08.02.2024, 10:08 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.02.2024, 21:49 przez Brenna Longbottom.)
Znała go trochę za mało, by zauważyć nietypową sztywność, a chociaż nawet ona zauważyła, że poderwał się nieco gwałtownie, zwaliła to na karb ogólnego niezadowolenia z całej sytuacji. Kiedy Luna zaś na górze oznajmiła, że mają tylko jeden pokój, Brenna nawet nie przejęła się specjalnie, tłumiąc tylko westchnienie, i tak zbyt zmartwiona innymi rzeczami, żeby jakoś bardzo zdenerwować się jeszcze tym. Jasne, gdyby więź wciąż działała, zastanawiałaby się teraz poważnie czy jednak nie ma ochoty na mały spacer przez deszcz i błoto, albo czy nie spytać Colette, czy nie mogłaby przenocować jednak u niej. Ale więź została przerwana ręką Alethei, a Atreus miał rację, byli dorośli. Brennie też zdarzało się sypiać obok różnych osób, w różnych warunkach i skoro wzbraniałaby się przed dzieleniem z kimś pokoju chyba tylko, gdyby ten ktoś miał na nazwisko Borgin, nie było sensu protestować teraz. To byłoby niepotrzebne przedstawienie. Mało kulturalny komentarz, że może Flosie z braku miejsca zaproponowałaby Atreusowi własne łóżko, bo wydawała się ku temu całkiem chętna, przebiegł jej przez głowę, ale ani przez sekundę nie zamierzała wypowiadać go do sióstr Binnsówny. Do niego zresztą też nie. Nawet się trochę było jej głupio, że w ogóle o tym pomyślała. Uśmiechnęła się więc tylko do Colette na pożegnanie, zapewniając kobiety, że nie szkodzi.
Rękę pewnie by mu odruchowo podała, a potem spytała, o co do licha chodzi, czy może na przykład chce połamać jej palce, bo uznał, że majstrowała przy tym świstokliku, ale nie zdążyła zrobić ani jednego, ani drugiego. Nie próbowała tej dłoni wyrywać, a gdy wspomniał, że Flosie była zimna, zimniejsza niż on, zmarszczyła lekko brwi, zerkając odruchowo ku drzwiom.
Czasem już o tym zapominała, ale nikt nie miał prawa być równie chłodny, co oni. Nikt żywy przynajmniej.
– Wampirzyca? – zasugerowała. Wprawdzie jej kontakt z Saurielem był krótki i jakoś dziwnym trafem nie miała okazji mierzyć mu temperatury przy żadnej z dwóch bójek, w które się wdali (wolną rękę aż odruchowo podniosła i potarła policzek, na samo wspomnienie tego, jak umiejętnie Rookwood jej przywalił, bo wtedy raczej uwagę zwracał ból niż na to, na ile zimna była pięść, która ten piękny prawy sierpowy wyprowadziła), ale wampir na pewno nie był ciepły.
Tylko czy mógł być zimniejszy od Zimnych?
– Colette i Flosie na pewno nie chodziły do Hogwartu. Może edukacja domowa... jeśli mają tyle lat, na ile wyglądają – mruknęła, bo wszystko to razem stawało się dziwne: brak aury, zimna ręka, fakt że nie kojarzyła zupełnie swojej rówieśniczki, gdy jednak twarze z Hogwartu zapamiętała znacznie lepiej niż Atreus i że anomalie teleportacyjne wystąpiły akurat obok domu Binnsów. Przeniosła aż spojrzenie na okno, przez moment bliska zaproponowania wyjścia przez nie i wyniesienia się stąd, ale padało jakby jeszcze mocniej niż wcześniej, a poza tym...
– Gdyby planowali zrobić z nas kolację, powinni chyba nas rozdzielić. A na pewno dodać coś do tej herbaty – stwierdziła, chociaż w jej głosie brakowało pewności. Ten brak aury był trochę zastanawiający, i chociaż rodzina Binnsów była wesoła oraz przyjazna, wzbudzał podejrzenia. Zwłaszcza przy całej otoczce. – Miałam nadzieję, że może wywaliło nas gdzieś niedaleko Londynu albo Little Hangleton. Zwykłe gdy przydarzają mi się takie rzeczy, to jest cholerne Little Hangleton. – A w obu tych miejscach ktoś mógłby odebrać fale, gdyby wiedzieli, że jest na tyle blisko, aby je posłać mimo ulewy... chociaż tak naprawdę chodziło o coś innego. O to, że rano będzie tłumaczyła się długo i gęsto. – Też chwytałbyś się każdej brzytwy, gdyby rano miała czekać cię egzekucja. Może z całym plutonem egzekucyjnym. Wycieczki na Nokturn, smoki, nieumarli, wszystko jest w porządku, nikt mi słowa nie powie, ale przy zniknięciu świstoklikiem z pracy...
Pokręciła tylko głową, rezygnując z dalszych tłumaczeń, bo przecież nie powie mu, że wiesz, ktoś może uznać, że zostaliśmy zdradzeni, a konkretnie że ktoś wydał ją, i że właściwie owszem, spodziewanie się zamachów na przeciętną brygadzistkę to paranoja, ale gdyby ta druga strona dostała pełne informacje, to już mogliby podrzucić zepsuty świstoklik, nawet nie tyle, by pozbyć się jej, a spróbować coś z niej wyciągnąć. I że po wywiadzie Erika, a potem śmierci Jase’a, sama zmusiła część krewnych i współlokatorów do odmeldowywania się, że niech chodzą gdzie zechcą, z kim zechcą i robią co tylko zechcą, ale dają znać, kiedy znikają na dłużej, by w razie gdyby coś się stało, było wiadomo, w którym momencie reszta musi reagować.
