• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Niemagiczny Londyn v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[7.06.1972] Nikotyna, kofeina, Ty. | Cain & the Edge

[7.06.1972] Nikotyna, kofeina, Ty. | Cain & the Edge
Keeper of Secrets
I am not actually tired, but numb and heavy, and can't find the right words.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Mierzący 182cm wzrostu Cain jest przeciętnej budowy osoby, która coś tam ćwiczy - nie chudy, nie wielce umięśniony. Ma ciemnobrązowe włosy i oczy barwy burzowych chmur, tak ciemne, że z daleka mogą wydawać się czarne. Jego zainteresowane otoczeniem spojrzenie podkreślone jest wiecznymi worami pod oczami.

Cain Bletchley
#31
01.02.2024, 14:31  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 01.02.2024, 16:59 przez Cain Bletchley.)  

Czy można powiedzieć, że nie lubi się emocji? Bo głowa Caina wyprodukowała takie zdanie, kiedy siadał na krześle. Siadanie to ładny eufemizm na to, jak szurnął nogami po podłodze i jak zwalił na nie ciężar swojego ciała. Z niektórymi rzeczami nie dało się wygrać, tak było też z grawitacją. Flynn pewnie czuł to samo pulsowanie w skroni i mimo wybuchu i emocji również starał się hamować swoje. Starał się... kurwa, no przecież on się zawsze starał. Zawsze.  Przecież starał się i był uroczy do tego stopnia, że ten zdradliwy mózg Bletchleya płodził kolejne diabły zwane dziećmi. Zajmowały się kolejno myślą o tym, że powinien postarać się  bardziej, że nie zasłuży na tego niezdrowego człowieka z całą listą problemów, że go skrzywdzi, że go zrani, wszystkie "ale" przesuwały się przed oczami jak mrówki idące równym pasem. Niby każda mrówka była inna, ale ludzkie oko i tak ich od siebie nie rozróżniało. Pojawiał sie tylko zamazany, monotonny pas, na którym przestajesz się skupiać. Nie ma na czym. Przecież przypatrywanie się tym mrówkom wcale nie zmieni twojego życia na lepsze. Ułożenie się na ziemi i czekanie na zbawienie boskie niby nie do końca leżało w jego jestestwie, a z drugiej strony kładł się spać i czekał. Na ciemność, na ulgę, na wolność. Codziennie leżał i czekał, nawet kiedy siedział w  biurze i wyglądał przez okno, albo kiedy gonił za czarodziejem, żeby w najlepszym wypadku wlepić mu mandacik za złe zaparkowanie miotły. Kiedy odwiedzał cmentarz jesienią to mówił: nie ma to jak w domu. Bo nie było domu, do którego pasowałby bardziej niż do tej krainy umarłych pościelonej złotem liści.

Ułożył łokcie na blacie i oparł dłonie na twarzy, na czole. Pochylona głowa zsuwała wokół niego mokre kosmyki włosów. Chłodne, chociaż przysiągłby, że w tej kłótni było piekielnie gorąco i własne włosy powinny go parzyć. Nie parzyły. Chyba stygły w tej ciszy. Huczało mu w głowie, jakby ktoś wciskał w nią gwoździe po każdym uderzeniu gongu. Mocne, blaszane uderzenie, które aż wzdragało. Bardziej już nie mógł napiąć mięśni. Wbijał teraz paznokcie we własną skórę na głowie, na twarzy, zjechał nią w końcu na szyję, na kark. W niekontrolowanych podrygach gotów był sobie wydłubać oczy, żeby potem już nie oglądac siebie samego w tak zjebanych, niekontrolowanych scenach. Mógł się cofnąć - od czego się zaczęło i gdzie popełnił błąd? Gdzie powinien był już wyłączyć emocje, cofnąć się bardziej i zarazem zrobić pięć kroków do przodu, łapiąc Flynna w ramiona? Nie chciał się cofać. Każda minuta tego spektaklu, którego byli głównymi bohaterami - to była ta szpileczka. Te gwoździe dosuwane ciszą. W którejś minucie ciszy pochylił się na tyle mocno, że prawie dotykał czołem blatu.

- Zamieszkaj ze mną. - Podniósł w końcu głowę. W płaczu nie było nic poetyckiego, tak samo jak w seksie. A może w seksie było? Tyle poezji napisano i pięknych i ślicznych gestach, ruchach i westchnieniach, a tymczasem w oczach Caina był wulgarny do granic. Płacz był zaś brzydki i... rozckliwiający. Czerwone oczy Flynna, który starał się zebrać siebie w całość. Ich. Znowu to słowo: starać, starać, starać. Chcieć. Żądać. Bletchley miał ochotę dać sobie w pysk za to, co do Flynna powiedział, za to, że go odrzucił, a jednocześnie jego zdrowa strona, nie objęta miłością, mówiła, że powinien go odepchnąć, że dobrze zrobił. Że nigdy więcej nie powinien już działać tak, żeby tylko na pogłoskę o Fleamoncie lecieć za nim nawet jakby zdychał. Dokładnie tak, jak to opisał Flynn. - Uuuf... - Zamknął oczy, przekrzywił głowę i wykrzywił się. - Moment... potrzbeuję... moment. - Jakby za mało było tych minut, kurwa, chciał to ugłaskać i wyprostować, ale Cain nie bardzo tu zyskiwał na czasie w zdolności swojego ogarniania rzeczywistości. Czy też kompletnej niemożności, bo przecież zachował się jak kretyn, jak dziecko, które nie potrafi nadać odpowiedniego komunikatu. Pochylił się na moment znów, gdy padły przeprosiny, choć to nie była reakcja na to słowo. I nawet nie zarejestrował, że te przeprosiny miały bardzo wąskie pole zastosowania. - Ja też. - Pukanie do drzwi. Cain podskoczył na krześle i zmusił się do oderwania dłoni od własnego ciała, żeby zacisnąć je na blacie i wstać. Pukanie było nachalniejsze. Wymacał różdżkę z kieszeni i trzęsącą się ręką wymierzył ją w tą plamę wina, ale finalnie ją opuścił. Rzucanie czarów w takim stanie mogło nie być najlepszym pomysłem. Rzucił patyk na stół i poszedł w kierunku drzwi, żeby je otworzyć. Albo raczej - uchylić.

