25.11.2022, 13:51 ✶
Jak kuchnia była brązowa i ciemna, tak salon wydawał się przy niej niezwykle jasny. Mimo (a może dzięki) cienkim firankom, promienie słońca wpadały do środka i lizały miękki, wzorzysty dywan, drewniany stolik do kawy, wyglądającą na całkiem nową kanapę, litościwie omijając ustawiony przed ścianą w kącie telewizor. To nadal był ten sam ponury i odpychający dom, ale gdyby Brenna nie była widmowidzem, mogłaby się nawet zachwycić miękkością zielonego fotela na którym usiadła i zdobieniami, ciężkiego, drewnianego zegara wiszącego na ścianie. Znalazła się w salonie niezwykle zadbanym, zdradzającym pedantyczną naturę właściciela. Kanapa i fotele wyglądały na nowe, jakby Emily wymieniła je najwyżej kilka miesięcy wcześniej. Było tu również trochę bibelotów: na kominku stał wazon z zasuszonymi kwiatami, na jednej z półek ustawiono trochę zdjęć Lyndona a na szafce pod telewizorem znalazła się kolekcja tańczących, porcelanowych baletnic.
Panowała tu nieco lżejsza atmosfera. Brenna nadal czuła, że jest niechcianym, obserwowanym, znienawidzonym gościem, ale nie aż tak jak na korytarzu i w kuchni. Jakby stosunkowo nowe meble nie zdążyły jeszcze wyrobić sobie o niej jak najgorszej opinii.
W innej części domu, na piętrze, trzasnęły drzwi – może po to by nie poczuła się zbyt pewnie w tym miejscu. W kuchni znowu coś spadło na podłogę.
Raz. Drugi. Trzeci. Czwarty. Piąty.
Na koperty nie rzucono żadnego zaklęcia. Wyglądały na zwykłe, takie które wysyłali do siebie mugole i które otrzymywali mugole – choć może było to mylne pierwsze wrażenie, bo na każdej adres wyglądał tak, jakby go starannie wykaligrafowano piórem i atramentem. Brakowało również znaczka. Chyba ktoś, po prostu wrzucił je przez szparę na listy w drzwiach. W środku Brenna znalazła pieniądze. W pierwszej, tysiąc czterysta funtów w banknotach po sto funtów. W drugiej tysiąc funtów, w identycznych nominałach.
Dom tonął w ciszy. Nie słyszała nawet Stewarda przetrząsającego sypialnię. I może przez tą świdrującą, lepką, namacalną ciszę jej głos wybrzmiał głośniej niż chciała. Przez nią też stawała się czulsza na każdy kolejny dźwięk. Na górze znowu skrzypnęły drzwi.
Brenna usłyszała dochodzącą stamtąd cichą melodyjkę.
Panowała tu nieco lżejsza atmosfera. Brenna nadal czuła, że jest niechcianym, obserwowanym, znienawidzonym gościem, ale nie aż tak jak na korytarzu i w kuchni. Jakby stosunkowo nowe meble nie zdążyły jeszcze wyrobić sobie o niej jak najgorszej opinii.
W innej części domu, na piętrze, trzasnęły drzwi – może po to by nie poczuła się zbyt pewnie w tym miejscu. W kuchni znowu coś spadło na podłogę.
Raz. Drugi. Trzeci. Czwarty. Piąty.
Na koperty nie rzucono żadnego zaklęcia. Wyglądały na zwykłe, takie które wysyłali do siebie mugole i które otrzymywali mugole – choć może było to mylne pierwsze wrażenie, bo na każdej adres wyglądał tak, jakby go starannie wykaligrafowano piórem i atramentem. Brakowało również znaczka. Chyba ktoś, po prostu wrzucił je przez szparę na listy w drzwiach. W środku Brenna znalazła pieniądze. W pierwszej, tysiąc czterysta funtów w banknotach po sto funtów. W drugiej tysiąc funtów, w identycznych nominałach.
Dom tonął w ciszy. Nie słyszała nawet Stewarda przetrząsającego sypialnię. I może przez tą świdrującą, lepką, namacalną ciszę jej głos wybrzmiał głośniej niż chciała. Przez nią też stawała się czulsza na każdy kolejny dźwięk. Na górze znowu skrzypnęły drzwi.
Brenna usłyszała dochodzącą stamtąd cichą melodyjkę.