Czy można powiedzieć, że nie lubi się emocji? Bo głowa Caina wyprodukowała takie zdanie, kiedy siadał na krześle. Siadanie to ładny eufemizm na to, jak szurnął nogami po podłodze i jak zwalił na nie ciężar swojego ciała. Z niektórymi rzeczami nie dało się wygrać, tak było też z grawitacją. Flynn pewnie czuł to samo pulsowanie w skroni i mimo wybuchu i emocji również starał się hamować swoje. Starał się... kurwa, no przecież on się zawsze starał. Zawsze. Przecież starał się i był uroczy do tego stopnia, że ten zdradliwy mózg Bletchleya płodził kolejne diabły zwane dziećmi. Zajmowały się kolejno myślą o tym, że powinien postarać się bardziej, że nie zasłuży na tego niezdrowego człowieka z całą listą problemów, że go skrzywdzi, że go zrani, wszystkie "ale" przesuwały się przed oczami jak mrówki idące równym pasem. Niby każda mrówka była inna, ale ludzkie oko i tak ich od siebie nie rozróżniało. Pojawiał sie tylko zamazany, monotonny pas, na którym przestajesz się skupiać. Nie ma na czym. Przecież przypatrywanie się tym mrówkom wcale nie zmieni twojego życia na lepsze. Ułożenie się na ziemi i czekanie na zbawienie boskie niby nie do końca leżało w jego jestestwie, a z drugiej strony kładł się spać i czekał. Na ciemność, na ulgę, na wolność. Codziennie leżał i czekał, nawet kiedy siedział w biurze i wyglądał przez okno, albo kiedy gonił za czarodziejem, żeby w najlepszym wypadku wlepić mu mandacik za złe zaparkowanie miotły. Kiedy odwiedzał cmentarz jesienią to mówił: nie ma to jak w domu. Bo nie było domu, do którego pasowałby bardziej niż do tej krainy umarłych pościelonej złotem liści.
Ułożył łokcie na blacie i oparł dłonie na twarzy, na czole. Pochylona głowa zsuwała wokół niego mokre kosmyki włosów. Chłodne, chociaż przysiągłby, że w tej kłótni było piekielnie gorąco i własne włosy powinny go parzyć. Nie parzyły. Chyba stygły w tej ciszy. Huczało mu w głowie, jakby ktoś wciskał w nią gwoździe po każdym uderzeniu gongu. Mocne, blaszane uderzenie, które aż wzdragało. Bardziej już nie mógł napiąć mięśni. Wbijał teraz paznokcie we własną skórę na głowie, na twarzy, zjechał nią w końcu na szyję, na kark. W niekontrolowanych podrygach gotów był sobie wydłubać oczy, żeby potem już nie oglądac siebie samego w tak zjebanych, niekontrolowanych scenach. Mógł się cofnąć - od czego się zaczęło i gdzie popełnił błąd? Gdzie powinien był już wyłączyć emocje, cofnąć się bardziej i zarazem zrobić pięć kroków do przodu, łapiąc Flynna w ramiona? Nie chciał się cofać. Każda minuta tego spektaklu, którego byli głównymi bohaterami - to była ta szpileczka. Te gwoździe dosuwane ciszą. W którejś minucie ciszy pochylił się na tyle mocno, że prawie dotykał czołem blatu.
- Zamieszkaj ze mną. - Podniósł w końcu głowę. W płaczu nie było nic poetyckiego, tak samo jak w seksie. A może w seksie było? Tyle poezji napisano i pięknych i ślicznych gestach, ruchach i westchnieniach, a tymczasem w oczach Caina był wulgarny do granic. Płacz był zaś brzydki i... rozckliwiający. Czerwone oczy Flynna, który starał się zebrać siebie w całość. Ich. Znowu to słowo: starać, starać, starać. Chcieć. Żądać. Bletchley miał ochotę dać sobie w pysk za to, co do Flynna powiedział, za to, że go odrzucił, a jednocześnie jego zdrowa strona, nie objęta miłością, mówiła, że powinien go odepchnąć, że dobrze zrobił. Że nigdy więcej nie powinien już działać tak, żeby tylko na pogłoskę o Fleamoncie lecieć za nim nawet jakby zdychał. Dokładnie tak, jak to opisał Flynn. - Uuuf... - Zamknął oczy, przekrzywił głowę i wykrzywił się. - Moment... potrzbeuję... moment. - Jakby za mało było tych minut, kurwa, chciał to ugłaskać i wyprostować, ale Cain nie bardzo tu zyskiwał na czasie w zdolności swojego ogarniania rzeczywistości. Czy też kompletnej niemożności, bo przecież zachował się jak kretyn, jak dziecko, które nie potrafi nadać odpowiedniego komunikatu. Pochylił się na moment znów, gdy padły przeprosiny, choć to nie była reakcja na to słowo. I nawet nie zarejestrował, że te przeprosiny miały bardzo wąskie pole zastosowania. - Ja też. - Pukanie do drzwi. Cain podskoczył na krześle i zmusił się do oderwania dłoni od własnego ciała, żeby zacisnąć je na blacie i wstać. Pukanie było nachalniejsze. Wymacał różdżkę z kieszeni i trzęsącą się ręką wymierzył ją w tą plamę wina, ale finalnie ją opuścił. Rzucanie czarów w takim stanie mogło nie być najlepszym pomysłem. Rzucił patyk na stół i poszedł w kierunku drzwi, żeby je otworzyć. Albo raczej - uchylić.
- Czy Pan oszalał? Wie Pan, która godzina? - Mężczyzna koło czterdziestki stał przed nim w szlafroku, w niedowiazanych butach, niedogolony. Miał równie czerwone oczy co Cain. Z niedospania? Alkoholu? A może też płakał? Wszystko na raz i tak pasowało do tego, co doprowadziło jego i Flynna do równie kiepskiego stanu. Pewnie gorszego - choć taka myśl nie przemknęła przez jego głowę. Był zdenerwowany. Spotkał swój swego, co?
- Przepraszam, naprawdę nie chciałem pana budzić... - Cain nawet nie myślał o tym, że ma niedopiętą koszulę i że wyglądał jak swoja matka, kiedy miała zły dzień. Albo złą noc. A ta noc przecież nie musiała wcale być taka zła.
- Proszę się zachowywać jak Anglik, a nie jak świnia z obornika. Takie wrzaski z kolegami niech sobie pan urządza poza domem. - Mężczyzna machnął ręką prawie jakby odganiał się od wyjątkowo upierdliwej muchy.
- Jasne. To się nie powtórzy, bez obaw. Dobrej nocy i przepraszam raz jeszcze za jej zakłócenie. - Cain zamknął te drzwi przed nosem mężczyzny, chociaż ten już wyciągał palucha, ewidentnie chcąc sprzedać jakąś mądrość życiową (albo pogróżkę?) i już nabierał tchu w piersi, żeby coś powiedzieć. W ciszy nocy słychać było przekleństwa i coś o "braku kultury". Dopiero, gdy kroki i memranie pod nosem oddaliło się, Cain wrócił do salonu.