Przepiękne promienie słońca obudziły ją dzisiaj bardzo wcześnie rano. Nie żeby zazwyczaj spała do południa, jednak aż chciało się żyć widząc tą aurę na dworze. Nie zwlekała, bardzo szybko zwlekła się z łóżka, a następnie doprowadziła do jakiejkolwiek używalności. Nie spała najlepiej, często miewała problemy z ciągłością w odpoczynku. Wiele spraw ją martwiło, tak też było i tej nocy. Dostrzegła w lustrze delikatne sińce pod oczami, przywykła do tego, że coraz częściej pojawiały się na jej twarzy. Pod prysznicem wpadła na doskonały pomysł. Przynajmniej tak się jej wydawało, kiedy gorąca woda spływała po jej ramionach. Ostatnio był dzień dziecka, a ona dawno nie widziała się ze swoim ojcem, miała mu tak wiele do przekazania. Bez zbędnego namyślania się (na szczęście nie musiała chodzić do pracy) wzięła w rękę miotłę i wyszła z domu.
Ubrana, jak zawsze, w skórzane spodnie, męską koszulę, bo nie znosiła, gdy ją coś uwierało, lewą dłonią złapała jeszcze swój płaszcz ze smoczej skóry, wysoko na niebie mogło wiać, wolała nie zmarznąć, bo była by to całkiem niezła ironia losu, gdy tutaj na dole, przy ziemi było tak gorąco. Była gotowa do drogi. Na samą myśl o podróży, tych kilometrach, które przeleci na miotle robiło jej się przyjemnie. Uwielbiała obserwować świat z nieba, w szczególności jej ukochaną, zieloną Walię, do której się wybierała. Ta wyprawa na pewno będzie warta zobaczenia tych widoków, które pamiętała jeszcze z dzieciństwa. Darzyła rodzinne okolice ogromnym sentymentem, tam w górach i lasach uczyła się polować przy boku ukochanego ojca.
Odbiła się stopami od ziemi i wzbiła w powietrze. Leciała bez żadnych komplikacji, pogoda naprawdę dzisiaj dopisywała, była idealna do podobnych wycieczek. Żałowała, że nie wzięła kogoś ze sobą, z drugiej strony może to i lepiej, miała Gerardowi wiele do powiedzenia, wolała to zrobić bez gapiów.
Po dosyć długim locie dotarła przed bramy rodzinnej posiadłości, która znajdowała się w hrabstwie Gwynedd. Zeskoczyła z miotły i wzięła ją do ręki, a później znalazła się w domu. Czasami brakowało jej tych czasów, kiedy biegali wszyscy po tych wielkich włościach, zupełnie beztroscy, szczęśliwi, nie martwiący się o nic i o nikogo. Uśmiechnęła się do siebie gdy mijała wielki dąb, z którego kiedyś spadła i wylądowała na ziemi tak niefortunnie, że złamała sobie rękę. Do dzisiaj pamiętała złość matki (zawsze lubiła ją denerwować).
Kiedy dotarła do drzwi wejściowych weszła bez pukania. Była w końcu u siebie, drzwi domu rodzinnego zawsze stały przed nią otworem. Zauważyła Triss, która kręciła się nieopodal postanowiła skorzystać z jej pomocy, aby znaleźć ojca. - Triss, czy mogłabyś znaleźć mojego tatę i przekazać mu, że czeka na niego gość. Nie mów kto, powiedz, że to niespodzianka. Powinien się domyślić, jak mu powiesz, że czekam na tej drewnianej ławce, przy wejściu do lasu. Dziękuję! - Nie wysłuchała odpowiedzi skrzatki, wiedziała, że Triss jak zawsze jej pomoże, ruszyła ku stronie ławki o której wspomniała. Rzuciła jeszcze miotłę na ścianę, tuż przy drzwiach wejściowych, jak to robiła, kiedy była dzieckiem ze swoją pierwszą miotełką. Spacer zajął jej chwilę, ale na tym jej zależało. Skoro była taka piękna pogoda, to warto było z niej korzystać. Usiadła na tej drewnianej ławce, którą zdecydowanie dotknął upływ czasu, wyglądała tak, jakby miała szansę tu postać jeszcze z maksymalnie dwa, czy trzy lata. Wyciągnęła z kieszeni płaszcza papierosy, nim go zdjęła i położyła na oparciu, jednego wsadziła sobie do ust i odpaliła mugolską zapalniczką zippo. Zaciągnęła się dymem i czekała. Miała nadzieję, że ojciec nie zapomni tu przyjść, bo bywało z nim różnie. Nie miała mu tego za złe, najwyżej złapie go później w domu.