• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 … 7 8 9 10 11 … 16 Dalej »
[11.04.1960 rok] Magiczna katastrofa | Laurence, Camille

[11.04.1960 rok] Magiczna katastrofa | Laurence, Camille
Tło narracyjne
koniecpsot1972
zasady korzystania
rzuty kością
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Czarodziej nieznanego statusu krwi, będący baśniopisarzem oraz autorem książki Baśnie Barda Beedle'a. Żył w XV wieku, ale większość jego życia pozostaje dla nas tajemnicą.

Bard Beedle
#1
05.01.2024, 12:20  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.07.2024, 21:47 przez Eutierria.)  
adnotacja moderatora
Sesja rozliczona przez Camille Delacour - Piszę, więc jestem
11.04.1960 rok
Szpital Św Munga, późne popołudnie

Zbliżał się koniec dnia, chociaż jedyną wskazówką o tym świadczącą była ta na zegarze. Camille powoli rozpinała białe szpitalne odzienie, czując jak słodkie zmęczenie ogarnia jej ciało. Dzisiejszy dzień nie różnił się zbytnio od innych - praca od rana, z krótkimi przerwami, a potem papierologia. Dla niektórych to była właśnie najgorsza, najtrudniejsza część pracy uzdrowiciela. Staranność i skrupulatność, którą inni przelewali na pacjentów potrafiła gdzieś się ulotnić, gdy przychodził czas na wypełnienie raportów, spisanie wszystkich pacjentów i sprawdzenie, czy w kartotekach panował porządek. Często nie panował - pojawiały się drobne błędy, kleksy na pergaminie. Krzywo zapięte teczki potrafiły wypuszczać kartki, które salowe odkładały na jedną kupkę, by potem jakiś nieszczęsny stażysta musiał odkryć, w które miejsce je włożyć i pomiędzy które strony. To była niewdzięczna robota i niewiele było osób, które to lubiły. Camille jednak to nie przeszkadzało. Nie można było powiedzieć, że była fanką wypełniania raportów, ale zdawała sobie sprawę z tego, że porządek wokół siebie był kluczowy do tego, by móc podejść kompleksowo do sprawy. Wystarczyła jedna zagubiona tabelka, by podać nie ten lek lub przesunąć zaplanowane, skomplikowane leczenie na późniejszy termin. A Delacour dała się poznać już na stażu jako osoba, która nie lubiła, gdy należało coś przesuwać przez głupie błędy ludzkie. Dlatego też starała się ich sama nie popełniać.

Blondynka 3 lata temu otrzymała dyplom - była jeszcze, jak wielu jej kolegów z pracy - dopiero na początku swojej drogi. W zamyśleniu wygładziła bluzkę, która podczas całego dnia zdążyła trochę się wygnieść. Potrzebowała odpocząć, dzisiejszy dzień nadwyrężył ją fizycznie. Pracowała nie tylko przy urazach pozaklęciowych, ale również przy łamaniu klątw. To ostatnie nierzadko wymagało użycia środków dość drastycznych, jak krępowanie rzucających się pacjentów, ale to była norma przy pracy z ludźmi. Na pewno nie było to częściej spotykane niż w przypadku osób z zaburzeniami psychicznymi, ale się zdarzało. Tak jak dzisiaj. Z cichym westchnięciem kobieta zamknęła szafkę i wyszła na korytarz, mijając po drodze Laurenca.
- Kończysz już? - uśmiechnęła się do niego lekko, lecz nie bez odrobiny zdziwienia. Zdążyła już go poznać na tyle, by wiedzieć że jest nie mniej ambitny od niej. Oboje potrafili siedzieć po nocach nad daną sprawą, zastanawiać się tygodniami nad rozwiązaniem danego problemu. Lestrange jednak nosił nazwisko, które znaczyło w Mungu więcej, niż jej samo. Nie było to do końca sprawiedliwe, ale wbrew pozorom nie demotywowało kobiety - można było rzec, że było wręcz przeciwnie. - To niespotykane jak na ciebie, by wychodzić o czasie.
Lubiła go. Był inteligentny, dobrze wychowany, nigdy nie przekraczał granic. Laurence miał bystry umysł, a rozmowa z nim potrafiła być przyjemna na poziomie koleżeńskim. Był jedną z niewielu osób, z którymi Camille zamieniała chętnie więcej niż kilka zdań. Drugą była, paradoksalnie bo do wygadanych nie należała, Florence.
Ten Inny
Musicie mnie zaakceptować, bo nie mam zamiaru dla nikogo się zmieniać.
wiek
38
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Zastępca Szefa Departamentu Magicznych Wypadków i Katastrof
Brązowooki, ciemnowłosy brunet, z minimalną ilością siwych kosmyków, mierzy 183cm wzrostu. Zawsze ubiera się elegancko, odpowiednio do sytuacji.

Laurence Lestrange
#2
10.01.2024, 01:11  ✶  

Ukończenie Akademii Munga nie było trudne dla osoby, która posiadała nazwisko, ale też wykazywała się umiejętnościami i inteligencją. Wymagało to naprawdę dużego pokładu umiejętności rozumowania nauk ścisłych, aby zostać uzdrowicielem, później ordynatorem. Podobnie jak Camille, również Laurence odebrał swój dyplom. Spełniał oczekiwania swojego ojca, który był z niego dumny. Młody Lestrange, nie chciał aby patrzono na niego ze względu na nazwisko, ale na jego działania, umiejętności i starania. Nic z tym jednak nie zrobi i musiał liczyć się niekiedy z zazdrosnymi spojrzeniami niektórych rówieśników, myślących na zasadzie ”zdał bo jego rodzina kieruje szpitalem”. Nie brał tego do siebie. Udowadniał niejednokrotnie, że to nie nazwisko rodziny pomaga mu się piąć wyżej, a jego umiejętności, zdolności.

Poza zwyczajnymi uprawnieniami na uzdrowiciela, za specjalizację wybrał zatrucia eliksiralne i roślinne, jako że sam w sobie posiadł umiejętności genetyczne dziedzinowe po ojcu, dotyczące tworzenia i rozpoznawania eliksirów, jak i poszerzał swoją wiedzę w zakresie roślinności. Na stażu spotykał się z wieloma przypadkami zatruć, nawet doprowadzających do śmierci. Był tego świadkiem, kiedy okazało się udzielenie pomocy zbyt późne, lub niemożliwe.

Nie tylko praca przy pacjentach była ważna, ale wypełnianie kartotek i spisywanie wszystkiego co najważniejsze. Objawy, zachowania, przyczyny zatruć, sposoby leczenia, lekarstwa, eliksiry. Wszystko to wymagało odpowiednio dużej wiedzy. Czas edukacji i stażu w Mungu szybko upłynął, kiedy mógł w końcu pełnoprawnie pracować. Trzy lata temu.

Dzisiejszy dzień także i dla Laurenca był męczący. W większości miał do ogarnięcia papierologię, przyjmowanie pacjentów i szpitalny obchód lekarski sprawdzający stan zdrowia swoich podopiecznych. W tym dniu miał parę przypadków lekkich zatruć, dwa ciężkie, które zostały na obserwacji. A na koniec dnia, nagły przypadek sprowadzony do szpitala w trybie pilnym, gdzie jakieś dziecko zatruło się grzybkami i trzeba było szybko interweniować. Wiedzieć, co podać i poczekać aż sytuacja się ustabilizuje. Życie młodego pacjenta zostało uratowane, ale wymagało obserwacji, co polecił asystentce. Matka dziecka mu za pomoc dziękowała.

Przemierzając korytarz, nie spodziewał się spotkać koleżanki, która widocznie skończyła pracę. Laurence miał jeszcze na sobie biały fartuch lekarski.

- Myślę że tak.
Nie był pewny, choć rozważał też opcję przenocowania w szpitalu. Ale może lepiej byłoby odpuścić i wrócić na noc do domu? Gdyby coś się wydarzyło, powiadomiliby go.
Uśmiechnął się do koleżanki, zatrzymując w pobliżu, kiedy stwierdziła, że do niego nie podobne, aby kończyć ”o normalnej porze”.
- Skończyłbym wcześniej, gdyby nie nagły przypadek zatrucia. Musiałem zostać i ratować dzieciaka.
Wyjaśnił. Często tak robił, że nie zostawiał nikogo w potrzebie, kiedy uzdrowiciel był ostatnią deską ratunku.

Im dłużej tutaj pracował, tym jaśniej widział, że to nie jest miejsce dla niego. Był bardzo dobry w tym co robił, ale czuł się jak w klatce, przymuszony do tej pracy. Myślał nad zmianą swojego zawodu. Co ukończył i się nauczył, to było jego. Chciał rozwijać się dalej. Nie ograniczać się i nie zamykać w jednym miejscu.

- Wracasz już do domu?
Zapytał, widząc że Camille nie miała na sobie fartucha. Sugerował zatem, że skończyła pracę na dzisiaj i nie miała nocnej zmiany.
Tło narracyjne
koniecpsot1972
zasady korzystania
rzuty kością
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Czarodziej nieznanego statusu krwi, będący baśniopisarzem oraz autorem książki Baśnie Barda Beedle'a. Żył w XV wieku, ale większość jego życia pozostaje dla nas tajemnicą.

Bard Beedle
#3
10.01.2024, 12:55  ✶  
Blondynka uśmiechnęła się lekko, słysząc jego wymówkę. Skończyłbym wcześniej, ale... - zawsze było jakieś ale. Ale pacjent, ale dokumenty. Ale wypis, ale muszę to jeszcze sprawdzić. Lestrange miał dziwną manierę wynajdowania sobie kolejnych wymówek, byleby tylko pracować więcej, dłużej i ciężej. Może to miało związek z jego nazwiskiem? Znane nazwisko, wielkie oczekiwania.
- Zawsze jest jakieś ale, prawda? - zapytała tylko dyplomatycznie, bo poniekąd to rozumiała. Jej szczęście, że nie miała czasu na to, by poświęcać się całkowicie jednej pracy, bo miała drugą, w której także musiała się stawiać na czas. Znalezienie idealnego balansu pomiędzy dwoma pracami a życiem prywatnym było niezwykle trudne - zresztą nie do końca udało jej się jeszcze wypracować kompromis. Na słowa o zatruciu dziecka nie drgnęła jej nawet brew. Lata spędzone w szpitalu wyzuwały trochę z emocji, zabijały niewinność i współczucie. Nie w każdym oczywiście, ale w wielu przypadkach uzdrowiciele po prostu... Robili co mogli. Nie mieli dodatkowej motywacji, nie płakali nad martwym ciałem. Delacour uważała, że nadmierna emocjonalność bardziej szkodzi niż pomaga. Łatwiej było wtedy o błędy. Dlatego jej mózg szybko przerobił dziecko na pacjenta, żeby odepchnąć od wyobraźni obraz skręcającego się w konwulsjach dzieciaka. - Udało się?
Zapytała tylko bo to, że musiał zostać i ratować dzieciaka nie informowało, czy cały zabieg w ogóle się udał. Często się nie udawało - ludzie z jakiegoś powodu unikali szpitali. Z tego co Camille zdążyła się zorientować, to było tak nie tylko w Anglii, ale i we Francji. A nawet u mugoli. To była chyba jedna z niewielu rzeczy, która ich łączyła: jakaś niechęć do uzdrowicieli, lekarstw, zaklęć uzdrawiających i szpitalnych, sterylnych wręcz łóżek.
- Właśnie skończyłam. Nadwyrężyłam nieco swoje siły psychiczne i fizyczne jakieś dwie godziny temu, gdy musiałam jednocześnie rzucać zaklęcie i trzymać rękę, która próbowała mnie udusić - mruknęła, odruchowo rozmasowując swoją dłoń. Niektóre klątwy dawały efekty podobne jak w psychozie, zresztą niektóre grzyby czy zioła również był halucynogenne, nie zdziwiłaby się gdyby Laurence również spotkał się z podobną agresją, gdy nawet trójka czarodziejów ledwo radzi sobie z kimś, kto po prostu chce zniszczyć świat wokół siebie. - Pewnie jeszcze pójdę coś zjeść, nie miałam czasu żeby zrobić sobie przerwę.
Niezwykle subtelnie rzuciła spojrzenie w kierunku Laurenca, jakby chciała się go zapytać czy on pomyślał o przerwie na obiad. Bo mógł zapomnieć - to także nie była nowość w ich pracy, zresztą umysł ludzki był tak skomplikowany, że potrafił wyłączyć myśli o jedzeniu i zagłuszyć żołądek w odpowiednich sytuacjach.

Widać było, że za spojrzeniem miały pójść słowa, ale nagle coś huknęło. Nie na tyle mocno, żeby szpital zadrżał w posadach, ale na tyle głośno, że usłyszeli dźwięk wyraźnie. Brzmiało jak jedna z metalowych, ciężkich szaf w archiwum, zlokalizowanym na parterze daleko od wejścia i równie daleko od szatni. Skoro usłyszeli huk tak wyraźnie aż tutaj, ktoś musiał wywrócić ją z naprawdę ogromną siłą.
Ten Inny
Musicie mnie zaakceptować, bo nie mam zamiaru dla nikogo się zmieniać.
wiek
38
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Zastępca Szefa Departamentu Magicznych Wypadków i Katastrof
Brązowooki, ciemnowłosy brunet, z minimalną ilością siwych kosmyków, mierzy 183cm wzrostu. Zawsze ubiera się elegancko, odpowiednio do sytuacji.

Laurence Lestrange
#4
11.01.2024, 23:28  ✶  

Tak. Wymówki. Chcąc udowodnić swojej rodzinie, że się sprawdza, spełnia i potrafi. Pracował do oporu. Brał dodatkowe zmiany. Zostawał na nocnych dyżurach. Ale wiedział, że nie mógł przesadzać. Organizm też potrzebował odpocząć. W tym roku próbował to zmienić. Zbyt często bywał zmęczony. Ta praca nie była tym, co by chciał robić w życiu. Rodzina jeszcze czekała na to, aż złoży on papiery na ubieganie się o tytuł ordynatora. Kolejne szkolenia i edukacja. Po co mu to, kiedy widział możliwość pracy w innym miejscu? Czekał tylko na możliwości złożenia papierów. Jak będzie na to gotowy.
Camille go przejrzała.

- Cóż…
Zawahał się. Nawet podrapał po tyle głowy, rozmasowując zaraz kark. Już nie wiedział jak się wytłumaczyć. Nie byli jedynymi uzdrowicielami w szpitalu a tymi, którzy dawno powinni wracać do domu, bowiem koledzy i koleżanki przyszli już na swoje popołudniowe zmiany. Oni mogli się już zająć nowymi przypadkami. Ale nie. Bo skoro Laurence był jeszcze na miejscu i pod ręką, skorzystali z jego pomocy i umiejętności związanych z leczeniem zatruć. Co miał zrobić? Życie ludzkie jest ważniejsze.
- Tak, ale zostaje na obserwacji.
Odpowiedział z westchnięciem. Podał eliksir, uleczył co mógł, ale obserwacja ma sprawdzić, czy podany eliksir zadziała prawidłowo i czy dzieciak nie ma czasem uczulenia na jakiś składnik. Matka chłopca twierdziła, że nie ma uczuleń, ale czasami takie rzeczy wychodzą podczas badań, podawania czegoś i leczenia. A z grzybkami to można różnie przeholować.

Koleżanka oznajmiła mu w odpowiedzi, że skończyła właśnie pracę. Choć widocznie też miała w tym dniu trudny przypadek. Klątwy to tak samo paskudna sprawa, jak z truciznami. Nigdy nie wiesz jak zadziałają na pacjenta. Z jakim ryzykiem na ich życia.

- Czyli też miałaś ciężkie wyzwanie.
Skomentował krótko jej przypadek. Przy okazji rozpiął swój kitel medyczny i schował ręce do kieszeni spodni. Zaraz pójdzie do swojego biura zostawić go w szafce, zabrać rzeczy i udać do domu. Choć Camille dała interesującą propozycję o wyjście na obiad.

Dostrzegł do jej subtelne spojrzenie, jakby chyba chciała go zaprosić? Także skupiał się bardziej na pracy niżeli własnych potrzebach. Stąd widoczna była momentami u niego niedowaga.

Ich rozmowa została przerwana przez niespodziewany huk dochodzący z parteru. Laurence spoważniał od razu i spojrzał porozumiewawczo na Camille. Nie zastanawiając się dłużej, skierował kroki w stronę schodów aby biegiem dostać się na parter, żeby zobaczyć co się wydarzyło. Mógłby skorzystać z teleportacji, ale chciał oszczędzić swojemu żołądkowi helikoptera. Udał się tam, skąd mógł dochodzić dźwięk, jakby coś wielkiego się miało przewrócić. Zapewne nie tylko on mógł skierować się w to miejsce.
Czy Camille poszła za nim?

Tło narracyjne
koniecpsot1972
zasady korzystania
rzuty kością
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Czarodziej nieznanego statusu krwi, będący baśniopisarzem oraz autorem książki Baśnie Barda Beedle'a. Żył w XV wieku, ale większość jego życia pozostaje dla nas tajemnicą.

Bard Beedle
#5
12.01.2024, 11:13  ✶  
Uśmiechnęła się, gdy tak się zaczął miotać i motać we własnych wymówkach. Czasem chciałaby po prostu do niego podejść i nim potrząsnąć, żeby się ogarnął - żeby zaczął myśleć o sobie i tym, że on również potrzebuje snu, jedzenia i po prostu odpoczynku od tego wszystkiego, z czym zmagali się na co dzień. Ale jednocześnie wiedziała, że... To nic nie da. Lepsi od niej próbowali i skoro nie dali rady, to pozostawało tylko chodzić za mężczyzną i obserwować, czy dzisiaj coś zjadł, czy napił się wody.
- Ironia, nie uważasz? Że uzdrowiciele, którzy tak bardzo naciskają na pacjentów by pamiętali o odpowiedniej diecie i nawodnieniu sami mieli w tym ogromne tyły - ale nie byłaby sobą, gdyby nie dorzuciła swoich trzech knutów. Żeby wiedział, że ona wie, że zdarza mu się przeholować z pracą. Lubiła go, Laurence był naprawdę dobrym kolegą i szkoda by było, gdyby miał później problemy zdrowotne przez to, że zapomniał o zaspokojeniu podstawowych ludzkich potrzeb. Gdy wspomniał o ciężkim przypadku, Camille wzruszyła ramionami. - Dzisiaj była jakaś kumulacja trudnych przypadków i ciężkich spraw, to prawda. To pewnie zemsta za to, że ostatnio było spokojniej.

Jak na życzenie właśnie coś huknęło. Camille aż podskoczyła, przez chwilę spinając mięśnie i odruchowo wkładając rękę do kieszeni, w której trzymała różdżkę. Na moment wzrok blondynki i Lestrange'a się spotkał, a potem niemal w tym samym momencie oboje ruszyli na parter. Nie musiała mu mówić, żeby był ostrożny - przecież wciąż było tu pełno innych pracowników, nic im raczej nie groziło. Na miejscu zjawili się jako pierwsi. Drzwi do archiwum były uchylone - na tyle mocno, że podchodząc do pomieszczenia widzieli przewróconą wielką, metalową szafę. Wokół było pełno teczek i papierów oraz zwojów. Szybka kalkulacja i już wiedzieli, że to niemożliwe, by wypadły bo szafa spadła. Ona spadła tak, że jej drzwi były teraz dociśnięte do podłogi. Ktoś musiał w pośpiechu czegoś szukać, nie dbając o porządek - wyrzucał dokumenty na ziemię, nie przejmując się bałaganem. Z wnętrza pomieszczenia dobiegło szuranie i jakby charkot. Camille spojrzała na Laurenca z obawą. Chciałaby powiedzieć na głos, że powinni zaczekać, że ktoś chyba jest jeszcze w środku o ile jej się nie przesłyszało, ale głos uwiązł jej w gardle. Wyciągnęła elegancką różdżkę z jasnego drewna głogu, z bogato zdobioną rękojeścią, i wskazała nią na drzwi. Kolejne kroki niosły się echem po korytarzu, z góry, ale skoro byli pierwsi... To mieli może minutę na to, by zajrzeć do środka i zobaczyć, kto postanowił dołożyć stażystom roboty tym bałaganem. I dlaczego charczał.
Ten Inny
Musicie mnie zaakceptować, bo nie mam zamiaru dla nikogo się zmieniać.
wiek
38
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Zastępca Szefa Departamentu Magicznych Wypadków i Katastrof
Brązowooki, ciemnowłosy brunet, z minimalną ilością siwych kosmyków, mierzy 183cm wzrostu. Zawsze ubiera się elegancko, odpowiednio do sytuacji.

Laurence Lestrange
#6
13.01.2024, 13:14  ✶  

Może Laurence potrzebował właśnie takiego potrząśnięcia, wtedy lepiej zorganizował sobie grafik pracy. Czasu dla siebie? Już o tym co prawda myślał. Zdrowotnie zaczynało się już powoli na nim odbijać. Zapominanie o potrzebach jedzenia, zaczynało się za często się pojawiać. O tyle dobrze, że pamiętał chociaż o odpowiednim nawodnieniu swojego organizmu.

Camille była i w sumie jest, wspaniałą kobietą, która potrafi przypominać o takich dość istotnych sprawach. Sama nawet zwróciła na to uwagę. Lubił jej towarzystwo i spędzanie czasu. Zawodowo to nawet pomagało w wymianie informacji oraz doświadczeń, umiejętności i budowało współpracę między różnymi ich specjalizacjami.

- Muszę Ci przyznać rację. Lecz to często u nas uzdrowicieli objawia się czasami brakami w kadrach lub zastępowaniu kogoś i nie myślimy o niczym innym, jak tylko pomóc pacjentom. Sama o tym dobrze wiesz.
Odpowiedział na te jej parę słów. Jednakże w nich kryło się jego potwierdzenie tych stwierdzeń. Miał z tym trochę problem i wiedział, że musi coś z tym zrobić. Albo ogarnie się jakoś i zacznie pracować w odpowiednich porach, nie biorąc nadgodzin i zacznie o siebie dbać, albo zmiana pracy lepiej mu przysłuży. To drugie chodziło mu po głowie od dłuższego czasu.

Zgodził się z jej słowami o kumulacji dziwnych przypadków, ale tego co nastąpiło później, raczej żadne z nich nie spodziewało się. Wystraszyło ich obojga, że spojrzeli po sobie i ruszyli do miejsca zdarzenia. Laurence nie wyjmował jeszcze swojej różdżki, kiedy dotarł na parter, zmierzając w kierunku pomieszczenia archiwalnego. Wyjął dopiero wtedy różdżkę, zachowując ostrożność. Zbliżył się do drzwi, które były uchylone i przez nie dostrzegł co tam się mogło wydarzyć. Przewrócona metalowa szafa. Od tak nie mogła sama z siebie się przewrócić. Ktoś musiał temu pomóc. To był ciężki mebel do przewrócenia jak pozostałe. Porozrzucane materiały, nie sugerowały wypadnięcia z niej. Ktoś był nadal w środku.

Laurence spojrzał na Camille, zauważając jej spojrzenie pełne obaw.

- Zostań tu.
Szepnął do niej, a sam postanowił zajrzeć do środka. Nie wiedzą czego się spodziewać. Jeżeli będzie ranny niezdarny pracownik, to ją zawoła. A jeżeli ktoś włamał się, aby dokonać kradzieży archiwalnych akt, będzie trzeba działać inaczej i zakomunikować Biuro Aurorów.

Czy się zgodziła? Nie czekał na odpowiedź. Powoli odchylił bardziej drzwi, aby zajrzeć do środka, powoli i ostrożnie, mając przed sobą wyciągniętą różdżkę. Także słyszał charkot, czy szurania. Nie mogli czekać, jeżeli ktoś tam ugrzązł pod metalową szafą i może walczy o życie. Pierw Laurence chciał ocenić sytuację, co tutaj się wydarzyło, aby podjąć działania.

Tło narracyjne
koniecpsot1972
zasady korzystania
rzuty kością
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Czarodziej nieznanego statusu krwi, będący baśniopisarzem oraz autorem książki Baśnie Barda Beedle'a. Żył w XV wieku, ale większość jego życia pozostaje dla nas tajemnicą.

Bard Beedle
#7
14.01.2024, 11:48  ✶  
Zostań tu. Camille spojrzała poważnie na Lestrange'a i pokręciła głową. Był chyba niespełna rozumu jeśli uważał, że będzie stać z tyłu i się przyglądać, jak on pakuje się w jedną wielką niewiadomą. Bo nawet nie mieli pojęcia, co w pomieszczeniu, na które patrzyli, się działo. Dlatego wzmocniła chwyt na różdżce i przepuściła Laurence'a przodem, a potem ostrożnie wślizgnęła się za nim do środka.

Pierwszą rzeczą, którą zobaczył Lestrange, była przewrócona szafa w pełnej okazałości. Wokół faktycznie leżały porozrzucane dokumenty - składały się na nie całe teczki i pojedyncze kartki, które wyfrunęły z teczek. Rozkład dokumentów nie świadczył o tym, by to był przypadek: wyglądało na to, jakby ktoś czegoś szukał i nie znalazł, więc postanowił wywalić szafę. Tylko kto miałby tyle siły? W pomieszczeniu panował półmrok, paliła się jedna jedyna świeczka, którą ktoś postawił na biurku. Okna były szczelnie zasłonięte, jak zwykle o tej porze dnia. Ludzie zajmujący się archiwum mieli stałe godziny pracy i byli skrupulatni, jeśli chodzi o zabezpieczanie tego pomieszczenia: zarówno magicznie, jak i nie. Dlatego też okna zostały dokładnie zamknięte i zasłonięte, ale drzwi... Albo ktoś złamał zabezpieczenia, albo być może któryś z pracowników zapomniał je dobrze zamknąć?

Z boku pomieszczenia, z prawej strony, Laurence dostrzegł ruch. Ktoś tu był, co do tego nie było wątpliwości. Krył się w cieniach, migoczących przez poruszany powietrzem płomień, lecz nie wyglądało na to, by się specjalnie ukrywał. Sylwetka, którą dostrzegał Lestrange, była nienaturalnie przygarbiona i powykręcana, ale była zdecydowanie ludzka. Z tamtej strony dochodziło też dziwne dyszenie i powarkiwanie, jakby osoba, która była odpowiedzialna za ten bałagan, straciła na chwilę cząstkę człowieczeństwa. Nie widział białego kitla, widział za to koszulę, którą dawano pacjentom na oddziale. Wszyscy mieli takie same, nie mógł więc stwierdzić jednoznacznie, czyim dokładnie był pacjentem. Laurence poczuł dreszcz, przechodzący po całym ciele, gdy sylwetka nagle podniosła głowę. Mężczyzna, który stał dorbe kilka metrów od niego, miał obłęd w oczach. Ściskał swoje ramiona i mocno wbijał w nie paznokcie, aż do krwi.
- Różdżka - wymamrotał, patrząc na dłoń mężczyzny. - Ukradłeś ją!
Wyciągnął łapy w stronę uzdrowiciela i spiął się do skoku, jakby chciał go zaatakować.
Ten Inny
Musicie mnie zaakceptować, bo nie mam zamiaru dla nikogo się zmieniać.
wiek
38
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Zastępca Szefa Departamentu Magicznych Wypadków i Katastrof
Brązowooki, ciemnowłosy brunet, z minimalną ilością siwych kosmyków, mierzy 183cm wzrostu. Zawsze ubiera się elegancko, odpowiednio do sytuacji.

Laurence Lestrange
#8
15.01.2024, 13:52  ✶  

Laurence westchnął, kiedy na jego prośbę Camille odmówiła pozostania na korytarzu. Nie będzie naciskał. Wszedł do środka jako pierwszy, badając i oceniając sytuację. Ktoś najwyraźniej dokonał włamania. Jedynym oświetleniem pomieszczenia, była świeczka. Dzięki czemu, było można dostrzec poruszający się cień. Cenne dokumenty, zbiory kartotek pacjentów i tutejszych uzdrowicieli. Inne księgowe sprawy. Wszystko leżało na podłodze porozrzucane. Nie to teraz było istotne. Ale kto tego dokonał.

Lestrange, wszedł głębiej, trzymając mocno różdżkę przed sobą. Dostrzegł w pewnym momencie ruch i skierował swoją broń w prawą stronę. Była tam przygarbiona postać. Obejmowała się. Nie wyglądała na pierwszy rzut oka na ludzką. Wilkołak? Niemożliwe. Ghul? Inny opętaniec? Dostrzegając w końcu charakterystyczny strój szpitalny, mógł tylko zgadywać jedno. "Pacjent." - pomyślał. Czyżby jakimś cudem komuś uciekł z oddziału?

Czarodziej obejrzał się, gdzie była Camille, aby móc w razie czego zakryć ją sobą. Ta istota jednak zauważyła jego osobę. Kiedy rzekła słowo "różdżka", Laurence na powrót na niego spojrzał. Ukradł? Nie było czasu na zastanowienie.

Kiedy pacjent rzucił się w jego kierunku, w ramach obrony, Lestrange rzucił zaklęcie odrzucające. Aby zwiększyć dystans między nimi. Tutaj trzeba będzie unieruchomić napastnika. Nawet jeżeli to pacjent. Minie trochę chwili, nim dołączą do nich pozostali pracownicy tego budynku.

- Nie wygląda Ci to na opętanie?
Zapytał koleżankę, wciąż jednak mając na celowniku pacjenta. Camille była w swojej specjalizacji bardziej obeznana, więc może  w takiej sytuacji, uda jej się rozwiązać problem, aby wiedzieli jak postępować dalej. Jeżeli ta istota znów podejmie atak, Lestrange będzie próbował rzucić zaklęcie wiążące, w postaci lin, aby unieruchomić. Drastyczna metoda, ale tutaj chodziło o bezpieczeństwo wszystkich. Uśpią go i potem będzie można jakoś pomóc. Jeżeli w ogóle będzie to możliwe.
Tło narracyjne
koniecpsot1972
zasady korzystania
rzuty kością
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Czarodziej nieznanego statusu krwi, będący baśniopisarzem oraz autorem książki Baśnie Barda Beedle'a. Żył w XV wieku, ale większość jego życia pozostaje dla nas tajemnicą.

Bard Beedle
#9
16.01.2024, 10:02  ✶  
Uwadze kobiety nie umknął fakt, że Laurence był gotów ją zasłonić w każdej chwili. Jednak gdy ich spojrzenia się spotkały, blondynka pokręciła głową, jakby chciała powiedzieć "nie". Nie potrzebowała, by ktoś ją chronił - Camille była jednostką wybitnie niezależną, jeżeli chodzi o innych. A przynajmniej na taką pozowała przed światem zewnętrznym, przed innymi. Nieliczni wiedzieli, jak ogromny wpływ na Delacour miała jej rodzina, konwenanse. W Londynie macki rodziców były słabsze: mogły ją dosięgnąć, ale nie mogły zacisnąć się wokół niej i zmusić do tego, by zrobiła coś wbrew swojej woli. Mimo to często popychały ją w różnych kierunkach - czym więc to było, jak nie zależnością?

Na pytanie Lestrange'a Camille zmarszczyła brwi. Opętanie... Czy to mogło być to? Na terenie szpitala? Wątpiła, nikt o zdrowych zmysłach nie przyszedłby do Munga, by rzucać klątwy. Nie wśród tylu uzdrowicieli i klątwołamaczy, nie wśród ludzi, którzy patrolowali korytarze. W Mungu zawsze ktoś był, nawet nocą. Rzucanie uroków czy używanie czarnej magii byłoby skrajną głupotą.
- Nie wydaje mi się, ale... Uważaj! - krzyknęła, gdy mężczyzna rzucił się na Laurenca. Uzdrowiciel odepchnął go przy pomocy zaklęcia tak mocno, że pacjent uderzył o jedną z metalowych szafek. Zachwiał się, ale nie widać było po nim, by uderzenie zrobiło jakiekolwiek wrażenie. Camille wysunęła się naprzód i machnęła różdżką, tworząc mocne, cienkie sznury. Oplotły się wokół ciała pacjenta, unieruchamiając jego ręce, przyklejając je niemal do ciała. Na nogi nie starczyło czasu, ale najwyraźniej Laurence pomyślał o tym samym i dorzucił swoje zaklęcie do jej. Mężczyzna wydawał się zdezorientowany, ale to go na chwilę zatrzymało - miał spętane nogi i ręce. - Musiałabym spojrzeć mu w oczy, ale nie czuję tego charakterystycznego smrodu czarnej magii. Nie mogę jednak powiedzieć z całą pewnością, niektóre zaklęcia nie zostawiają wyraźnego śladu.
Kroki na zewnątrz stawały się coraz głośniejsze. Za chwilę ktoś tu przyjdzie i przejmie od nich... No właśnie? Opętańca? Oszalałego? Camille bez lęku podeszła do nieznajomego na trzy wyciągnięcia rąk, trzymając różdżkę w dłoni w pogotowiu. Przyglądała mu się - miała jednak wrażenie, że to było jak patrzenie w otchłań. Jeśli patrzysz na nią, ona patrzy na ciebie. Coś dziwnego było w jego oczach. Jakby widział, ale nie dostrzegał rzeczywistości. Jakby żył w innym świecie.
- Chyba powinien być przeniesiony do Lecznicy Dusz - powiedziała, przekrzywiając głowę. - Ale musiałabym podejść bliżej.
Zrobiła jeszcze jeden krok w jego stronę, malutki, ostrożny.
- MOJA RÓZDŻKAAAAAAAAAAAA! - zawył niemal nienaturalnym głosem, a potem kłapnął zębami, jakby chciał ugryźć Camille. Blondynka odskoczyła, niemal wpadając na Lestrange'a. Ten ruch kosztował ich pacjenta utratę równowagi - upadł, uderzając głową mocno o podłogę.
Ten Inny
Musicie mnie zaakceptować, bo nie mam zamiaru dla nikogo się zmieniać.
wiek
38
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Zastępca Szefa Departamentu Magicznych Wypadków i Katastrof
Brązowooki, ciemnowłosy brunet, z minimalną ilością siwych kosmyków, mierzy 183cm wzrostu. Zawsze ubiera się elegancko, odpowiednio do sytuacji.

Laurence Lestrange
#10
17.01.2024, 12:24  ✶  

Camille jest kobietą odważną. Nie powinno Laurenca dziwić, że odmawiała jego prostych poleceń, próśb ze względu na jej bezpieczeństwo. Nie bez powodu przecież wybrała specjalizację dotyczącą urazów pozaklęciowych i łamaniu klątw. To drugie wymagało silnego umysłu i determinacji. Skoro ponownie odmówiła bycia przez niego chronioną i ostrzeganą, odpuścił.

Skupili się na obecnej sytuacji, która dobrze nie wyglądała. Zapytał więc, czy pacjent w takim stanie, wygląda jej na opętanego, choćby w wyniku rzucenia klątwy. Camille nie była do tego przekonana, ostrzegając go zaraz przed atakiem. Zdążył szybko zareagować i odrzucić pacjenta na drugi koniec sali. Istota pozbierała się, ale szybko też została unieruchomiona przez jego koleżankę. Dopomógł swoim zaklęciem, dzięki czemu unieruchomili pacjenta dosłownie. Panna Delacour miała możliwość przyjrzenia się tutejszemu przypadkowi, wyrażenia swojej opinii.

- Czyżbyśmy mieli do czynienia z innym przypadkiem choroby?
Zapytał jakby także sam siebie.
- Musimy dowiedzieć się, czyj to pacjent.
Dodał. To było także istotne. Kim jest ta osoba i gdzie znajduje jej kartoteka, jeżeli to pacjent tego szpitala. Camille dokonywała dalszych oględzin badawczych, do pewnego momentu, kiedy istota nie zaczęła znów krzyczeć. Klepnęła zębami, a koleżanka wpadła na niego, cofając się. Chwycił ją za ramię, kiedy przylgnęła do niego plecami. Spojrzał w jej oczy z troską.
- Nic Ci nie jest?
Zapytał. Jakby chciał się upewnić, czy skażona jakąś chorobą, nie zraniła jej czasem. Nie wiadomo, czy ten przypadek jest zakaźny przez dotyk. Lepiej więc go nie dotykać. Dla swojego bezpieczeństwa. Ciało sprawcy zamieszania, leżało teraz na podłodze, wijąc się.

Do pomieszczenia weszli pozostali uzdrowiciele i ochrona miejsca, kierując się dźwiękiem hałasu. Wszyscy trzymali różdżki w pogotowiu zaskoczeniu zaistniałą sytuacją.
Laurent skierował poważne spojrzenie w stronę przybyłych i odsunął się na bok. Aby sami ocenili sytuację.

- Wiecie czyj to pacjent?
Zadał poważne pytanie. Jeżeli wśród tych osób, nie było tego konkretnego uzdrowiciela, będą musieli sami zająć się problemem i zgodnie z decyzją Camille, przewieźć go do Lecznicy Dusz. Pytanie jeszcze. Dlaczego wciąż wspominał o różdżce?
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Bard Beedle (7257), Laurence Lestrange (6404)


Strony (4): 1 2 3 4 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa