15.02.2024, 21:25 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.02.2024, 21:51 przez Samuel McGonagall.)
styczeń 1971
Knieja Godryka
Knieja Godryka
Knieja była kobietą.
Dziką, magiczną i nieokiełznaną.
Knieja rozlewała swoje wielkie zielone ciało, niechętnie patrzyła na tych, którzy czyhali na jej ukryte w fałdach dzikiej sukni skarby. A śmiałków było wielu, próbowali wyznaczać ścieżki, brukać swoim istnieniem polany, zabijać jej dzieci i wykradać dobra.
Lecz Knieja miała swoje sposoby na to, żeby się bronić, lecz spośród wszystkich pór roku najbardziej umiłowała zimę, kiedy to sklepienie niebieskie ruszało jej z pomocą i doglądało snu pod białą, zabójczą dla wielu kołdrą.
Zima była czasem wytchnienia i odpocznienia, wciąż jednak małe istnienia zwane ludźmi, próbowały wejść pośród jej włosy zamrożonych drzew i szukać, gnębić, poniewierać.
Czego pragnęło serce Ariela, gdy przekraczał granicę tego co ujarzmione? Inspiracji? Specjalnego gatunku grzybów, rosnących tylko na mrozie? A może zapomniał się i po prostu szedł ścieżką nie zauważywszy jak zamykają się nad nim czarne szpony pogietych gałęzi, zapominając o tym jak prędko robi się ciemno, jak często ścieżki prowadzące przez las w drodze powrotnej okazują się prowadzić zupełnie gdzie indziej.
Mróz zacisnął na młodzieńcu swoje okowy, oszalały wiatr północny chciał zerwać wynędzniałe okrycie. Słabość wygrywała z wolą przetrwania, w końcu zakopany w wiekowych korzeniach człowiek zasnął otoczony modlitwą o cud lub chociaż szybką, bezbolesną śmierć.
+++
Jakież więc mogło być jego zdziwienie, gdy się obudził?
Pierwsze co poczuł to zapach pieczonej cebuli i koziego sera. Gdzieś przez to przebijała ziołowa mieszanka, tak skołowany umysł zielarski mógł podpowiedzieć mu, że jest to całkiem niezła kompozycja na odmrożenia. Usłyszał też wesołą melodyjkę mruczaną przez innego mężczyznę, który najwidoczniej nie był w tak tragicznym stanie jak on. Przez powieki dostrzegał – teraz już całkiem świadomy – niezbyt intensywne, migoczące światło. Płomień.
Wkoło było miękko i bardzo ciepło, czuł ciężar wszystkich tych okryć, które go dociążały, zupełnie inne, niż zbyt biedne ubranie na nocną wędrówkę po Kniei. Jesli tylko poruszył się, mógł zdać sobie sprawę, że leży na jakimś futrze zupełnie nagi.
Nagle coś pogłaskało go po głowie. Właściwie to może był pocalunek? Nie, jednak miękki nacisk przerodził się w coś bardzo nieprzyjemnego. Coś gryzło jego włosy i ciągnęło nieubłaganie...
– Białka na Trójjednie! No zostaw go, fe, już wracaj do swojego kąta diablico jedna! – zafuczał nagle przyjemny baryton, a śpiewanie ucichło. Ktoś odciągał tę całą białkę pozostawiając jego włosy, które były znów bezpieczne choć w górnej partii całkiem możliwe, że oślinione. Oddalające się od posłania kroki, nie za daleko, nie za głośne, a potem... skrzypienie zawiasów i beczenie pełne sprzeciwu, to wszystko miało przyjemny akompaniament trzaskającego w płomieniach drewno. Było tu ciepło. Był bezpieczny.