15.02.2024, 21:56 ✶
Zdziwił się bardzo, gdy zobaczył swoje odmienione ja.
Niebieskie oczy stały się niemal wybałuszonymi niebieskimi piłeczkami okolonymi wypukłym lśniącym białkiem, szczękę musiał zbierać z ziemi. Wzrost się zgadzał, Sam był szczuplejszy od poprzedniego właściciela, dlatego może tak niewiele poprawek trzeba było nanieść, by garnitur był idealnie dopasowany. Ale och, jakże sprawdzało się teraz porzekadło, że to szata zdobi człowieka. A może było tam jednak, że to NIE szata zdobi, a odwrotnie?
Był skołowany, ale w końcu ten szok, jakim było zobaczenie się w wygodnym i ładnym (to możliwe?!) ubiorze sprawił, że spirala pękła a sam zainteresowany był już w stu procentach pewien, że chce iść na tę potańcówkę choćby nie wiem co. Tylko twarz... ta twarz...
– Muszę się ogolić... szlag, nie pamiętam kiedy robiłem to ostatnio. – przyznał, próbując ułożyć sobie rozczochraną brodę, odgarnąć przydługie lokowane kosmyki do tyłu głowy. JEgo próżność, och nie wiedział wcześniej o jej istnieniu, a nagle z osoby, która szczęśliwie żyła mając nic, zapragnął mieć więcej. W myślach skarcił się trochę, że to tylko zaklęcie. Jak u Kopciuszka, a Bee mimowolnie została jego Matką Chrzestną. Pobawi się, potańczy, może pośmieje troche z fikuśnego pisma swojego towarzysza, a potem o północy ucieknie i wszystko wróci do normy.
Zabawne, Sam powinien być mocno zaniepokojony utożsamiając się z bohaterką, a nie księciem we własnej osobie, ale wszystko w jego poczuciu tożsamości co nie było związane z Knieją, pozostawało płynne i odpowiadało mu to. Natura była uporządkowanym chaosem, pełnym różnorodności, okrucieństwa i troski, brutalności i łagodności. Była mu matką, gdy matki zabrakło. Dlaczego on miałby być inny? Stały.
– Nie chcę kolorowej. Ta jest bardzo piękna i miękka. Widzisz, tu ma wybrzuszenia, jakby ktoś wyrzeźbił w niej liście i ptaki. Odpowiada mi. – brzmiał zdecydowanie pewniej, nagle przestał być przygarbiony, a wyprostowany zdawał się być o wiele, wiele wyższy niż jeszcze przed momentem. Tylko pytanie, tak poważne pytanie Brenny na moment znów zapodziało mu głowę. Rozważał, czy jej powiedzieć, ale uznał, że to nie ma sensu. Jeśli ten, który go zaprosił, miał ukryty motyw, to okaże się już za kilka dni, a Sam miał cierpliwość drzew. Jeśli zaś nie miał... w ogóle nie powinno być to tematem rozmowy.
– Zacząłem ćwiczyć znowu pisanie. Ponoć ledwie da się mnie rozczytać. Ja... chyba lubię pisać listy o niczym. Wyszedłem z wprawy, ale... to miłe zajęcie wieczorem. Mógłbym czasem wysłać coś do Ciebie? – wiem, jak bardzo jesteś zajęta, jak mało masz czasu, byśmy mogli się widzieć. Listem nie obciążę Cię aż tak... Jeśli coś do mnie napiszesz, będę wiedział że o mnie pamiętasz mała pszczółko. . Oczy mu się zeszkliły, nie umiał tak płynnie nazywać tych wszystkich uczuć które stały za tą prośbą. Patrzył na nią i choć była ubrana tak zwyczajnie widział jej samodzielność i zaradność. Choć nie miał trzeciego oka na czole, to dotrzegał jej aurę gotową do działania. Czuł się jak bohater książki, którą ostatnio przeczytał. Chłopiec, który latał i nigdy się nie starzał. Bardzo źle zniósł spotkanie ze swoją dorosłą, dawną towarzyszką zabaw. Gdy on był młody, a ona już miała własne dzieci. Samuel nie chciał być tak małostkowy. Chciał znaleźć sobie jakieś miejsce. Listy zdawały się być dobrym pomysłem.
Niebieskie oczy stały się niemal wybałuszonymi niebieskimi piłeczkami okolonymi wypukłym lśniącym białkiem, szczękę musiał zbierać z ziemi. Wzrost się zgadzał, Sam był szczuplejszy od poprzedniego właściciela, dlatego może tak niewiele poprawek trzeba było nanieść, by garnitur był idealnie dopasowany. Ale och, jakże sprawdzało się teraz porzekadło, że to szata zdobi człowieka. A może było tam jednak, że to NIE szata zdobi, a odwrotnie?
Był skołowany, ale w końcu ten szok, jakim było zobaczenie się w wygodnym i ładnym (to możliwe?!) ubiorze sprawił, że spirala pękła a sam zainteresowany był już w stu procentach pewien, że chce iść na tę potańcówkę choćby nie wiem co. Tylko twarz... ta twarz...
– Muszę się ogolić... szlag, nie pamiętam kiedy robiłem to ostatnio. – przyznał, próbując ułożyć sobie rozczochraną brodę, odgarnąć przydługie lokowane kosmyki do tyłu głowy. JEgo próżność, och nie wiedział wcześniej o jej istnieniu, a nagle z osoby, która szczęśliwie żyła mając nic, zapragnął mieć więcej. W myślach skarcił się trochę, że to tylko zaklęcie. Jak u Kopciuszka, a Bee mimowolnie została jego Matką Chrzestną. Pobawi się, potańczy, może pośmieje troche z fikuśnego pisma swojego towarzysza, a potem o północy ucieknie i wszystko wróci do normy.
Zabawne, Sam powinien być mocno zaniepokojony utożsamiając się z bohaterką, a nie księciem we własnej osobie, ale wszystko w jego poczuciu tożsamości co nie było związane z Knieją, pozostawało płynne i odpowiadało mu to. Natura była uporządkowanym chaosem, pełnym różnorodności, okrucieństwa i troski, brutalności i łagodności. Była mu matką, gdy matki zabrakło. Dlaczego on miałby być inny? Stały.
– Nie chcę kolorowej. Ta jest bardzo piękna i miękka. Widzisz, tu ma wybrzuszenia, jakby ktoś wyrzeźbił w niej liście i ptaki. Odpowiada mi. – brzmiał zdecydowanie pewniej, nagle przestał być przygarbiony, a wyprostowany zdawał się być o wiele, wiele wyższy niż jeszcze przed momentem. Tylko pytanie, tak poważne pytanie Brenny na moment znów zapodziało mu głowę. Rozważał, czy jej powiedzieć, ale uznał, że to nie ma sensu. Jeśli ten, który go zaprosił, miał ukryty motyw, to okaże się już za kilka dni, a Sam miał cierpliwość drzew. Jeśli zaś nie miał... w ogóle nie powinno być to tematem rozmowy.
– Zacząłem ćwiczyć znowu pisanie. Ponoć ledwie da się mnie rozczytać. Ja... chyba lubię pisać listy o niczym. Wyszedłem z wprawy, ale... to miłe zajęcie wieczorem. Mógłbym czasem wysłać coś do Ciebie? – wiem, jak bardzo jesteś zajęta, jak mało masz czasu, byśmy mogli się widzieć. Listem nie obciążę Cię aż tak... Jeśli coś do mnie napiszesz, będę wiedział że o mnie pamiętasz mała pszczółko. . Oczy mu się zeszkliły, nie umiał tak płynnie nazywać tych wszystkich uczuć które stały za tą prośbą. Patrzył na nią i choć była ubrana tak zwyczajnie widział jej samodzielność i zaradność. Choć nie miał trzeciego oka na czole, to dotrzegał jej aurę gotową do działania. Czuł się jak bohater książki, którą ostatnio przeczytał. Chłopiec, który latał i nigdy się nie starzał. Bardzo źle zniósł spotkanie ze swoją dorosłą, dawną towarzyszką zabaw. Gdy on był młody, a ona już miała własne dzieci. Samuel nie chciał być tak małostkowy. Chciał znaleźć sobie jakieś miejsce. Listy zdawały się być dobrym pomysłem.