Poranki bywały ciężkie. Szczególnie takie, kiedy dzień wcześniej pozwalało się sobie na odrobinę szaleństwa. Nie do końca spodziewała się tego, że ten wieczór zakończy się w taki sposób. Nie miała przecież zielonego pojęcia, że zostanie bohaterką Randki w Ciemno. Z początku była zirytowana, że Erik po raz kolejny wprowadził ją na minę (on i te jego wszystkie wspaniałe pomysły), później jednak jej przeszło, bo okazało się, że wcale nie było tak strasznie, jak wydawało się, że będzie. Powinna go pewnie przeprosić za te zabójcze spojrzenia, które kierowała w jego stronę, gdy była na tej śmiesznej scenie.
Nie mogła zasnąć, nie mogła zasnąć bo zastanawiała się, jak to będzie. Wygrała wycieczkę do Paryża i była to bardzo dobra informacja, bo chciała tam pojechać od dawna, tyle, że jakoś nie było okazji. Jedyne, co nieco ją w tym wszystkim niepokoiło to fakt, że przyjdzie jej tam pojechać z nieznajomym, którego właściwie sobie sama wybrała, więc nie było do końca tak źle, jak się mogło wydawać. No cóż, na pewno szybko się tym nie przestanie martwić, bo tak już miała. Zawsze na wyrost się przejmowała.
Wstała jak zawsze wczesnym rankiem, gdy tylko pierwsze promienie słońca zaczęły się przebijać przez chmury. Bycie przedsiębiorcą nie było wcale takie proste. Nie mogła sobie pozwolić na chwilę zapomnienia. Musiała brać się do pracy, pączki się same nie upieką, a ciastka same nie nadzieją. Pracowała w pocie czoła, aby zadowolić gości, przecież nikt tego za nią nie zrobi.
Słońce znajdowało się już wysoko, gdy wyszła do niewielkiego ogrodu, w którym udało jej się wyhodować sporo owoców, z których korzystała przy tworzeniu swoich małych dzieł sztuki. Pojawiła się w ogrodzie z koszykiem w dłoni, gotowa, aby zebrać skarby matki natury. Oczywiście wyglądała idealnie, nie wychodziła z cukierni jeśli nie zadbała w pełni o swoją aparycję. Jak zawsze, sukienka, która ledwie zasłaniała jej zadek, tym razem w kolorze seledynowym (coby jej nikt nie przegapił na ulicy) i w butach, które zdecydowanie nie nadawały się do pielenia w ogródku. W powietrzu unosiła się woń owoców, które dojrzewały w słońcu, mieszało się to z gęstym, letnim powietrzem i zapachem charakterystycznym dla cukierni - pączki, nie dało się zignorować tego zapachu, zachęcał do tego, aby zajrzeć do cukierni. Atmosfera była niemalże sielska, słychać było śpiew ptaków (na Pokątnej, kto by się spodziewał), znajdowały spokój w tym nietypowym miejscu. Niewiele było ogrodów między kamienicami.
W okolicy było cicho, o tej porze spora część czarodziejów była w pracy. Jako, że był okres wakacyjny to dużo mieszkańców wyjechało też gdzieś dalej, aby cieszyć się w pełni tymi letnimi dniami. Wieczorami jednak wiele się zmieniało, ponoć cyrk rozbił się w okolicy, gdzie można było obejrzeć występy przeróżnych artystów.
Kiedy tak rwała sobie piękne i dojrzałe maliny, omal nie przewróciła się przez te swoje buty. Udało jej się złapać równowagę, gdy zawiesiła się na płocie i albo jej się wydawało, albo mignęła jej znajoma sylwetka. Chociaż to chyba było niemożliwe? Jakim cudem miałaby tu spotkać tego całego piekarza Flynna, który wcale nie był piekarzem, w zasadzie to nadal nie wiedziała kim jest, ale mniejsza o to. Los chyba chciał jej coś zasugerować. Nie dość, że prawie całą noc nie spała, bo myślała o tym, że ma z nim pojechać do Paryża, to teraz to. Nie była jednak stuprocentowo przekonana, że faktycznie to on, ale jak to Norka postanowiła się odezwać. - EJ TY, piekarzu. - Powinno zadziałać.
@The Edge