- Czy Pan oszalał? Wie Pan, która godzina? - Mężczyzna koło czterdziestki stał przed nim w szlafroku, w niedowiazanych butach, niedogolony. Miał równie czerwone oczy co Cain. Z niedospania? Alkoholu? A może też płakał? Wszystko na raz i tak pasowało do tego, co doprowadziło jego i Flynna do równie kiepskiego stanu. Pewnie gorszego - choć taka myśl nie przemknęła przez jego głowę. Był zdenerwowany. Spotkał swój swego, co?

- Przepraszam, naprawdę nie chciałem pana budzić... - Cain nawet nie myślał o tym, że ma niedopiętą koszulę i że wyglądał jak swoja matka, kiedy miała zły dzień. Albo złą noc. A ta noc przecież nie musiała wcale być taka zła.

- Proszę się zachowywać jak Anglik, a nie jak świnia z obornika. Takie wrzaski z kolegami niech sobie pan urządza poza domem. - Mężczyzna machnął ręką prawie jakby odganiał się od wyjątkowo upierdliwej muchy.

- Jasne. To się nie powtórzy, bez obaw. Dobrej nocy i przepraszam raz jeszcze za jej zakłócenie. - Cain zamknął te drzwi przed nosem mężczyzny, chociaż ten już wyciągał palucha, ewidentnie chcąc sprzedać jakąś mądrość życiową (albo pogróżkę?) i już nabierał tchu w piersi, żeby coś powiedzieć. W ciszy nocy słychać było przekleństwa i coś o "braku kultury". Dopiero, gdy kroki i memranie pod nosem oddaliło się, Cain wrócił do salonu.



• • •
Sarkazm (rzeczownik) - środek przeciw idiotom. Dostępny bez recepty.
Architekt Ścieżek
Up, below, so far
Nothing happens in the dark

Are you still afraid?
wiek
32
sława
IV
krew
mugolak
genetyka
—
zawód
akrobata cyrkowy, wynalazca
Wyzywająco ubrany mugolak, od razu sprawiający wrażenie ekscentrycznego (w wyraźnie prowokatywny sposób) lub wywodzącego się z nizin społecznych. Ma 176 centymetrów wzrostu. Ciemnobrązowe oczy. Włosy czarne, kręcone - w gorsze dni chodzi roztrzepany i skołtuniony, w lepsze, po zastosowaniu Ulizanny na mokre strąki, wygląda tak bajecznie, że masz ochotę zatopić palce w puszystych loczkach. Ma przebite uszy i wiele tatuaży. Najbardziej charakterystyczne z nich znajdują się na plecach (wielkie, anielskie skrzydła) i kroczu (długi, chiński smok oplatający jego przyrodzenie i uda). Do tego ma wiele blizn od ran kłutych i zaklęć, a także samookaleczeń. Sporo z nich to ślady po przypalaniu papierosami. Ze względu na daltonizm monochromatyczny ubiera się wyłącznie na czarno. Przy pasku nosi sznurki, łańcuchy, noże, czasami kombinerki i inne narzędzia, których używa do pracy. Jest człowiekiem bardzo wysportowanym, jego ciało jest wyrzeźbione, ale nigdy nie skupiał się na budowaniu masy i siły mięśniowej. Ma 32 lata, ale uzależnienie od substancji odurzających i alkoholu sprawia, że jest wizualnie o kilka lat starszy.

The Edge
#32
01.02.2024, 19:56  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 01.02.2024, 19:59 przez The Edge.)  
Ze wszystkich próśb wybrał sobie tą, przez którą liczba osób chcących skrócić go o łeb podwoiłaby się w jedną noc... Był wyraźnie zmieszany i przygryzł paznokieć kciuka, rozglądając się po pomieszczeniu.

- Cain... Gdybym zamieszkał z tobą na stałe, musiałbym porzucić Fantasmagorię. - Fantasmagorię, o której nawet nie zdążył mu opowiedzieć, bo widzieli się zbyt małą liczbę razy, ale którą widział przez ułamek chwili. Tego dnia, w którym go na powrót odnalazł. To nie było jego miejsce pracy, tylko jego rodzina... Bellowie postawili mu raczej jasne warunki, a Alexander... chociaż akceptował nawet największe skrzywienia i dziwactwa swojego brata - nigdy nie pogodziłby się z jego ponownym, trwałym zniknięciem.

Stojąc nad nim, chciał go objąć. Zainicjować zbliżenie, jakiego bardzo potrzebował, żeby wreszcie poczuć się lepiej. Kiedy z tej sceny wyrwało ich pukanie, Flynn westchnął zniechęcony i odwrócił twarz w kierunku drzwi. Delikatnie złapał go za dłoń, nie po to, żeby stanąć z nim w tych drzwiach, trzymając go w ten sposób, ale żeby po prostu go dotknąć - żeby ich palce zetknęły się na moment, przejechały po sobie, kiedy Bletchley go mijał. I nie wiedział, czy takim gestem bardziej doda mu otuchy, czy go rozdrażni, ale on sam czuł się dzięki niemu po prostu lepiej. Z tego też powodu kiedy chłopak zamknął drzwi i odwrócił się, Flynn stał już za nim, gotowy do złapania go ponownie, tym razem za obie dłonie i delikatnego pociągnięcia go w kierunku sypialni.

