13.02.2024, 14:44 ✶
Odgrywanie scrnariusza z sumy przypadków:Tu mi kaktus wyrośnie
Zmęczony życiem, załamany nim tak naprawdę szukał sposobów na pocieszenie się, a nic nie poprawia humoru tak dobrze, jak nowe odkrycia, kupowanie sobie czegoś i dbanie o siebie. I tak mu się dużo rzeczy w mieszkaniu kończyło, więc tak czy siak z domu musiał wyjść. Poszedł tu, poszedł tam, a wieczorem wypróbował sól do kąpieli, nowy szampon, kupne kadzidła, które wcale nie były lepsze niż jego domowe, a tak się w sklepie chwalili jakie one świetne. Jasne! Mhmm.
Rankiem przeciągnął się leniwie, ziewnął. Zasłonięte zasłony ukrywały go jeszcze przed strasznym światłem dnia, który nadszedł i trzeba się z nim zmierzyć. Nie chciał, bardzo nie chciał. Czuł się paskudnie z każdej możliwej strony, ale musiał coś ze sobą zrobić. Podniósł się z oporem z łóżka i siedział tak kilka minut myśląc i patrząc przed siebie. To wszystko było beznadziejne, dosłownie, bo co teraz? Niby się zgodził z nim, niby mu wierzył, ale... Do tego ten drugi facet, może faktycznie powinien się do niego zapisać raz na jakiś czas, ale czy na pewno potrzebuje pomocy psychiatry? Wariatem nie jest przecież, to tylko przygnębienie chwilowe i z wiadomych przyczyn. Minie. Chyba.
Wstał powoli, rozsunął zasłony, żeby rośliny sobie trochę pojadły słońca i poszedł do kuchni przygotować sobie herbatę. Znów stał i patrzył się przed siebie, gdy woda się gotowała. To wszystko było beznadziejne. Zaraz, już o tym myślał. No tak, wiadomo, myśli się zapętlają na jednej najważniejszej rzeczy, ale nie kłamią, tylko co chwila utwierdzają w żałosnym przekonaniu. Dobrze zrobił. Nie może go trzymać przy sobie tylko dlatego, że tego chce. Nie mógłby żyć w związku, w którym wie, że druga osoba z nim nie chce być, a jest tylko dlatego, że została do tego zmuszona.
-Jakbym go mógł do czegokolwiek zmusić.-wzruszył ramionami, zalewając herbatę i niosąc ją do pokoju, aby odstawić na blat. Wyjrzał przez okno, akurat w momencie w którym listonosz wychodził z budynku.
-Cudownie.-wymruczał niepocieszony. Pociągnął nosem i poszedł do łazienki, wyrzucił stare ubrania do brudnioka, poprawił dywanik i stanął przy zlewie, żeby umyć zęby. Szczoteczka, pasta i cyk do paszczy. Jakoś to będzie, musi być. Uniósł wzrok i natychmiast rozpoznał w nim swoją oburzoną twarz, na widok kaktusa.-No e.-wyseplenił, zaraz, szybko płucząc usta z piany.-No nie nie nie nie.... No nie dzisiaj. Nie w ogóle!-jojczał przez lustrem, próbując odgarnąć włosy na boki, żeby dobrać się do korzonków kaktusa, który natychmiast zakuł go w palce, co wywołało wiązankę przekleństw zakończoną ssaniem opuszek i podróżą do kuchni po plastry. Co teraz? Co teraz?
Rozczesał włosy na tyle na ile mógł i ubrał się, co nie było łatwym wyzwaniem, bo kaktus uparcie zaczepiał się o wszystko co było przekładane przez głowę, więc biała koszula musiała wystarczyć. Stanął przed drzwiami na klatkę, ale kątem oka zobaczył siebie w lustrze.-No tak nie mogę...-zaczął przegrzebywać szafki, szary i szuflady w poszukiwaniu czapki, chustki, czegokolwiek, aż w końcu odnalazł słomiany kapelusz jaki dała mu mama do noszenia, bo: ,,Czasami, jak słońce przygrzeje w Londynie". Tu słońce nigdy nie grzało! Tak czy inaczej założył go... I to nie pomagało za bardzo. Kaktusa widać nie było co prawda, ale kapelusz ewidentnie był za wysoko miejscami nawet lewitując nad głową wilkołaka.
Stał tak przed lustrem, załamany, ale nic więcej zrobić nie mógł... Tu potrzeba specjalisty od włosów? A może ogrodnika? Sam już nie wiedział. Pójdzie do pierwszego, a jak mu nie pomoże, to dopiero wtedy skoczy do drugiego. Więcej z tego sklepu szamponu nie kupi, nigdy! Choć lepiej kaktus na głowie niż reakcja alergiczna.
Zmęczony życiem, załamany nim tak naprawdę szukał sposobów na pocieszenie się, a nic nie poprawia humoru tak dobrze, jak nowe odkrycia, kupowanie sobie czegoś i dbanie o siebie. I tak mu się dużo rzeczy w mieszkaniu kończyło, więc tak czy siak z domu musiał wyjść. Poszedł tu, poszedł tam, a wieczorem wypróbował sól do kąpieli, nowy szampon, kupne kadzidła, które wcale nie były lepsze niż jego domowe, a tak się w sklepie chwalili jakie one świetne. Jasne! Mhmm.
Rankiem przeciągnął się leniwie, ziewnął. Zasłonięte zasłony ukrywały go jeszcze przed strasznym światłem dnia, który nadszedł i trzeba się z nim zmierzyć. Nie chciał, bardzo nie chciał. Czuł się paskudnie z każdej możliwej strony, ale musiał coś ze sobą zrobić. Podniósł się z oporem z łóżka i siedział tak kilka minut myśląc i patrząc przed siebie. To wszystko było beznadziejne, dosłownie, bo co teraz? Niby się zgodził z nim, niby mu wierzył, ale... Do tego ten drugi facet, może faktycznie powinien się do niego zapisać raz na jakiś czas, ale czy na pewno potrzebuje pomocy psychiatry? Wariatem nie jest przecież, to tylko przygnębienie chwilowe i z wiadomych przyczyn. Minie. Chyba.
Wstał powoli, rozsunął zasłony, żeby rośliny sobie trochę pojadły słońca i poszedł do kuchni przygotować sobie herbatę. Znów stał i patrzył się przed siebie, gdy woda się gotowała. To wszystko było beznadziejne. Zaraz, już o tym myślał. No tak, wiadomo, myśli się zapętlają na jednej najważniejszej rzeczy, ale nie kłamią, tylko co chwila utwierdzają w żałosnym przekonaniu. Dobrze zrobił. Nie może go trzymać przy sobie tylko dlatego, że tego chce. Nie mógłby żyć w związku, w którym wie, że druga osoba z nim nie chce być, a jest tylko dlatego, że została do tego zmuszona.
-Jakbym go mógł do czegokolwiek zmusić.-wzruszył ramionami, zalewając herbatę i niosąc ją do pokoju, aby odstawić na blat. Wyjrzał przez okno, akurat w momencie w którym listonosz wychodził z budynku.
-Cudownie.-wymruczał niepocieszony. Pociągnął nosem i poszedł do łazienki, wyrzucił stare ubrania do brudnioka, poprawił dywanik i stanął przy zlewie, żeby umyć zęby. Szczoteczka, pasta i cyk do paszczy. Jakoś to będzie, musi być. Uniósł wzrok i natychmiast rozpoznał w nim swoją oburzoną twarz, na widok kaktusa.-No e.-wyseplenił, zaraz, szybko płucząc usta z piany.-No nie nie nie nie.... No nie dzisiaj. Nie w ogóle!-jojczał przez lustrem, próbując odgarnąć włosy na boki, żeby dobrać się do korzonków kaktusa, który natychmiast zakuł go w palce, co wywołało wiązankę przekleństw zakończoną ssaniem opuszek i podróżą do kuchni po plastry. Co teraz? Co teraz?
Rozczesał włosy na tyle na ile mógł i ubrał się, co nie było łatwym wyzwaniem, bo kaktus uparcie zaczepiał się o wszystko co było przekładane przez głowę, więc biała koszula musiała wystarczyć. Stanął przed drzwiami na klatkę, ale kątem oka zobaczył siebie w lustrze.-No tak nie mogę...-zaczął przegrzebywać szafki, szary i szuflady w poszukiwaniu czapki, chustki, czegokolwiek, aż w końcu odnalazł słomiany kapelusz jaki dała mu mama do noszenia, bo: ,,Czasami, jak słońce przygrzeje w Londynie". Tu słońce nigdy nie grzało! Tak czy inaczej założył go... I to nie pomagało za bardzo. Kaktusa widać nie było co prawda, ale kapelusz ewidentnie był za wysoko miejscami nawet lewitując nad głową wilkołaka.
Stał tak przed lustrem, załamany, ale nic więcej zrobić nie mógł... Tu potrzeba specjalisty od włosów? A może ogrodnika? Sam już nie wiedział. Pójdzie do pierwszego, a jak mu nie pomoże, to dopiero wtedy skoczy do drugiego. Więcej z tego sklepu szamponu nie kupi, nigdy! Choć lepiej kaktus na głowie niż reakcja alergiczna.
![[Obrazek: 1a8549280a6a927c64a6389bc73610d39c6a7b53.gif]](https://64.media.tumblr.com/40ce05de07d75959bae28083554e048e/13802de07f470544-43/s540x810/1a8549280a6a927c64a6389bc73610d39c6a7b53.gif)