Późnosierpniowe słońce prześwitywało przez ciemnozielone zasłony, zasunięte aby jak najdłużej ochronić mieszkającego w pokoju chłopaka, przed nieubłaganymi zakusami rozgrzanej kuli gazowej. Przez większość lata Anglia była dość chłodna, ale właśnie pod koniec wakacji słońce postanowiło dać do palnika i skąpać cały świat w ponad trzydziestostopniowych upałach. Murtagh nie spał więc już od dłuższego czasu, ubrany jedynie w bieliznę i do połowy zamotany w cienką pościel. Śniła mu się kobieta, pokój i śnieg i we śnie czuł ogromne pragnienie, którego w żaden sposób nie mógł zaspokoić. To samo pragnienie obudziło go, ale jeszcze przez dłuższą chwilę nie opuszczał łóżka. Wiedział, że kiedy tylko wyjdzie z pokoju, wciągnie go zwyczajowy gwar domostwa, a on cenił sobie ciszę. Potrzebował ciszy. Tylko wtedy tak naprawdę mógł poczuć natchnienie Weny.
- Wstawaj śpiochu! Idziemy na Pokątną! - dobiegł go podekscytowany pisk siostry, która na chwilę wsadziła głowę do jego pokoju. Wstał więc, nie omieszkując okraszyć tej czynności cierpiętniczym jęknięciem. Jak gdyby sam akt pionizacji odebrał mu wszelkie siły życiowe i sprawił, że najchętniej spowrotem położyłby się do łóżka. Przecierając kark podszedł do stołu na którym stał wazon z zimną wodą i miednica. Nalał nieco wody do naczynia, nabrał jej w dłonie i ochlapał twarz, przy okazji zlizując krople z ust.
Spojrzał na swoje odbicie w ozdobnym lustrze, przyglądając się jasno-srebrzystym oczom, lekkiemu młodzieńczemu zarostowi i strąkom brązowych włosów, opadającym na twarz i kark. Powinien je przyciąć, ale przez ostatnich kilka miesięcy pozwolił im odrosnąć, eksperymentując ze swoim wyglądem, jak każdy porządny, niepewny swojej wartości nastolatek. Miał już szesnaście lat i niedługo miał wrócić do szkoły magii i czarodziejstwa, ale póki co cieszył się z zasłużonych letnich wakacji.
Na Pokątej umówiony był z najlepszym przyjacielem i kolegą, który znajdował się na tym samym roku, choć w innym domu szkolnym. Murtagh czuł do Alexandra Mulcibera większą sympatię, niż do własnej siostry i uważał go praktycznie za brata. No, jeśli można było mieć o własnym bracie opinię, że był nieziemsko seksowny i nie bez przyczyny miał wzięcie u płci przeciwnej w szkole. Murtagh przy tajemniczym, krukonie-wróżbicie był tylko kolejnym smutnawym ślizgonem, o ognistym temperamencie. Nie wiedział, jak to się stało, że Diana Burke w ogóle się nim zainteresowała tuż przed wakacjami. Przez wakacje wymieniali się listami, ale Murtagh nie był jeszcze pewien czy tak naprawdę się w niej zakochał. Nigdy nie miał dziewczyny, więc nie miał też porównania.
Tego dnia obaj chłopcy zrobili swoje zakupy szkolne na Pokątnej i w końcu usiedli przy lodach u Floriana Fortescue, żeby poczynić plany na nadchodzący rok szkolny. To właśnie wtedy Murtagh wydusił z siebie, że chyba zacznie się umawiać z Dianą Burke.
- Acha, uważaj na pierwszej randce. Lepiej weź koszulę na zmianę. - odpowiedział na to Mulciber, zupełnie niewzruszony. Czasami jego dar prekognicji był zbawieniem, ale czasem bywał też dla Macmillana niebywale irytujący. Po takim wyznaniu, liczył na trochę inne słowa z ust przyjaciela.
- Dzięki... Chyba. A ty? Masz jakąś na oku? - zapytał, bo nie chciał być jedynym, który tak się wyzewnętrznia.
- Ambrosia McKinnon, już od jakiegoś czasu. - odpowiedział Mulciber, z szelmowskim uśmieszkiem. No tak, jemu było dużo łatwiej ukryć swoje życie miłosne przed przyjacielem.
- Hej, to super! Słuchaj, obiecuję, nie ważne jaką będziesz miał dziewczynę, zawsze będę ci skrzydłowym. - zwierzył się Macmillan, smakując na języku lody pistacjowe, z pewną doniosłością.
- I wice wersa, chłopie. I wice wersa.
Palce, którymi go dotykała, chociaż ledwie ich opuszki stykały się z jego skórą, płonęły żywym ogniem. Posyłały przez jego ciało impulsy elektryczne, rozbudzając w nim uczucia o tyle dobrze znane, ile niezbadane w zderzeniu z jej osobą. Nie odsunął się, wdychając cierpki zapach wina z jej ust, pozwalając jej eksplorować, badać, być na nim, wiedząc, że ten dotyk zapamięta do końca życia. Pokaż mi. Och, jak bardzo tego pragnął. Złapał ją za nadgarstek ruchem nagłym i agresywnym, w niczym nieprzypominającym jej kobiecej zwiewności i miękkości. Trzymał tak jej dłoń przez sekundę, dwie, trzy. W jego umyśle, pragnienie walczyło z rozsądkiem. Tak łatwo byłoby jej dłoń skierować niżej, pokazać jej jak bardzo pragnął jej, jej zdumienia, zachwytu i rozkoszy. Tak łatwo byłoby... Powoli uniósł dłoń do swoich ust, rozchylił wargi i dotknął nimi opuszków jej palca wskazującego i środkowego, ścierając jej palcami resztki smaku whiskey ze swoich ust, a pozostawiając zamiast tego Ją. W końcu zacisnął zęby na palcu wskazującym, szczypiąc go na tyle mocno, żeby pozostał na nim niewielki ślad, dwa równiutkie wgłębienia obok siebie, ale nie tak mocno, żeby przebić skórę. W końcu ją puścił, wypuszczając jednocześnie długo wstrzymywane powietrze z płuc i wsłuchał się w jej odpowiedź.
Jej słowa nie miały dla niego żadnego sensu. Jeśli Alex ją krzywdził, jeśli ją zostawiał, to dlaczego pozwalała mu wracać, niczym kundlowi z podkulonym ogonem, który spierniczył z domu w pogoni za kurami sąsiada? Zasługiwała przecież na więcej. O wiele więcej, niż ćpun, alkoholik i morderca, którym był jego przyjaciel. A może tylko nie chciał nadać jej słowom sensu, bo tak było mu w tym momencie wygodniej? Przecież sam kochał Alexandra, na tyle, że w walce zapewne rzuciłby się przed niego gdyby miał oberwać śmiercionośną klątwą. Byli nierozłączni w szkole i chociaż potem obu ich pochłonęły życia, to Mulciber był stałym i częstym gościem w domu Murtagha. W domu, nie tym mieszkaniu, które służyło mu tylko do interesów i uciech cielesnych.
Pytanie Loretty zakuło go, będąc celną ripostą na jego własne pytanie sprzed chwili. Skąd wiedziała, o Dianie? Czy kobiety znały się na tyle dobrze, że Burke... Nie, Mulciber wyjawiła Loretcie swój romans z dziedzicem Macmillanów? A może to Alex jej się wygadał? Murtagh w sumie nie miałby mu za złe. Diana nie była jakimś sekretem, chociaż w słowniku konwersacyjnym mężczyzny stanowiła raczej temat tabu. Przez chwilę myślał nad odpowiedzią. Jego uczucia do niej były bardzo skomplikowane i rozrzucone po całej skali, niczym wyspy na morzu jego emocji.
Kochał ją. Nienawidził jej. Chciał ją rozszarpać na strzępy i utulić w uścisku ramion. Dla niej mógłby zrezygnować ze wszystkiego, gdyby go tylko poprosiła. Tylko, że ona udawała, że go nie zna. Jak gdyby to wszystko co ich łączyło włożyła do szufladki i wyrzuciła do niej klucz gdzieś daleko za siebie. Nie mógł odpowiedzieć, nie dlatego że nie chciał, ale dlatego, że sam nie potrafił ująć tych wszystkich uczuć w słowa.
Wolnymi, precyzyjnymi ruchami poluzował pętlę krawatu i zsunął go z szyi. Potem nagle przyszedł mu do głowy pewien pomysł i zwrócił się do Loretty.
- Chcesz, żebym ci pokazał. Odwróć się tyłem i złóż dłonie za plecami. - powiedział - polecił jej - głosem niskim i wibrującym.
Jeśli spełniła jego polecenie, wprawnymi ruchami, widocznie wyćwiczonymi już wielokrotnie, wsunął pętlę krawata na jej przeguby, zacieśniając ją i obwiązując na tyle mocno, żeby kobieta nie mogła się w żaden sposób oswobodzić i czuła wpijający się w skórę jedwab szarej tkaniny a jednocześnie na tyle lekko, że miała zapewniony dopływ krwi do dłoni i palców, więc wiązanie nie wyrządziłoby jej trwałej krzywdy.
- Nie martw się, jeśli oddasz pytanie, pomogę ci zdjąć ubranie. - wyszeptał do jej ucha, otulając jej kark i szyję ciepłem oddechu, a nos racząc zapachem whiskey i wody kolońskiej. Następnie odsunął się nieco i usiadł na poprzednim miejscu, podziwiając swoje dzieło. Nie miał w głowie przygotowanego żadnego pytania, bo dotykanie jej i nie rzucenie na włochaty dywan, nie zmięcie jej sukni, nie starcie szminki z twarzy pocałunkiem, wymagało od niego każdej krzty samokontroli jaką posiadał.
- Gdzie chciałabyś, żebym cię dotykał? - chciał, żeby mu to powiedziała, żeby sama przyznała, że pragnie go równie mocno jak on jej. Nie wiedział, czy byłby w stanie spojrzeć sobie jutro w twarz w lustrze, gdyby tego wieczoru posunął się za daleko. Ale nie mógł zaprzeczyć, że coś do niej czuł. I nie było to tylko pożądanie, to uczucie sięgało dużo głębiej, do samego dna jego duszy.
“I know love and lust don't always keep the same company.”
― Stephenie Meyer, Twilight Murtagh Macmillan, Secrets of London