- Chodź. - Rzucił cicho. - Porozmawiajmy o tym, ale inaczej. Innym tonem. - Bez darcia się na siebie, bez panicznych szlochów, bez odgrzebywania najczarniejszych myśli w sposób, który ich ranił. Z uwagą i dotykiem drugiej strony na całym ciele. Te emocje sprzed chwili musiały runąć, nie mógł tkwić zamknięty w ich kajdanach już na zawsze. - A potem chodź spać, twój kolega czeka, aż go dobrze wytulisz do snu, kiedy on będzie cię uspokajał. - I chciał zabrzmieć jak, jakby pocałunki w czoło i bycie zamkniętym w cudzych ramionach miało być najlepszym lekarstwem na to wszystko, co się z nich przed chwilą ulało. No bo w jego świecie tak rzeczywiście było. - O której wstajesz do pra... - Znowu przerwało mu pukanie. Zmarszczył brwi, puszczając go. - Eh, ale się dziad zdenerwował... - Tym razem to on ruszył do tych drzwi i otworzył je, zaczynając już pełną frustracji litanię: Której części „dobrej nocy” nie zrozumia-

I urwał nagle. Bo tam wcale nie stał już ten typ. Stał tak rozzłoszczony, z grzyweczką opadającą na oczy, wpatrując się w... naprawdę przystojnego policjanta. Zamarł, bo zdążył już oprzeć się o te drzwi w dość sugestywny sposób, a spocony stróż prawa ledwo wyrecytował swoją formułkę.

- Dobry wieczór, sierżant Albert Simm z policji metropolitarnej. Przyjechaliśmy tu na zgłoszenie o hałasie i kłótni. Czy mogę wejść do środka porozmawiać z panem?

Okazał mu nawet swój dokument, zaraz obok błyszczącej, mugolskiej odznaki, na co Bell odchrząknął i zaśmiał się nerwowo.

- A niech mnie, gdybym wcześniej wiedział, że komenda w Islington zatrudnia takich policjantów, to zgłaszałbym każdą staruszkę przechodzącą przez jezdnię w niewłaściwym miejscu.

To jeszcze bardziej go skołowało, a blond czupryna musiała skontrastować z ledwo widocznym w tej ciemności, ale mocnym rumieńcem.

- To jest... - powiedział dokładny adres mieszkania, w którym się aktualnie znajdowali - tak? Czy p-pomyliłem piętra...?

Nie przestał go gnębić, bo to przecież była idealna okazja, żeby sobie ulżyć po tym stresie.

- Wydaje mi się, że pomyliłeś, bo ja już mam chłopaka.

Wyjrzał za niego, żeby sprawdzić, czy ten sąsiad dalej tam był.


Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.

My mind is a hall of mirrors.
Keeper of Secrets
I am not actually tired, but numb and heavy, and can't find the right words.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Mierzący 182cm wzrostu Cain jest przeciętnej budowy osoby, która coś tam ćwiczy - nie chudy, nie wielce umięśniony. Ma ciemnobrązowe włosy i oczy barwy burzowych chmur, tak ciemne, że z daleka mogą wydawać się czarne. Jego zainteresowane otoczeniem spojrzenie podkreślone jest wiecznymi worami pod oczami.

Cain Bletchley
#33
03.02.2024, 02:22  ✶  

To, co chcesz od kogoś, a co ten ktoś nie może ci dać. Dlaczego tego nie może? Bo nie chce? Bo cię AŻ TAK nie kocha? To tak nie działało i nigdy nie było takie proste. Cain o tym wiedział cholernie dobrze, dlatego właśnie to było takie słodkie kłamstewko, w jakim żył. Odsuwał to od siebie, odsuwał jak najdalej, nie musiał o tym myśleć, na to patrzeć. Mógł manipulować nawet samym sobą, ale na końcu tej ścieżki tajemnic, gdzie już posypią się nasze czarno-białe pióra odkryjemy, że nie ma tu boskości. Że jesteś przede wszystkim istotą ludzką. Ten ból był kałużą wody, po której sunęły zaschnięte liści, a skoro Cain był z niej zbudowany to musiał być przeźroczysto-oczywisty. Z tym, że oczywistości nigdy nie wpisywały się w encyklopedię człowieczeństwa, kiedy to emocje stanowiły klucz do jego zrozumienia.

