Brenna z trudem powstrzymała westchnienie. Jak mogła tego nie rozumieć? Martwiła się o swoją rodzinę stale i gdzieś w głębi duszy wiedziała od dawna, że nie wszyscy z tego wyjdą żywi - i ponure przeczucie nabrało kształtów, ziściło się, wraz ze śmiercią Derwina w Beltane.
A to przecież był dopiero początek.
Jej brat oficjalnie, w prasie, ogłosił całemu światu, że będzie walczył ze śmierciożercami. Jej kuzynki były półkrwi, z matki mającej gdzieś kilka pokoleń temu mugoli, co w oczach śmierciożerców oznaczało to popsute linie. Nie dość, by tylko dlatego obrać je za cel, ale zapewne dość, aby w połączeniu z otwarcie wyrażanymi poglądami znalazły się dość wysoko na liście śmierciożerców. Prawie cała rodzina w Zakonie: jeśli, czy raczej kiedy jego istnienie wyjdzie na jaw, nigdzie nie będą bezpieczni. Żadne z nich.
– Bren? Robi się poważnie – zażartowała, chociaż w jej głosie brakowało prawdziwej wesołości. – Jeżeli w to wejdziesz i kiedyś wyjdzie na jaw, co robisz, twoja rodzina wcale nie będzie bezpieczniejsza. Wręcz przeciwnie – powiedziała cicho, zerkając na Vincenta z ukosa.
Musiała być pewna, że wiedział, w co się pakował.
W co go wciągała.
Chciała mieć go w Zakonie i nie chciała jednocześnie - mogłoby się wydawać, że nie można jednocześnie czuć tak przeciwstawnych uczuć, a jednak właśnie takie emocje teraz targały Brenną. Vincent był cennym zasobem, a o zasobach mówił Morpheus (...i o paziu kielichów, i obracającym się kole fortuny: ale o tej przemijającej szansie nawet nie chciała myśleć, bo ona przecież nawet nie istniała), choćby dlatego, że miał kontakty w półświatku i że potrafił poradzić sobie w sytuacji zagrożenia. Był też kimś, komu ufała pod tym względem, że za nic nie chciałby zrobić jej krzywdy – i że raczej nie ukrywał zbyt wielu kolegów ani krewnych, którzy w wolnym czasie mordowali. Wszelkie skryte interesy Prewettów mogła przebaczyć, cichego wspierania śmierciożerców już nie: i nie dlatego, że to był według litery prawa współudział, a dlatego, że dzięki temu mogli mordować dalej. Mając go za plecami nie musiała obawiać się, że nagle ktoś wbije w nie nóż.
Ale właśnie dlatego, że był tym dobrym przyjacielem, wcale nie chciała go w Zakonie – bo to było coś innego niż zaciągnięcie go do lasu czy do Chinatown, na wpółlegalne, drobne akcje. To było poprowadzenie go na wojnę.
Pies, najlepszy przyjaciel, powiedział Morpheus. Wskazówka co do tej chwili? A może tamta wróżba mówiła o samym wuju?
Ostatecznie zawsze do ciebie należy decyzja…
– Robimy – powiedziała w końcu, trochę prostując, bo to nie była „ona”, to nigdy nie była jedna osoba. – Wszystko, co możliwe, aby pokrzyżować mu szyki. Twój brat? To tylko jedna drobna próba, jedna nitka, tak naprawdę nie mająca większego znaczenia niż inne. Warto było spróbować, to wszystko. Ale mówiąc uczciwie, nie wiem, czy to, co robimy, doprowadzi do pokonania tego drania. Tylko w to wierzę. A może jedynie mam nadzieję. Więc zastanów się dobrze, Vinc, bo jeśli powiesz „tak” ciężko będzie się wycofać i nic nie będzie łatwe.
Z jej strony decyzja właśnie zapadła: była skłonna powiedzieć tak, skoro zabrnęli w tej dyskusji tak daleko i zaprosić go do ich szeregów.