07.02.2024, 23:52 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 19.10.2024, 20:31 przez Król Likaon.)
adnotacja moderatora
Rozliczono - Samuel McGonagall - osiągnięcie Piszę, więc jestem
29.07.1972
U Lizzy
U Lizzy
Pewnie gdyby pił, dni zlałyby mu się w jedno, ale serce może bolałoby mniej. Pewnie gdyby pił, byłoby mu lżej, ale potem ciężej rano. Picie jednak nie było bezpieczne, picie mogło popchnąć go w miejsca, w których nie chciałby być, mogłoby obudzić w nim rzeczy, które powinny pozostać uśpione.
Przydymiona atmosfera baru U Lizzy sprzyjała rozmyślaniom. Spoglądał na nowo kupioną fajkę i mieszek odpowiednio spreparowanego tytoniu. Któryś z klientów poradził mu palenie na nerwy. Powoli zaczął kojarzyć ich imiona, choć w jego głowie rozpoznawał ich bezimiennie, jak dziki i jelenie, które zebrały się w babrzysku po dniu pełnym znojów.
Lizzy, stara dobra Lizzy nie patrzyła w jego kierunku, ale jej obecność promieniowała matczyną opiekuńczością. Kobieta wiedziała, że Sam i tak nic nie powie, ale doświadczona w takich sprawach, które targały duszą po północy, wiedział też że czasem nie warto mówić. Dlatego po pewnym czasie do nowej fajki dołączył przed młodzieńcem wcale nowy kubek - wysłużony i pełen troski. Pachniał korzeniami i czerwienią winnych gron.
– To tylko syrop. I herbata. Pij, bo straciłeś kolory – powiedziała jakby czytając mu w myślach, a może jego twarz zdradzała więcej, niżby sobie tego życzył. A potem jej uwaga odwróciła się do stukania w okno. – Pączuś? A co tu robisz mała... – zaczęła mówić do wpuszczonego, lekko skołowanego i zmęczonego trasą ptaka, ale niezłomna listonoszka zignorowała dobrą duszę na rzecz mrukliwego blondyna, który już miał upić słodkiego napitku.
Zaskoczony spojrzał na właścicielkę przybytku, potem na słodką sówkę gruchającą do niego przyjaźnie. Zawahał się szarpnięty nagłym przeczuciem, nim sięgnął do nóżki, wolał przywitać się z ptaszyną. Pogruchał go niej przyjaźnie, bo choć oczywiście nie znał języka ptaków, zbyt wiele czasu spędził w ich towarzystwie, by kojarzyć dźwięki, które potrafiły je koić. W przeciwieństwie do przysypiającej już szczątkowej klienteli, wzrok Lizzy utkwiony był w tej niecodziennej parze, a usta jej przypominały wąską linię.
Przełknął ślinę i oswobodził sowę z brzemienia słów, które ze sobą niosła. W absolutnej ciszy, z walącym sercem momentalnie rozpoznał nawet pijany kształt pisma Nory. Nie był pewien, czy to nie wyobraźnia podsunęła mu jej zapach. Umysł zapadł się, zatopił w uczuciu zaciśniętej żelaznej obręczy na sercu. List przywrócił mu kolory zdecydowanie lepiej niż parujący napar, a myśl zatopiła się we wspomnieniu...
...to było tutaj, kilka metrów od miejsca, gdzie siedział, w kuchni Lizzy, gdy Nora stawiała swoje pierwsze cukiernicze kroki. Zawsze ciągnęło ją do ciastek, których teraz Sam nie mógł przełknąć, nie tylko przez wzgląd na wspomnienie o niej. Pamiętał jak stał tuż obok stolnicy, zapatrzony w pracę jej białych palców, gdy z werwą, w akompaniamencie niekończącego potoku rozentuzjazmowanych słów, ugniatała ciasto. Stał obok i słuchał, choć tak na prawdę tylko chłonął, jak liście i kwiecie zwracające się ku słońcu. Jej działania, nawet tak prozaiczne jak ugniatanie ciasta, stawały się dlań prawdziwą sztuką, a słowa muzyka.
Pamiętał jak wyglądała, z lekko rozwianym warkoczem, z kwiatami utkwionymi we włosach, które sam jej tam wsunął. W końcu znów była rumiana i szczęśliwa, opowiadająca o swoim marzeniu, o kursach cukierniczych, o podróżach. Mógł wtedy się przestraszyć. Jak romantyczny kochanek wspomnieć gorzko, że każda miłość kończy się źle, zwłaszcza taka, gdy ptak pokocha rybę. Gdzie będą mieszkać? Na czym zbudują swój dom? To nie miało znaczenia, liczył się ruch jej palców i wspomnienie słodkich opuszków, które kilka godzin temu przemierzały jego spragnioną pieszczoty skórę. Byli wtedy młodzi. Nie zastanawiali się na tym jak bardzo bezsensowne jest ich marzenie.
Dobrze, że przerwał je w czas...
Ale wtedy liczyło się tylko tu i teraz, liczyła się ona i lukier rozmazany na nosie. Pachniało drożdżówką i pieczonymi owocami, a Nora chciała osłodzić im życie. Nie była świadoma, że wystarczała jej obecność, by czuł sens swojego istnienia. Że nie musiała rozpieszczać go wypiekami, choć nie oszukiwał się - jego słońce świeciło dla wszystkich wkoło. A on nie miał prawa być zazdrosny. Nie miał prawa być jej kulą u nogi.
Poczuł coś dziwnego i tu i teraz, w karczmie Lizzy podniósł dłoń do policzka. Nawet nie zauważył, gdy zaczął płakać. Chciał jej napisać to samo, co powiedział jej tamtego dnia, że to nie ona, tylko on ponosi całą winę, to jego korzenie zbyt mocno wrośnięte w knieję. Nie mógł wtedy opuścić rodziców, nie mógł ją pozbawiać marzeń. Gdyby została w Dolinie, znienawidziłaby go. Nie miał prawa...
Groźne drżenie, stukająca łyżeczka o kubek, to szybko przerwało spiralę myśli. Rozluźnił skostniałą rękę zaciśniętą na kartce i szybko chwycił za fajkę. Rozluźniający tytoń sprawił, że młode nienawykłe płuca zareagowały momentalnie kaszlem, ale to przynajmniej skutecznie odwróciło jego uwagę.