- Dlatego nazwałem to ładnym kłamstwem. - Chciał posłuchać o jego nowym domu, nowych znajomych, właściwie to nie mieli jeszcze na tyle czasu, żeby wszystko nadrobić. A Cain chciał nadrabiać. Był tego żarłoczny. Żarłoczny na wiedzę o nim, na wszystko, co z nim związane. Jego masochistyczna miłość, która przetrącała mu żebra i wciskała je w bebechy. Jego sadystyczna miłość pozwalająca się niszczyć, gnieść i jęcząca przy tym w podnieceniu, bo przecież sama się tego dopominała. Tak, miał rację. Gdyby położył na nim dłonie, zsunął je niżej, odpiął jego pasek, gdyby zjechał pocałunkami na jego klatkę piersiową, gdyby ubezwłasnowolnił go swoimi pieszczotami w tamtej jednej chwili, niedługo po tym, jak tu dotarł, to sytuacja wyglądałaby inaczej. Byłoby więcej opamiętania w nim samym - dla jego Obsesji i dla samego siebie. Ale Fleamonta to nie satysfakcjonowało, tak jak Caina nie satysfakcjonowała połowiczność tego wszystkiego. Niby jego czas i wspomnienia po cofnięciu się znów zostały pobłogosławione przyciskiem "play", ale musiał naciskać ciągle guzik "przyśpieszenie 0,5". Inaczej chyba nie mógłby funkcjonować. Chciał obedrzeć tego człowieka ze skóry, ubrać się w nią, chciał rwać jego włosy, wykroić serce z piersi i wgryźć się w nie. Chciał szaleństwa i chciał absolutnej łagodności. Przecież to serce wyciągałby z wręcz nabożną czcią. Ta wiwisekcja żywego człowieka nie była aż tak chora, żeby dosłownymi wizjami wciskać się do jego głowy, bo przecież fizycznie mógł co najwyżej ugryźć go do krwi albo do tej krwi podrapać. Zostawić za dużo siniaków. Ale mentalnie, och, kochany... Emocjonalnie i mentalnie nie było takiego narzędzia, którym nie chciałby pracować nad Fleamontem Bellem. - Nie potrafię stawiać przed tobą takich żądań, bo chcę, żebyś był szczęśliwy. Nie potrafię o takie rzeczy pytać, bo gdybyś mi odmówił byłbym bardzo nieszczęśliwym człowiekiem. Nie wszystkiego powinno się żądać od ludzi. Szczególnie tych, na których zależy ci najbardziej. - Przybrał ten mentorski ton, nawet ten specyficzny ton głosu, kiedy mówił do Flynna rzeczy prawie tak, jakby... może tak, jak stary człowiek mógł młodemu chłopcu opowiadać o swoich mądrościach nabytych w pustelni. Cain żył wśród ludzi, ale ludzi nie widywał wcale. Sylwetka człowieka była drzewem, którą niewyraźnie mijałeś jadąc pociągiem. - Ugh... znam się na twoim chuju, a nie na związkach i ich problemach. Nie potrafię znaleźć odpowiednich słów. - Nie chciał, żeby Flynn zaraz znowu to odebrał jakoś dziwnie, żeby pomyślał, że to dalej ZRYWANIE, albo że Cain go nie chce, że to gdzoieś podprogowo próbuje mu przekazać... nawet nie potrafił sobie wyobrazić, co Flynn MÓGŁBY pomyśleć. Co mógłby wyłuskać z jego bardzo nieudolnego próby powiedzenia, że zależy mu na nim tak bardzo, że nie chce go ograniczać. Że... och, no właśnie... - Zawsze chodziłeś swoimi ścieżkami. Nie chcę cię ograniczać. Ale w swoim egoizmie chciałbym cię tylko dla siebie. - Tak? Czy tak było to zrozumiałe? Doznał jakiegoś malutkiego oświecenia. Chyba tak było dobrze.

To był trudny temat, szczególnie trudny, kiedy głowa nie pracowała, jak należy. Cain zatrzymał się w półkroku czując dotyk Flynna, spojrzał na niego półprzymkniętymi oczami, po których widać było wysiłek, jakim było utrzymanie skupienia i ból, który się z tym wiązał. Złapał go za tę dłoń, kiedy miała się prześlizgnąć i przytulił go. Tak mocniej. Tak czule. Uścisk misia.

- Masz fetysz przepoconych ubrań? - Są różne dziwne rzeczy, które przychodziły ludziom do głowy i różne dziwne rzeczy, jakie można mówić w dziwnych sytuacjach. A że mózg Caina działał bardzo długą drogą skojarzeń sięgającą nawet lat wstecz, to potem potrafiły powstać takie rzeczy. No bo czemu on to ubrał, przecież chciał mu dać ubranie..! Ale nie dał czasu na odpowiedź, bo zaraz puścił go i udał się do tych drzwi, żeby zniecierpliwiony sąsiad nie musiał dobijać się więcej. Nawet nie połączył tego, że dźwięk samochodu o tej godzinie był sygnałem, że to może nie być jedyny gość tego wieczoru. On teraz niewiele łączył, bo cały ten bzyczący ul skupiony był na Flynie i na to, jak wiele rzeczy powiedział źle i jak wiele powinien poprawić. Bardzo chętnie zacisnął swoje palce na dłoniach. Bardzo chętnie dał się poprowadzić. Jego wizja była tunelowa - tylko Flynn. Mógłby go wyprowadzić z domu i wyrzucić na śmietnik, pozwoliłby mu na to. Zamiast tego ten wolał go wyrzucić do sypialni. Na łóżko. - Wytulę. - Zgodził się jak grzeczny szczeniaczek, który zaraz zacznie machać ogonkiem. Ale nie miał ogonka - dlatego tylko pomachał głową. Twierdząco. Było fajnie. Miało być fajnie... będzie, tylko jeszcze przeszkoda.

Zazdrość. Zazdrość była Cainowi kompletnie obcym uczuciem. Obcym przez pryzmat samego siebie, bo przez pryzmat innych ludzi znał go doskonale. Rozumiał, wiedział, z czego wynika i było to jedno z tych uczuć, które WIEDZIAŁ, że się pojawią, kiedy tylko zobaczyłby kogoś obok Flynna. A już na pewno kiedy Flynn będzie się wdzięczyć do jakiegoś... aż z jego gardła wydobył się niezadowolony pomruk, który był zmemłanym przekleństwem. Dobrze, że zostawił na stole różdżkę, albo dobrze, że już mu się jebało w głowie.

- Przepraszam za ciszę nocną. ZNOWU. - Ile można, kurwa, przepraszać? Jak potrzeba to i milion razy. Cain mógł mówić każdemu to, co chcą usłyszeć, żeby tylko dali mu to, czego chce on. Ale mógł też pierdolić trzy po trzy, żeby ludzi wkurwiać i żeby już niczego nie chcieli od niego. Cain objął Flyna od tyłu i oparł mu podbródek na barku, patrząc na tego policjanta, który zaraz gotów był tutaj chyba dołączyć do grona spoconych mężczyzn. Odetchnął ze znużeniem. - Jeżeli przyszedł pan na trójkąt to już za późno. Pewnie stąd te skargi...

- A... aha... to... ja nie będę panom przeszkadzać. Cieszę się, że... sytuacja się uspokoiła. - Uśmiechnął się nawet i chyba miał to być sympatyczny uśmiech. Aleee coś nie wyszło. Nie do końca. - Chociaż... powinienem panów wylegitymować. Pryzbyłem tu, oficjalny patrol, dokumenty muszą się zgadzać...



• • •
Sarkazm (rzeczownik) - środek przeciw idiotom. Dostępny bez recepty.
Architekt Ścieżek
Up, below, so far
Nothing happens in the dark

Are you still afraid?
wiek
32
sława
IV
krew
mugolak
genetyka
—
zawód
akrobata cyrkowy, wynalazca
Wyzywająco ubrany mugolak, od razu sprawiający wrażenie ekscentrycznego (w wyraźnie prowokatywny sposób) lub wywodzącego się z nizin społecznych. Ma 176 centymetrów wzrostu. Ciemnobrązowe oczy. Włosy czarne, kręcone - w gorsze dni chodzi roztrzepany i skołtuniony, w lepsze, po zastosowaniu Ulizanny na mokre strąki, wygląda tak bajecznie, że masz ochotę zatopić palce w puszystych loczkach. Ma przebite uszy i wiele tatuaży. Najbardziej charakterystyczne z nich znajdują się na plecach (wielkie, anielskie skrzydła) i kroczu (długi, chiński smok oplatający jego przyrodzenie i uda). Do tego ma wiele blizn od ran kłutych i zaklęć, a także samookaleczeń. Sporo z nich to ślady po przypalaniu papierosami. Ze względu na daltonizm monochromatyczny ubiera się wyłącznie na czarno. Przy pasku nosi sznurki, łańcuchy, noże, czasami kombinerki i inne narzędzia, których używa do pracy. Jest człowiekiem bardzo wysportowanym, jego ciało jest wyrzeźbione, ale nigdy nie skupiał się na budowaniu masy i siły mięśniowej. Ma 32 lata, ale uzależnienie od substancji odurzających i alkoholu sprawia, że jest wizualnie o kilka lat starszy.

The Edge
#34
06.02.2024, 00:38  ✶  
- Hmph.

Tak skomentował to jego „ładne kłamstwo”. Żadne to było kłamstwo, skoro mówił o tym otwarcie. No... Mógł też tego po prostu nie rozumieć.

A ten mniej interesujący go stróż prawa... Cóż, wykonywał swoją pracę, ale mógłby już sobie iść. Pewnie wystarczyło rzucić na niego proste zaklęcie, ale Flynn był w dziedzinie kontroli umysłu piorunująco beznadziejny jak na to, ilu osobom zawrócił w głowie.

- Panie Simm, spisze pan nasze papiery, to nas pan wpisze na listę ucisku policji metropolitarnej. Nie musi mi pan cytować prawa, w dupie je mam. Wiem, że powinienem czuć się bezkarny od przynajmniej pięciu lat, ale oboje wiemy, jak wygląda rzeczywistość. No, chyba że muszę panu przypominać to stało się w styczniu w Louis. Albo przed chwilą, kiedy nasi sąsiedzi zadzwonili po pana, bo za głośno jęknąłem. Będziemy już cicho. Naprawdę nie ma pan czegoś lepszego do roboty o tej godzinie?

Simm wpatrywał się w nich w milczeniu. Głęboko się nad czymś zastanawiał, nad czymś, czym nie miał zamiaru podzielić się z ich dwójką. Ostatecznie, po skinięciu głową, poprawił czapkę i bez słowa obrócił się w kierunku klatki schodowej.

- Dziękuję.

Simm zatrzymał się w połowie kroku, żeby posłać im ostatnie tej nocy, pełne zmieszania spojrzenie.

- Dobranoc - rzucił jeszcze, a później zniknął na schodach kamienicy.

- Dobranoc.

Zamknął drzwi. Następnie odwrócił się i spojrzał na Caina. Przed chwilą powiedział mu porozmawiajmy, ale nagle nie miał nic do powiedzenia. Ja też cię kocham, zdawało się brzmieć tak pusto po tym wszystkim, czym przerzucali się przed chwilą. To nie było coś, czym człowiek wymieniał się z oczyma spuchniętymi od płaczu, a przynajmniej nie wtedy, kiedy źródłem łez była osoba, której chciało się ofiarować to wyznanie. Żyła w nim chęć rozbicia tego co powiedział Bletchley, rozerwania tej beznadziejności na strzępy, uczynienia jej czymś mniej rzeczywistym - ale jak miałby to zrobić? Chłopak powiedział mu oddychając ciężko jasny przekaz - chciał mieć go na wyłączność. Jasne, że mógł powstrzymać się przed wskakiwaniem innym do łóżka (no... przynajmniej tak myślał, bo nie widział swojej karty postaci), ale miał rację - nie zostawi dla niego Alexandra. I chociaż wiedział, że jest w stanie kochać dwie osoby jednocześnie i nie ma w tym choćby cienia fałszu, to... Inni tak nie myśleli. Już się tego nauczył, dla innych to był najważniejszy element bycia z kimś w bliskiej relacji... Nawet on czuł to czasami. I to zajebiście mocno wszystko komplikowało.

Miał rację. Był problemem. Przynosił mu kłopoty. Był jak używka, a Flynn nie potrafił walczyć z uzależnieniami. Ledwo powstrzymywał się od narkotyków, bo tak ciężko było się bez nich skoncentrować. Narkotyki były jak twój kochanek, zrywałeś z nim z dobrego powodu, rozumiałeś ten powód, znałeś zasady gry - ale to i tak było tak cholernie trudne, bo wciąż go kochałeś. A twój były kochanek był jak...

To jest nieskończona pętla. Pętla zaciskająca się na szyi jak lina szubienicy.

Ale człowiek nie mógł pływać nie ryzykując utonięcia w głębinach.

Mimo wszystko, uśmiechnął się, tylko trochę smutno. Myślami próbował odszukać czegokolwiek, jakiegoś punktu zaczepienia, żeby przerwać tę ciszę. Tylko ta cisza jakoś nie chciała zostać przerwana, przywarła do tej chwili i nie chciała uciec. Złapał go więc za rękę, w ten sam sposób co przed wizytą policjanta, i pociągnął go do tej sypialni. Był cholernie zmęczony. Pełnym emocji spotkaniem, seksem, płaczem, krzykiem. W dodatku dwóch obcych facetów pukających do drzwi jeden po drugim uczyniło tę scenę iście surrealną.

- Nie odpowiedziałeś mi na którą masz do pracy - przypomniał mu, chociaż dziwnie było zakładać, że zapomniał. Prędzej założyłby, że to jemu umknęła odpowiedź, bo był skupiony na czymś innym. Powinien więc powiedzieć „nie usłyszałem”, ale było mu to jakieś dziwnie obojętne. Chciał tylko wiedzieć, czy obudzi się rano mając go obok, czy przywita go widok pustej poduszki. Trochę nie rozumiał w sobie egzystowania jako największy leń tego kraju, jednocześnie uganiając się za pracoholikami. Ale może to był klucz? I Cain i Alexander i Fontaine - wszyscy mieli swoje zajęcia, życie i obowiązki. A kiedy... Kiedy się bawili? Z nim, to na pewno. Kiedy jeszcze? - Jak weźmiesz dwa dni wolnego pod rząd, to możemy pojechać w fajne miejsce.


Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.

My mind is a hall of mirrors.
Keeper of Secrets
I am not actually tired, but numb and heavy, and can't find the right words.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Mierzący 182cm wzrostu Cain jest przeciętnej budowy osoby, która coś tam ćwiczy - nie chudy, nie wielce umięśniony. Ma ciemnobrązowe włosy i oczy barwy burzowych chmur, tak ciemne, że z daleka mogą wydawać się czarne. Jego zainteresowane otoczeniem spojrzenie podkreślone jest wiecznymi worami pod oczami.

Cain Bletchley
#35
06.02.2024, 02:09  ✶  

Chciał myśleć, że zaakceptowałby Flynna. Oszukiwał się, że by to zrobił. Oszukiwał się, że będzie mu w pełni dobrze, kiedy ta relacja będzie taka, a nie inna, że niczego nie trzeba zmieniać. Skoro tyle lat oszukiwał samego siebie, że może trzymać emocje na całkowicie wyrównanej płaszczyźnie, gdzie nie sięgnie cię zaślepiona ich przebłyskiem ocena sytuacji i ludzi, to mógł teraz poszukiwać siebie samego, że tutaj będzie happy end. Budząc się rano mógł spoglądać w lustro, żeby przeczesać grzebieniem włosy, zastanowić się, czy dziś zielonooka śmierć zajrzy w jego okienko i zastuka, żeby jej otworzyć, a potem przejść z tej obojętności do uśmiechu i myśli, że może dzisiaj przyjdzie Flynn i znowu będzie mówił wszystkie te dziwne rzeczy. Będzie go zachwycał swoją wiedzą i tym, jakie głupoty potrafił mówić. Jaki był słodki, jak gdzieś się motał i jak wymagał przytulenia do piersi, kiedy robiło mu się źle. Widział każdą z tych scen - scen przeszłości. Korzystał jednak z wyobraźni, by pomalować świat. I będzie się znowu zastanawiał, w głębi ducha kręcąc głową, czemu nie potrafił sobie poradzić z tym człowiekiem i dawał się tak omamiać. Ku własnej przyjemności i ku jego! Nie miał co do tego wątpliwości. Jego wątpliwości czasem dotyczyły tego, czy na pewno to wszystko jest... prawdziwe. I gdzieś w tym punkcie wpadał w koło, w którym przekonywanie samego siebie, że rzeczywistość może być rozjaśniona dobrymi uczuciami, zamieniało się we wrażenie, że to kłamstwo. Że jeśli zrobi zły krok to wszystko pęknie. Mógłby dziś powiedzieć sobie samemu: miałem rację! Nie, nie miał. To było bardziej jak samospełniająca się przepowiednia i tego również był świadom. Łatwo było opisywać ludzi ołówkowym szkicem, kiedy spoglądało się na ich akcje jako osoba trzecia. Kiedy sam uczestniczyłeś w tym spektaklu nic nie było już takie proste.

Teraz już sam wręcz pociągnął Flynna do sypialni, zaciskając palce na jego dłoni za mocno, ale sam tego nie czuł. Ten zacisk był impulsem przechodzącym przez ciało, raz mocniejszy, raz słabszy. Ciągnął swój Narkotyk, kiedy Narkoty ciągnął jego. Ten krótki wycinek z dwóch wizyt był irracjonalny. Wbijał się w rzeczywistość, ale Cain już nie potrafił nawet zachowywać się, jakby to w pełni rejestrował. Za to rejestrował, że już nie chciał żadnych gości, żadnych pytań i żadnych kłopotów. Chciał do łóżka. Bardzo chciał do łóżka. I chciał przytulić ten Narkotyk, żeby chociaż teraz nie zniknął z jego życia. Ta smutna mina, smutny, samotny uśmiech Flynna uderzył w jego serce. Puścił jego dłoń, rozluźnił te palce. Brakowało temu ruchowi płynności, bo trochę średnio kontrolował teraz napięcie własnych mięśni. A jednak przesunął się tak, by Flynna objąć całym ramieniem, przycisnąć go do swojego boku i ułożyć głowę na moment na jego głowie.

- No już, już... - Tyle płakał, miał takie czerwone oczy, był taki zmęczony na twarzy, a on miałby pozostać wobec tego obojętny? Powinien teraz czuć wyrzuty sumienia, że w ogóle doprowadził go do tego stanu i wiedział, że one przyjdą, ale rano. Och, zgrozo... potrafił rzucać zaklęcia Zauroczeń na Brennę, nie ufając jej zachowaniom przy emocjach, żeby zrobiła to, co on sam uważał za słuszne, ale zupełnie nie potrafiłby zachować się tak w stosunku do Flynna. Miał dla niego zupełnie oddzielną dawkę swojego umysłu, serca i ducha. - Przepraszam, Flynn. - Pocałował go w czubek ciągle wilgotnych włosów, które zaczynały robić co chciały. Och, naprawdę podobały mu się te włosy. Normalnie zamarudziłby, że może jednak Flynn by się przebrał, ale sam był tak skrajnie wykończony, że nie powiedział nawet słowa. A wręcz chętnie uwalił się razem z nim na to łóżko i tylko na moment się uniósł, żeby poprawić pościel, cienką, ale ciagle otworzone okno wychłodziło mieszkanie. Nakrył nią nogi Flynna, jakby to była najważniejsza czynność tego świata, swoje, a potem objął mężczyznę jak pluszowego misia, w którego można się wcierać i tulić do niego, ile tylko się tego zapragnie. Bo kto ci zabroni?

- Mhmmm... - Potwierdził, że owszem, nie odpowiedział. I fakt, Cain bardzo lubił hasło "zapomniałem", tutaj prawie też je powiedział, czysto automatycznie. Słowo "zapomniałem" było wygodne. Ale Flynn zdecydowanie na nie nie zasługiwał. - Idę nic nie robić o 8... - Pracoholizm. Cain nie powiedziałby tak o sobie, a jednak gdyby ktoś mu to wytknął to w zasadzie... nie miał linii obrony. Kiedy ostatni raz brał wolne w innych sprawach, niż po to, żeby pracować na boku, dla Zakonu? Albo żeby w kryzysie pomóc krewnym? Tutaj mógłby powiedzieć: nie pamiętam! Pamiętał. Trochę za dawno jak na zdrowe funkcjonowanie. Bo przecież jeśli nie pracujesz to możesz albo się wyłączyć, albo pozwolić, żeby dogoniła cię twoja własna głowa. A na to sobie Cain nie chciał pozwalać. - Dobrze. Wezmę dwa dni wolnego. - Nawet nie było w tym zająknięcia, zastanowienia dłuższego. Rozchylił powieki, żeby spojrzeć na twarz Flynna. - Wiesz Flynn, czego najbardziej bym chciał? - I to chyba było to, czego nie dało się przynieść w zębach. - Żebyś był szczęśliwy, gdziekolwiek byś nie był. Nie ma nic gorszego niż twoja smutna, zapłakana twarz. - To gniotło serce. Tylko, no właśnie, czasem szczęście było prawdziwie nieosiągalną ideą. Szczególnie, kiedy ktoś nie mógł tego szczęścia osiągnąć twoim kosztem. - Mogę cię jeszcze obcałować przed snem, słyszałem, że ślina dobrze robi na karnacje. - I właściwie nie czekając na odpowiedź ucałował jego czoło i policzki, które były słone od łez.



• • •
Sarkazm (rzeczownik) - środek przeciw idiotom. Dostępny bez recepty.
Architekt Ścieżek
Up, below, so far
Nothing happens in the dark

Are you still afraid?
wiek
32
sława
IV
krew
mugolak
genetyka
—
zawód
akrobata cyrkowy, wynalazca
Wyzywająco ubrany mugolak, od razu sprawiający wrażenie ekscentrycznego (w wyraźnie prowokatywny sposób) lub wywodzącego się z nizin społecznych. Ma 176 centymetrów wzrostu. Ciemnobrązowe oczy. Włosy czarne, kręcone - w gorsze dni chodzi roztrzepany i skołtuniony, w lepsze, po zastosowaniu Ulizanny na mokre strąki, wygląda tak bajecznie, że masz ochotę zatopić palce w puszystych loczkach. Ma przebite uszy i wiele tatuaży. Najbardziej charakterystyczne z nich znajdują się na plecach (wielkie, anielskie skrzydła) i kroczu (długi, chiński smok oplatający jego przyrodzenie i uda). Do tego ma wiele blizn od ran kłutych i zaklęć, a także samookaleczeń. Sporo z nich to ślady po przypalaniu papierosami. Ze względu na daltonizm monochromatyczny ubiera się wyłącznie na czarno. Przy pasku nosi sznurki, łańcuchy, noże, czasami kombinerki i inne narzędzia, których używa do pracy. Jest człowiekiem bardzo wysportowanym, jego ciało jest wyrzeźbione, ale nigdy nie skupiał się na budowaniu masy i siły mięśniowej. Ma 32 lata, ale uzależnienie od substancji odurzających i alkoholu sprawia, że jest wizualnie o kilka lat starszy.

The Edge
#36
06.02.2024, 03:28  ✶  
Nie oczekiwał tych przeprosin. Tak naprawdę to on ich wcisnął w tę spiralę rozpaczy, a Cain to tylko dobił dobitną szczerością, ale... no skłamałby jeśli by powiedział, że go to nie cieszyło. Bo „przepraszam” to było takie magiczne słowo. Nie zawsze oznaczało przyznanie się do pomyłki, cofnięcie swoich słów... Czasami oznaczało tylko i aż tyle, że ktoś przedkładał relację z kimś ponad swoje ego, ponad potrzebę posiadania ostatniego słowa i... Flynn potrzebował takich ludzi. Ludzi, którzy ulegali. Ludzi, którzy nie robili mu pod górkę, tylko płynęli dalej z jego głupotą, bo tak naprawdę to z kim innym miałby się dogadać? Ze złoczyńcami ze Ścieżek? Chyba pora pogodzić się z myślą, że się nigdy nie było prawdziwym łotrem, tylko jakimś dziwacznym ekscentrykiem, co zgubił drogę. Był durniem, dziwakiem pasującym do Fantasmagorii o wiele bardziej niż myślał. Robił z siebie tak poważnego chłopaczka, a przecież tam nic nie było poważne i ten brak powagi właśnie czynił to miejsce tak akceptującym jego nawet najbardziej skrajne działania. Im niżej na Ścieżki się schodziło, tym czarniejsze były ludzkie dusze. Ludzie śmierdzieli tam taką spalenizną, jakby siedzieli przy ognisku czekając, aż ziemniaki się upieką i po pierwsze - jak bardzo się trzeba było upodlić, żeby tak skończyć, on by nigdy tego nie zrobił, a po drugie - do diabła, skąd to porównanie? Ziemniaki? Nie, on nigdy nie będzie normalny, ostatnie szare komórki w jego głowie zgasły tego dnia, kiedy zapytał swojego dilera, dlaczego sprzedaje zawinięty w sreberko cukier.

Chyba sobie nie zasłużył na te pocałunki w czoło, na te pocieszające gesty i na tę miłość. Chyba na pewno. Nie zmieniało to jednak faktu, że chciał je mieć, więc zagarnął to wszystko - to jest Caina - w swoje zachłanne łapy kiedy tylko mógł się obok niego położyć. Ten chłód sprzed chwili można było pokonać, trzęsienie się obolałych od stresu kończyn też - potrzebował jeszcze kilku kropel uczucia, kilku sekund tych wpatrzonych w niego oczu i kilku godzin snu. No dobrze - kilkunastu. Dlatego pytał o tę godzinę wstania, bo sobie mówił, że wstanie z nim. Tym razem z nim wstanie, nie będzie spał do południa...

- Wyśpisz się chociaż trochę...? - Dla niego taki tryb życia był nienormalny. Wstawać konkretnej porze. Albo o wschodzie słońca... Żyjąc pod ziemią, rozregulował to sobie zupełnie, a po powrocie do cyrku wszyscy uznali to za jego fioła i zaakceptowali to jak gdyby nigdy nic, więc zostawiali mu śniadanie i żyli własnym życiem, nie spodziewając się zobaczenia go wczesną porą poza dniami kiedy wracał po pijaku.

Strasznie dużo było tych informacji... On na pewno chciał o tym słyszeć, miał mu o tym opowiadać? O takich kompletnych pierdołach, jak to, kiedy ukradł Jimowi dzwon kościelny z jakąś blondynką, albo o tym, że jego siostra była zaginioną księżniczką Romanowów...?

- Tylko nie w weekendy. W weekendy są występy, a jak nie ma występów to i tak każą mi ćwiczyć na trapezie.

Czy on wiedział, co to jest trapez? To było tak cholernie dużo spraw, które wydawały mu się totalnie od czapy, bo obdzierało go to z tych wszystkich warstw enigmatyczności. Wielki pan Crow z tych ciemnych, strasznych korytarzy, też był człowiekiem. Takim samym jak wszyscy, a może nawet gorszego sortu.

Zostawi to na jutro, albo na kiedyś.

- Wiem, że powiedziałem, że zrobię dla ciebie wszystko, ale nie możesz poprosić o coś łatwiejszego? O pokój na świecie, albo o lek na likantropię? - Zaśmiał się, tym razem bez tego smutku. Znów atakował samego siebie, ale ten śmiech był szczery. A później ujął jego twarz w dłonie i sam go pocałował, z czułością i ciepłem, jakie potrafił dawać, ale też wyczuwalnym zmęczeniem. Nie porozmawiali wcale. Ewentualnie tego nie pamiętał. Był pewien, że obudził się na kilka sekund, kiedy zmieniali pozycję i przykrył Caina kołdrą, dociskając się do niego, jakby od tego zależało jego życie, ale następnym wyraźnym wspomnieniem była już... godzina dwunasta?! Oczywiście, że nie wstał. Miał tylko nadzieję, że nie mówił nic przez sen, jeśli Bletchley próbował go dobudzić, bo plótł wtedy takie straszne farmazony i... żałował trochę, ale nie mógł na to nic poradzić - musiał wracać do Little Hangleton.

Koniec sesji


Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.

My mind is a hall of mirrors.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Cain Bletchley (14318), The Edge (14098)


Strony (4): « Wstecz 1 2 3 4


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa