Sprout przykucał właśnie i fotografował jakąś roślinkę, może bo coś dojrzał w jej pobliżu, może dlatego, że poniosły go inwencja twórcza i miłość do zielska, i zapomniał na chwilę, że jest na miejscu zbrodni. Kiedy Borgin wycofał się ku niemu, zostawiając za sobą złowieszczo poruszające się tentakule, uniósł głowę i spojrzał na Stanleya nieco rozkojarzonym wzrokiem.
- Co? Bandaż? - powtórzył. - Zraniłeś się o coś? Żeby przypadkiem nie coś zardzewiałego, potem taka się rana się lubi paskudzić - powiedział, po czym podniósł się i zaczął grzebać po kieszeniach. Jego pierwszą myślą nie była gryząca tentakula, a raczej jakiś gwóźdź. Po chwili wydobył płócienną, czystą chusteczkę i na wszelki wypadek potraktował ją jeszcze oczyszczającym zaklęciem. – Nada się? – spytał, wyciągając materiał w stronę Borgina.
Brenna i Stanley mieli na siebie chyba bardzo zły wpływ.
Jego użarła tentakula. Ona najpierw przegapiła narzędzie zbrodni, wciąż spokojnie leżące wśród storczyków. Potem wprawdzie biegając jako wilk pochwyciła kilka zapachów i przebiegła za nimi w tę i z powrotem przez szklarnię, a wreszcie wróciła, zwabiona wrzaskami Stanleya... ale jej synapsy nie załączyły się na tyle by zrozumiała, że pogryzły go tentakule.
Nie.
Nie połączyła faktów.
Zamiast tego słysząc z daleka wrzaski, gdy przybiegła ku mężczyznom, zorientowała się, że Borgin wrócił z powrotem do ciała i Sprouta, uznała, że ten z jakichś powodów wyzywał biednego Brygadzistkę od kurew i parszywców przebrzydłych. Czy dlatego, że ten był półkrwi? Zrobił nie dość dobre zdjęcie? Stanley po prostu miał ochotę sobie kogoś powyzywać – Brenna była w stanie uwierzyć, że miał zły dzień, jeżeli tego nie zrobił – a nie wyżywał się na niej, bo było mu trochę głupio kurwić na kobietę?
Wyłoniła się spomiędzy liści, zmieniając przy okazji z wilczycy z powrotem w kobietę.
– Jakiś problem, chłopcy? – spytała, wodząc uważnym spojrzeniem pomiędzy Stanleyem a Sproutem. Szczególnie dużo uwagi poświęcając minie tego drugiego. Może mu tutaj grożono, na przykład ścięciem i zasuszeniem głowy. Albo szantażowano. – Złapałam jego zapach. Jeżeli to nie mężczyzna o nieco dziwnym guście, to mordercą jest kobieta. Perfumy Potterów – dodała i odruchowo sięgnęła palcami do nosa, który nie był już po wilczemu wrażliwy, ale miała wrażenie, że intensywny zapach cytrusów z letniej linii zapachowej dla pań wciąż drażni jej powonienie. – Biuro Koronera będzie go już wynosić? – dopytała jeszcze Sprouta, dla porządku wskazując ciało. Jakby istniała jakaś szansa, że jednak to nie o trupa zielarza chodzi…
– Eee… tak, oględziny zakończone.
@Stanley Andrew Borgin