób nakierowując go na myśli, że jeżeli się teraz spisze, to za chwilę Flynn da mu ze sobą zrobić, co ten tylko zechce, ale jak koszmarna to była gra - nietrudno było domyślić się, że to pomaga mu dojść i rysuje im w wyobraźni kolejną scenę, którą faktycznie chciał przeżyć.

Odpowiedź na to, w jakim dokładnie momencie Bletchley przełączył mu w głowie jakiś pstryczek, przyszła o wiele szybciej niż się tego spodziewał. Wszystkim, czego potrzebował, było zostać przyciśniętym twarzą do tego cholernego blatu i poczuć przy tym tak silny dyskomfort, żeby warknąć, unieść się na moment na łokciach i poprawić ułożenie rąk - tak żeby nie dusić samego siebie ramieniem, ani nie wyginać ręki w nienaturalnej pozycji, tylko puścić je luźno wzdłuż ułożonego na stole ciała. W tej ciemności, będąc daltonistą, z połową twarzy przyklejoną na siłę do zimnego drewna, drugą przysłoniętą kaskadą loków, które Cain szarpał przy każdym ruchu bioder, Flynn nie widział absolutnie nic. Zaciskał więc oczy i dawał działać swojej wyobraźni, a ta miała przecież idealną pożywkę - jego minę z chwili, kiedy z rozpędu nazwał go suką, dźwięki uderzania o siebie spoconych ciał, rytmiczne szuranie drewnianych nóg. Zawsze się w tym temacie popisywał, ale teraz przeszedł samego siebie, wydając tak wysokie, zdyszane jęki i westchnienia, że jeżeli Bletchley mając otwarte okno, chciał zachować na tym osiedlu twarz, to dobrze, że zdążył już spakować kartony, bo Bell zamknął się dopiero wtedy, kiedy palce zaciśnięte na gardle odcięły mu dostęp do powietrza.

Umył się pierwszy. Tak naprawdę to wcale nie chciał się myć, chętniej pobrudziłby pościel, mizdrząc się tam jeszcze z godzinę, ale nie było mu to dane. Kiedy wyszedł spod prysznica, na podłodze nie było już szkła ani ubrań, nie miał tu już absolutnie nic do roboty poza wychyleniem się przez okno i wpatrywaniem się w śpiące miasto, zapewne zadowolone z tego, że utkał mordę i teraz już cichutko palił papierosy. Nie zważał na wodę ściekającą na parapet z włosów, które z każdą kolejną kroplą unosiły się w górę, wywijając się w różne strony i powoli budując mu na głowie szopę, jaka powstawała po umyciu głowy bez nałożenia na nią na mokro Ulizanny. Wcześniej, kiedy wpatrywał się w tę scenerię, myślał o Fontaine. Teraz głowę zaprzątało mu jedynie uczucie posiadania na sobie ciężaru ciała Caina, wymieszone z silną potrzebą usłyszenia, jak ten zakręca wodę i otwiera drzwi od łazienki.


Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.

My mind is a hall of mirrors.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Cain Bletchley (14318), The Edge (14098)


Strony (4): « Wstecz 1 2 3 4 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa