Za pierwszym razem był absolutnie strwożony tym, co zrobił.
Strwożony tym całkowitym bałaganem, tą agresją, której nie kontrolował zupełnie, jakby Flynn naciskał jakiś pstryczek w jego głowie i całkowicie odcinał go od czegoś tak błahego jak zdrowy rozsądek. To nieważne, to tylko powierzchowne człowieczeństwo, nie przejmuj się tym! Zapomnij. Zrobił to, a potem oczy Flynna mówiły to wszystko oprócz tego "zapomnij". Ten chłopak nie chciał zostać zapomniany. Widział w jego oczach więcej niż tę jakże pieszczotliwą dziwkę czy sukę, jak z rozpędu potrafił go nazwać i jaki to odzew potrafił dostać z powrotem. Widział pragnienie, by zostać zapamiętanym. I gdybym był kamieniem - pokochałbyś mnie tak samo? Głazem, w którym możesz na zawsze i na wieczność wyryć swoje imię? Zostawiłbyś mnie potem, bo tak to jest z monumentami, co trwają przez wieki - one mają zapamiętać, nie muszą zostać zapamiętanymi. Gdybym więc wymazał twoje istnienie z własnej głowy, które było jak płomień ukradziony z Olimpu, ten pierwszy, ten najcieplejszy, czy byłbym tym monumentem, którego znaków już nawet uczeni nie rozpoznawali? Pismo dawno zapomniane, widzisz - pragnąłeś przetrwać, ale ludzka pamięć była właśnie taka głupia, taka złudna. Za łatwo zapominali to, co ziemia pamiętała na zawsze. Ta potrzeba, żeby coś znaczyć, a znaczenie odnajdował w dotyku, była silniejsza od wiekowych ruin, z których czytano historię tego świata. To właśnie ten chłopak miał w dłoniach władzę nad tym przyciskiem. I to on mógł się śmiać ze zszokowanego i zdziwionego Caina, który z takim przestrachem upewniał się, że nic się nie stało. Było takie piękno, które odnajdywaliśmy tylko w zniszczeniu.
Takie wspomnienia, które zbierano z rozbitych kamieni.
Każdy następny raz wpisywany był w okrojone marginesy zrozumienia. Z tym, że margines Flynna stanowił w zasadzie całą stronę. Człowiek, który chciał zostać zapamiętany, miał tak, że chciał zostać zapamiętany jak najlepiej. I jak najgorzej zarazem. Nie było jedności podziału bodźców. Było tylko to, co miał najlepszego w sobie, co chciał przekazać swoim Kochanie i to najgorsze, co niósł na wronich skrzydłach, z których spadał deszcz czarnych piór. Tymi piórami mogliśmy po tym marginesie pisać i przekonać się, jak wiele zrozumienia znajdowało się w człowieku, którego o zrozumienie nigdy byś nie oskarżył przy pierwszym kontakcie. Nie przy agresji, która buzowała w nim i piła z niego, zbierając się i wybuchając naprzemiennie, w prędkim i niepowstrzymanym nurcie. Górski strumień, co drążył skałę. I miał taką Pańską moc, że miał ją drążyć. To dobrze. Jeśli nikt nie mógł zapisać jego historii, to musiał zadbać o to sam. Z tym, że Cain naprawdę chciał go spisać. Całego. Nagiego, takim jak Matka Natura go stworzyła. Pokrytego bliznami. Ze zniszczoną skórą używkami. Z tymi spieczonymi papierosami ustami. Z lekko przekrwionymi oczami, kiedy akurat była zła faza, ale mogli się nią podzielić, bo mógł go trzymać w objęciach i chronić przed tym światem. Chciał, mógł, musiał.
Powiedzenie, że Diabeł czasem wstępował w Anioła było dobrym powiedzeniem. Bo były właśnie te chwile, w których Cain mógłby powiedzieć, że nie byłem sobą, ale to byłoby największe kłamstwo tego świata. Powiedziałby to każdemu, ale nie Fleamontowi Bellowi. Bo to właśnie w tych chwilach był sobą najbardziej.
Mimo tego wszystkiego nadal spoglądał na to... to wszystko wokół nich, czy raczej - wokół niego, kiedy Flynn poszedł pod prysznic - z lekkim zrezygnowaniem. Z taką jakże ludzką myślą w tej omawianej trywialności: czy dlatego, że taki jestem, skończyło się to wszystko między nami? I kiedy tak spoglądał na własne dłonie nie wydawały mu się jego własnymi. On - ale w innej skórze. Diabeł, nie Anioł. Samael, nie Raziel. Rano powiemy, że to tylko myśli pijanej głowy. Zgiął te palce, zmieszał wino z przyjemnością i zamiast przyjemnością się delektować - sięgnął po różdżkę, by nadal z niespokojnym oddechem, wsłuchując się w rytm własnego serca (bo winyl się skończył) ostrożnie namówić szmatki i szufelkę do posprzątania tego bałaganu za pomocą magii. A sam sobie usiadł. Świat wydawał się teraz stanowczo za mocno i za szybko wirować przed jego oczami. Oczami, przed którymi teraz nie miał już swoich dłoni, a plecy Flynna. I dusił się z poczucia, że mógłby dusić go jeszcze raz. Że zabiłby dla tego uczucia. Zabiłby dla tego człowieka.
Nie każdą myśl dało się zmyć. Nie każdy obraz mógł zostać wytarty spod powiek jak wino z blatu stołu i drewnianych paneli. Nie wszystkie obrazy chciało się zmyć tak jak plamy. Mógłby teraz siedzieć przez godzinę pod tym prysznicem, zamknąć oczy i myśleć o niczym. Albo myśleć o zielonej trawie, szumie drzew, słodkim cieście i nieporadnym Flynnie, który tak nie chciał być zapewniany, że jego nieidealność nie przeszkadzała Cainowi, jak i nie chciał słuchać, że spierdolił. Do tych przykrych słów. Do tego okropnego nieszczęścia, w których łzy potrafiły zmieszać się z wodą, ale pod prysznicem i tak się wyróżniały. Te krople były słone. I były niezwykle gorące na policzkach.
Potrzebował kilku chwil dłużej, żeby doprowadzić się do porządku i zakręcić korek przepływu emocji, który Flynn tak lubił naciskać. Dla kogo? Dla nich? Czy może tylko i wyłącznie dla własnej zabawy i satysfakcji? Nie. Na pewno nie. To tylko produkcja głupich myśli, które płynęły jak ciepły, alkoholowy oddech. Taki człowiek nie zapraszałby cię do swojego umysłu, żebyś poznał jego historię i mówił, że będziesz żałował, że jej nie poznałeś. Fleamont jednak się doczekał - zarówno dźwięku zatrzymania wody jak i dźwięku zamykanych drzwi od łazienki. Cain wyszedł z niej przebrany w ciemnobrązowe spodnie i rozpiętą koszulą, przecierając włosy ręcznikiem zarzuconym na barki.
- Tak. - Szedł wolno w kierunku Flynna, gotów wyjrzeć za okno razem z nim. - Zapytałeś mnie, czy wyglądasz na kogoś, kto mógłby być czyimś ojcem. Odpowiedź brzmi: tak. - Nie to, że Cain zawsze odpowiadał na pytania, które zbył czy nie odpowiedział wprost, ale... jakoś tak przesmyknęło się to przez jego głowę wśród wielu innych myśli.