Wyzwoliła palce z jego uścisku, znacznie później niż bh należało, by sięgnąć po różdżkę i zablokować drzwi.
– Na wszelki wypadek. Gdyby jednak ktoś miał ochotę nocą zabawić się w Draculę. To znaczy... wyssać naszą krew – sprostowała zaraz, bo Bram Stoker nie był w świecie czarodziejów tak popularny jak Bard Beedle czy Darcy Lockhart. Omal się nie wzdrygnęła na myśl o Binnsie jako o Draculi, a jego córkach... czterech zamiast trzech wampirzycach.
Rękę pewnie by mu odruchowo podała, a potem spytała, o co do licha chodzi, czy może na przykład chce połamać jej palce, bo uznał, że majstrowała przy tym świstokliku, ale nie zdążyła zrobić ani jednego, ani drugiego. Nie próbowała tej dłoni wyrywać, a gdy wspomniał, że Flosie była zimna, zimniejsza niż on, zmarszczyła lekko brwi, zerkając odruchowo ku drzwiom.
Czasem już o tym zapominała, ale nikt nie miał prawa być równie chłodny, co oni. Nikt żywy przynajmniej.
– Wampirzyca? – zasugerowała. Wprawdzie jej kontakt z Saurielem był krótki i jakoś dziwnym trafem nie miała okazji mierzyć mu temperatury przy żadnej z dwóch bójek, w które się wdali (wolną rękę aż odruchowo podniosła i potarła policzek, na samo wspomnienie tego, jak umiejętnie Rookwood jej przywalił, bo wtedy raczej uwagę zwracał ból niż na to, na ile zimna była pięść, która ten piękny prawy sierpowy wyprowadziła), ale wampir na pewno nie był ciepły.
Tylko czy mógł być zimniejszy od Zimnych?
– Colette i Flosie na pewno nie chodziły do Hogwartu. Może edukacja domowa... jeśli mają tyle lat, na ile wyglądają – mruknęła, bo wszystko to razem stawało się dziwne: brak aury, zimna ręka, fakt że nie kojarzyła zupełnie swojej rówieśniczki, gdy jednak twarze z Hogwartu zapamiętała znacznie lepiej niż Atreus i że anomalie teleportacyjne wystąpiły akurat obok domu Binnsów. Przeniosła aż spojrzenie na okno, przez moment bliska zaproponowania wyjścia przez nie i wyniesienia się stąd, ale padało jakby jeszcze mocniej niż wcześniej, a poza tym...
– Gdyby planowali zrobić z nas kolację, powinni chyba nas rozdzielić. A na pewno dodać coś do tej herbaty – stwierdziła, chociaż w jej głosie brakowało pewności. Ten brak aury był trochę zastanawiający, i chociaż rodzina Binnsów była wesoła oraz przyjazna, wzbudzał podejrzenia. Zwłaszcza przy całej otoczce. – Miałam nadzieję, że może wywaliło nas gdzieś niedaleko Londynu albo Little Hangleton. Zwykłe gdy przydarzają mi się takie rzeczy, to jest cholerne Little Hangleton. – A w obu tych miejscach ktoś mógłby odebrać fale, gdyby wiedzieli, że jest na tyle blisko, aby je posłać mimo ulewy... chociaż tak naprawdę chodziło o coś innego. O to, że rano będzie tłumaczyła się długo i gęsto. – Też chwytałbyś się każdej brzytwy, gdyby rano miała czekać cię egzekucja. Może z całym plutonem egzekucyjnym. Wycieczki na Nokturn, smoki, nieumarli, wszystko jest w porządku, nikt mi słowa nie powie, ale przy zniknięciu świstoklikiem z pracy...
Pokręciła tylko głową, rezygnując z dalszych tłumaczeń, bo przecież nie powie mu, że wiesz, ktoś może uznać, że zostaliśmy zdradzeni, a konkretnie że ktoś wydał ją, i że właściwie owszem, spodziewanie się zamachów na przeciętną brygadzistkę to paranoja, ale gdyby ta druga strona dostała pełne informacje, to już mogliby podrzucić zepsuty świstoklik, nawet nie tyle, by pozbyć się jej, a spróbować coś z niej wyciągnąć. I że po wywiadzie Erika, a potem śmierci Jase’a, sama zmusiła część krewnych i współlokatorów do odmeldowywania się, że niech chodzą gdzie zechcą, z kim zechcą i robią co tylko zechcą, ale dają znać, kiedy znikają na dłużej, by w razie gdyby coś się stało, było wiadomo, w którym momencie reszta musi reagować.
Wyzwoliła palce z jego uścisku, znacznie później niż bh należało, by sięgnąć po różdżkę i zablokować drzwi.
– Na wszelki wypadek. Gdyby jednak ktoś miał ochotę nocą zabawić się w Draculę. To znaczy... wyssać naszą krew – sprostowała zaraz, bo Bram Stoker nie był w świecie czarodziejów tak popularny jak Bard Beedle czy Darcy Lockhart. Omal się nie wzdrygnęła na myśl o Binnsie jako o Draculi, a jego córkach... czterech zamiast trzech wampirzycach.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.